środa, 20 lipca 2016

'The Broken Circle Breakdown' // "W kręgu miłości" (2012; Belgia, Holandia)

Ostatnio raczej czytam niż oglądam, a jeśli już oglądam, to bez szczególnego zachwytu. Nie wiem, czy przez ponowne zwrócenie się w stronę książek wypadłam z rytmu i straciłam jakąś, nazwijmy to, filmową wrażliwość, czy wręcz przeciwnie, naoglądałam się już tylu filmów, i to w relatywnie krótkim czasie, że przejadły mi się i nic nie robi już na mnie wrażenia. Czy może po prostu mam w tych ostatnich tygodniach filmowego pecha. W każdym razie, wczoraj, po raz pierwszy od dłuższego czasu, udało mi się tę złą passę przełamać. Belgijsko-holenderska koprodukcja The Broken Circle Breakdown (swego czasu uhonorowana zagranicznym Cezarem, i to przy zacnej konkurencji: Blue Jasmine Allena, Wielkie piękno Sorrentino...) to film ciężki i wyczerpujący emocjonalnie, ale przez to zapadający w pamięć. Doskonale zagrany, z piękną ścieżką dźwiękową, przepełniony na zmianę pięknem i smutkiem. Unikający łatwych rozwiązań, ale też ckliwego melodramatyzmu. Jak na mnie: bardzo dobre kino, dokładnie takie, jakie lubię. Kto by się spodziewał...?

Najpopularniejsza wersja plakatu wygląda zupełnie inaczej (o tak), ale, jak na mnie, gorzej oddaje treść filmu. Mnie przynajmniej ta sterylna szarość odrzucała i sugerowała zupełnie inną zawartość niż w rzeczywistości.
W kręgu miłości // The Broken Circle Breakdown
Reżyseria: Felix van Groeningen
Obsada: Veerle Baetens, Johan Heldenbergh, Nell Cattrysse
Ocena: 8/10


Bohaterów filmu poznajemy w samym środku opowiadanej historii: podczas jednej z licznych wizyt w szpitalu, u ich niespełna siedmioletniej, chorej na raka córki Maybelle. Od tego momentu opowieść toczy się dwutorowo; wydarzenia przeszłe i przyszłe przeplatają się, nawet w swoich kategoriach nie zawsze trzymając się zasad chronologii. Choroba córki jest wyraźną cezurą, oddzielającą od siebie te dwa światy. Przeszłość jest kolorowa, beztroska, pełna poczucia wolności; przyszłość to szarość, rzadkie promyki nadziei niknące w obezwładniającej rozpaczy, przeważnie nieudane próby wzajemnego porozumienia i okiełznania bólu. Brzmi to może mało oryginalnie, ale jak to jest pokazane!

Przede wszystkim mamy tu bohaterów, którzy wszystkie te znane nam pojęcia wolności, beztroski, smutku, rozpaczy itd. windują na zupełnie nowy poziom. Weźmy ich przeszłość. Ona, Elise, pracuje w salonie tatuażu, sama wytatuowana jest de facto od stóp do głów, głównie imionami kolejnych chłopaków, z czasem zamalowywanymi i przerabianymi na część jakiegoś większego wzoru. On, Didier, ma wprawdzie sporych rozmiarów dom, kształtem przypominający mały kościół, ale jako że nie ma czasu i chęci go remontować, mieszka na podwórzu w przyczepie kempingowej, a na życie zarabia jako muzyk country. Czy raczej bluegrass (termin jest mi równie obcy co Elise, gdy po raz pierwszy rozmawia o tym z Didierem, więc nie będę próbować zagłębiać się w definicje). Bohaterowie wspólnie zamieszkują w przyczepie, koncertują, a w ramach imprezowania muzykują przy ognisku wraz z pozostałymi członkami zespołu - grupą panów w średnim wieku, obowiązkowo w kowbojskich kapeluszach i z długimi, zapuszczonymi brodami. Wolność absolutna.



Wspomniałam już, że uwielbiam muzykę z tego filmu? Bo to właśnie to koncertowanie i muzykowanie Didiera i Elise składa się tu na ścieżkę dźwiękową, jakże nietypową jak na film, którego akcja toczy się w Belgii. W tych koncertowych fragmentach W kręgu miłości do złudzenia przypomina Spacer po linie (w czym ma swój udział również aparycja Veerli Baetens; aktorka kojarzyła mi się na zmianę albo z Hilary Swank, albo właśnie z Reese Witherspoon...)


I na tę wolność - totalną, dziką, nieskrępowaną, której nie poskromiły nawet ciąża i narodziny Maybelle - spada ciężka, przeważnie śmiertelna choroba. W dodatku spada ona na dziecko, co chyba zawsze wydaje się być krzyczącą niesprawiedliwością losu. Z czym zawsze szczególnie ciężko się pogodzić. Elise i Didier walczą, starają się być dla siebie nawzajem wsparciem, a jednocześnie tak bardzo nie potrafią poradzić sobie z własnym bólem, że - nieraz celowo - ranią siebie nawzajem. Pojawiają się wzajemne oskarżenia (bo ty nigdy nie chciałeś tego dziecka, bo ty piłaś na początku ciąży, bo u ciebie w rodzinie zdarzał się rak, a u mnie nie...) i nieoczekiwane, ostre zderzenie światopoglądowe, związane z wiarą w Boga, życie po śmierci i z wynikającym z tego (przynajmniej dla nich) statusem embrionów. A że i Elise, i Didier podchodzą to tej tematyki bardzo emocjonalnie, to i zderzenie dalekie jest od kulturalnej dyskusji na tematy okołoreligijne.

(Spoiler alert!)

Ale przede wszystkim to film o miłości. O rozpadzie związku dwojga kochających ludzi, którzy nie potrafią już żyć ze sobą, choć nie umieją również wyobrazić sobie życia bez siebie. I w tym kryje się wielki ładunek emocjonalny, który od wczoraj próbuję jakoś przetrawić i na razie kiepsko mi to idzie. Bo jak tu cokolwiek zawyrokować? Jak ocenić? Kiedy wszystkie te uczucia, nawet to wzajemne okrucieństwo, jest w pełni zrozumiałe...?



I jeszcze jedna uwaga, od strony bardziej technicznej. Aktorstwo! Trudne role, a zagrane wręcz perfekcyjnie. Nawet mała Nell Cattrysse, chociaż akurat jej rola polegała głównie na leżeniu w łóżku ze smutną miną, wypadła tu naturalnie. Co w przypadku dziecięcych aktorów jest dalekie od oczywistości...

Cóż mogę powiedzieć. Polecam serdecznie. Obejrzyjcie koniecznie, jeśli kiedyś wpadnie Wam w ręce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails