poniedziałek, 6 czerwca 2016

Francja: "Ludzie Boga" ('Des hommes et des dieux') i "Historia Marii" ('Marie Heurtin')

Współczesne kino francuskie jest dla mnie zagadką. Z jednej strony komedie-perełki, jakich próżno szukać gdzie indziej: powszechnie znani i lubiani Nietykalni, parę lat później Za jakie grzechy, dobry Boże?, gdzieś po drodze Imię (niby porównywane do Rzezi Polańskiego, która jednak na jego tle wypada sztucznie i męcząco) - a to tylko pierwsze tytuły, jakie przychodzą mi do głowy. Z drugiej strony, wiara we wrodzony urok francuskich produkcji łatwo może obrócić się przeciwko nam: no bo jednak nie, nie wszystko co z Francji jest dobre; wręcz przeciwnie, im więcej się tego ogląda, tym wyraźniej widać, że perełki się, i owszem, zdarzają, ale zjawiskiem powszechnym bynajmniej nie są. Lekkość opowiadania może być plusem (i z pewnością często nim jest), ale jeżeli reżyser zabiera się za dramat obyczajowy, czy choćby obyczajówkę z elementami dramatu, to przy takim ślizganiu się po powierzchni powstaje obraz płytki jak kałuża (a przesłanie filmu można streścić jako: "jeżeli nie układa ci się w życiu, zdradź męża/żonę!" - francuskie podejście do seksualności, a raczej: jego przedstawienie w filmach, to zresztą temat na osobną notkę...). Czy jest na sali ktoś, kto oglądał Kobiety z 6. piętra i/albo Lily? Czy tylko mi te happy endingi wydały się jakieś... niespecjalne?

Wobec tego właśnie podejścia, wybitnie liberalnego, zaskakujące jest, że Francuzi potrafią tworzyć piękne filmy oscylujące wokół stanu duchownego - co jest tematyką, zdawałoby się, konserwatywną z natury. A potrafią. "Oscylujące" to w tym przypadku słowo-klucz - bo nasi bohaterowie są przede wszystkim ludźmi, a dopiero potem zakonnikami, i lęki, z którymi muszą się mierzyć, są powszechne, znane i nam, i naszym pra(praprapra...) dziadkom. Podstawowy instynkt samozachowawczy kontra poczucie obowiązku, pogodzenie (albo i nie) ze śmiercią, wewnętrzna walka o zachowanie wiary. Większości z tego każdy z nas prędzej czy później doświadcza...

Mówię tu przede wszystkim o dwóch filmach, które udało mi się w ostatnich dniach obejrzeć: Ludziach Boga i Historii Marii. Bez obaw, to tylko tytuły brzmią tak stereotypowo-biblijnie.

Ludzie Boga // Des hommes et des dieux (2010, Francja)
Reżyseria: Xavier Beauvois
Obsada: Lambert Wilson, Olivier Rabourdin,
Jacques Herlin, Michel Londsdale, Philippe Laudenbach
Ocena: 8/10

Ludzie Boga (a właściwie Ludzie i bogowie - już robi się mniej świątobliwie, prawda?) to film, o którym wielu z Was miało szansę swego czasu słyszeć. W 2010 roku zdobył kilka ważnych filmowych nagród, w tym Cezara i Grand Prix Festiwalu w Cannes (a swoją drogą, jakie to urocze, kiedy Francuzi samym sobie przyznają swoje nagrody! Chociaż tu akurat wybaczam...), ale do mainstreamu chyba nigdy nie udało mu się przebić. Patrząc na niego z dzisiejszej perspektywy można by powiedzieć, że Xavier Beauvois wyprzedził swoją epokę. No, epokę to może trochę za dużo powiedziane; w każdym razie, nakręcił film o tematyce, która wtedy jeszcze była dla Europejczyków odległa, egzotyczna, a teraz - sześć lat później! - stała się nam bliższa niż kiedykolwiek.

Akcja (inspirowana prawdziwymi wydarzeniami z końca XX wieku) toczy się w Algierii, w spokojnym, górskim miasteczku, zamieszkałym i przez muzułmanów, i przez chrześcijan. Obie religie współistnieją pokojowo; religijne życie miasteczka opiera się na wzajemnych podobieństwach islamu i chrześcijaństwa, różnice zaś nikomu nie sprawiają problemu. Mieszkańcy są prostymi ludźmi, którzy chcą po prostu żyć w spokoju i dalej robić swoje. Nikomu z muzułmanów nie przeszkadza fakt, że w okolicy znajduje się klasztor, zamieszkały przez ośmiu francuskich mnichów. Wręcz przeciwnie, mnisi pozostają w dobrych stosunkach z miejscową ludnością, a że prowadzą też klinikę, to cieszą się sporym zaufaniem i sympatią. Symbioza idealna.

Źródło
Aż pewnego dnia nastaje chaos. W kraju wybuchają zamieszki, grupy religijnych fundamentalistów terroryzują tubylców, zwłaszcza tych "niewiernych". Na wieść, że zbliżają się do miasteczka, mieszkańcy popadają w przerażenie. Nikt nie rozumie, co się dzieje i kim ci ludzie, nagle tak potężni, właściwie są. Konserwatywnymi muzułmanami? Toż oni nawet Koranu nie znają. Co tu zrobić? Uciekać, zostawić ziemię, na której się urodziło, wyruszyć w nieznane? Zostać i liczyć na łut szczęścia?

Francuscy mnisi również muszą odpowiedzieć sobie na to pytanie. Są w trochę innej sytuacji niż miejscowi: to nie ich ojczyzna, nie są z nią aż tak silnie związani, mają dokąd wrócić. Przynajmniej część z nich ma rodziny we Francji. Niektórzy mnisi są już staruteńcy i chcieliby w spokoju przeżyć ostatnie miesiące życia. A jednocześnie... Jakoś tak nieprzyjemnie. Bo składali śluby, chcieli służyć Bogu i ludziom, a teraz mają uciec, zostawiając za sobą tych, którym mieli dodawać odwagi...?

Uciekamy czy zostajemy...? (Źródło)
To (a to ci niespodzianka, prawda?) bardzo spokojny film. Mimo szalejącej wokół wojny domowej nie uświadczymy tu walk. Prawie wszystkie sceny toczą się wewnątrz klasztoru, a fabuła skupia się na rozterkach, jakie przeżywają mnisi. W miarę zbliżania się rebeliantów atmosfera się zagęszcza; jak na mój nieprzyzwyczajony do bania się na filmach gust, reżyserowi udało się dobrze oddać atmosferę narastającego strachu. Nie jakiegoś wielkiego przerażenia, ale ciągłego napięcia. Bardzo dobrze napisane, wiarygodne psychologicznie postacie; nawet rebelianci przejawiają tu jakieś ludzkie cechy (że tak pozwolę sobie na mały spojler: moja ulubiona scena, w której przeor informuje przywódcę rebeliantów, że napadli ich w wigilię Bożego Narodzenia, czyli w chrześcijańskie "Święto Pokoju", na co rzeczony przywódca PRZEPRASZA i tłumaczy, że nie wiedział...). Ciekawe są też zdjęcia: w plenerze ciepłe, nasycone kolory, w klasztorze dużo ascetycznej bieli. A przede wszystkim: sporo materiału do refleksji. Bo czy zostanie w klasztorze, narażenie się na prawie pewną śmierć, jest tu naprawdę lepszym, bardziej wartościowym wyjściem...?

Źródło
***

Historia Marii // Marie Heurtin (2014, Francja)
Reżyser: Jean-Pierre Améris
Obsada: Isabelle Carré, Ariana Rivoire,
Brigitte Catillon
Ocena: 7/10

Historia Marii natomiast jest filmem zdecydowanie mniej znanym i sama nie wiem, skąd ja go wytrzasnęłam - w każdym razie, z jakiegoś powodu tkwił na mojej liście. Zdobył wprawdzie nagrodę specjalną na MFF w Locarno, ale jakoś nie wydaje mi się, żeby to wpłynęło na moją decyzję... Podejrzewam, że wpadłam gdzieś na niego przypadkiem i tematyka zainteresowała mnie na tyle, że nabrałam na niego ochoty.

Akcja (znów zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami) toczy się pod koniec XIX wieku na francuskiej prowincji, w żeńskim klasztorze, specjalizującym się w opiece nad głuchoniemymi dziewczynkami. Głuchonieme są także niektóre siostry; mamy tu więc do czynienia ze specyficznym, wręcz nieco tajemniczym światem, w którym miganie zamiast mówienia jest na porządku dziennym. Spokojne, ciche klasztorne życie pewnego słonecznego dnia zostaje znienacka postawione na głowie: pod bramę zajeżdża mężczyzna z dzikim, brudnym, potarganym stworzeniem, które zdaje się być nastoletnią dziewczynką. Chwilę później siostry dowiadują się, że mała Marie od urodzenia nie widzi i nie słyszy. Rodzice nie potrafią nawiązać z nią kontaktu; dziewczynka rozpoznaje ich, garnie się do nich i ucieka od obcych, ale jednocześnie nie daje się ubrać, jada rękami, w ramach protestu krzyczy, kopie, gryzie i generalnie zachowuje się jak zaszczute zwierzątko. Siostra przełożona odmawia podjęcia się opieki nad tak trudnym dzieckiem. Ale siostra Margueritte, której przez chwilę udaje się - a może tylko tak się jej wydaje? - nawiązać nić kontaktu z dziewczynką, tak uparcie wierci przełożonej dziurę w brzuchu, że ta ostatecznie ulega. Marie dołącza do grona mieszkających w klasztorze dziewczynek.

Źródło
Optymizm siostry Margueritte szybko słabnie, kiedy stałe, wielokrotnie powtarzane próby nauczenia Marie czegokolwiek nie przynoszą efektów. Wspólne posiłki są mordęgą: dziewczynka nie daje się posadzić przy stole, a jej krzyki zagłuszają głosy sióstr, próbujących czytać podopiecznym pisma świętego Franciszka. Dopiero po wielu miesiącach (w filmie szczęśliwie skróconych do kilkunastu minut) Margueritte udaje się rozczesać dziewczynce włosy i wbić ją w mundurek. Ale nawet wtedy próby porozumienia spełzają na niczym: Marie zdaje się być tak przyzwyczajona do tego, że niewidzialne ręce robią z nią różne dziwne rzeczy, że nie potrafi zrozumieć, dlaczego Margueritte godzinami pociera jej jednym placem o drugi, raz po raz wsadzając jej do ręki ulubiony scyzoryk. Sfrustrowani są wszyscy: i Marie, która nie chce, żeby ktoś poruszał jej ciałem, i siostra przełożona, niezadowolona z braku postępów, i Margueritte, która - sama ciężko chora - powoli opada z sił i uznaje, że podjęła się zadania beznadziejnego.

Aż wreszcie następuje przełom, a z nim - jak ujmuje to sama Margueritte - eksplozja języka.

Źródło

Mamy w tym filmie kilka wątków, które stale się przeplatają. Moim ulubionym jest chyba właśnie to "wydobycie" Marie ze środka i odkrycie, że tak naprawdę to rozsądna dziewczynka, umysłowo w niczym nieustępująca rówieśniczkom. Te długie, migane zdania, które wygłasza Marie pod koniec filmu robią spore wrażenie, zwłaszcza kiedy przypomnimy sobie początkowe wątpliwości co do tego, czy takiego małego dzikusa w ogóle da się czegokolwiek nauczyć i siostrę Margueritte, przekonującą, że w tej dziewczynce na pewno jest jakaś inteligencja. Drugim wątkiem jest, rzecz jasna, relacja między Marie a Margueritte - coraz bliższa, coraz bardziej przyjacielska, a jednak nie do końca otwarta. Trzecim jest śmiertelna choroba siostry Margueritte i jej próby pogodzenia się z losem - i choć przychodzi jej łatwo, kiedy jest to jeszcze odległa wizja, to staje się to dużo cięższe, kiedy koniec jest tuż-tuż. Ostatecznie Margueritte i Marie zamieniają się rolami; o ile podczas pierwszej rozmowy o śmierci Marie reaguje odruchowym buntem, o tyle pod koniec to ona okazuje się bardziej pogodzona z nieuniknionym rozstaniem. Cóż, z drugiej strony, to nie o jej życie chodzi...

Film stara się grać na emocjach widza i, jak na mnie, dobrze mu to wychodzi. Momentami bywa może przedramatyzowany - naprawdę widać, że ma być wzruszająco - ale co poradzę: JEST wzruszająco i piękne rzeczy z tego filmu płyną. Zagrany jest bezbłędnie; wielkie brawa zwłaszcza dla Ariany Rivoire, która wprawdzie jest głucha (sama aktorka woli to określenie od "niesłysząca", bo "lepiej nazywać rzeczy po imieniu"), ale widzi bez zarzutu - a zagrała niewidomą dziewczynkę tak dobrze, że aż zwątpiłam, czy może jednak sama nie jest w takiej samej sytuacji co Marie. Muzyka gra kiedy trzeba, wprawia w odpowiedni nastrój i jednocześnie nie jest po hollywoodzku przeszarżowana. Zdjęcia też ładne.

Jedyne, co do czego miałabym zastrzeżenia, to fragmenty scenariusza - a konkretniej, nagła uległość Marie, która pozwala się uczesać, ubrać w mundurek i posadzić przy stole. O ile jeszcze przy czesaniu mogłabym to zrozumieć - ciężki dzień, dziewczę wyczerpało siły i nie chciało jej się wierzgać... - o tyle przy sukience i butach trochę mnie zatkało. Jakoś za łatwo to poszło, za słabo było to wytłumaczone. A z drugiej strony, może właśnie tak było? I nikt nigdy nie dowiedział się, co działo się w tamtej chwili w głowie dziewczynki, dlaczego nagle dała się ubrać? Przynajmniej tak to sobie tłumaczę...

Polecam serdecznie oba filmy. A może któryś już widzieliście?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails