czwartek, 28 kwietnia 2016

Paranormalne a dobre: "Piękne istoty" // 'Beautiful Creatures'

Przerwa Wielkanocna, która trwała w moim przypadku prawie dwa tygodnie, zupełnie wybiła mnie z rytmu. Potem trzeba było jakoś wrócić do codzienności, potem praca trochę przytłoczyła, popodróżowało się tu i ówdzie... Słowem, na bloga nie miałam albo czasu, albo chęci, a nieraz ani jednego, ani drugiego. Tak czy owak: motywacja wróciła, głowa mi dzisiaj działa, więc biorę się wreszcie za posta, do którego zbierałam się od dobrych dwóch tygodni. Wracam do Was z recenzją filmu, który oceny zbiera średnie, komentarze jeszcze słabsze, mi za to spodobał się tak bardzo, że nie wybaczyłabym sobie, gdybym chociaż nie spróbowała Was do niego przekonać. Przed Państwem Piękne istoty!

 Piękne istoty // Beautiful Creatures (2013, USA)
Reżyseria: Richard LaGravenese
Obsada: Alden Ehrenreich, Alice Englert, Jeremy Irons, Emma Thompson, Viola Davis, Emmy Rossum
Ocena: 8,5/10

Wypożyczyłam ten film trochę z braku laku, bo nie znalazłam na półkach niczego ciekawszego. No, i trochę dla Jeremy'ego Ironsa, niech będzie. Ale podchodziłam do Pięknych istot ze sporą nieufnością. No bo tak: ekranizacja nieznanej mi powieści z nurtu young adult (o losie, jakie tam koszmarki się zdarzają!), w dodatku z gatunku paranormal romance (znaczy się: na pewno skok na sławę/kasę po sukcesie Zmierzchu i jedna wielka odtwórczość!), otwarcie do tego Zmierzchu porównywana (a że najlepszego zdania o filmowym Zmierzchu nie mam...). Opis brzmi banalnie: chłopak widzi w snach nieznajomą dziewczynę, w której się zakochuje, a kiedy naprawdę się poznają, okazuje się, że rzeczona dziewczyna jest czarownicą i do dnia szesnastych urodzin musi zdecydować, czy woli być po jasnej, czy ciemnej stronie mocy. Aż strach oglądać. Ale uznaliśmy, że najwyżej uśmiejemy się jak na czwartej części Zmierzchu i zaryzykowaliśmy...

Źródło
Nie wiem, jakim cudem Pięknym istotom, przy takiej fabule, udało się uniknąć banału - ale udało się.

Może dlatego, że mamy tu do czynienia z bardzo ciekawym odwróceniem ról. Moje doświadczenia z wszystkimi tymi paranormalnymi romansami dla młodzieży są dość skromne, ale wynika z nich, że zwykle przewija się w tych historiach podstawowy schemat fabularny: mamy główną bohaterkę, która z jakiegoś powodu jest gapowata/wycofana/nieśmiała (niepotrzebne skreślić), mało kto zwraca na nią uwagę - i JEGO, absztyfikanta idealnego, który jest piękny, seksowny, pociągający, a jednocześnie niebezpieczny, może nawet kryje jakąś tajemnicę. Groźnie wyglądającą, ale tak naprawdę zupełnie niegroźną. Jeżeli jesteśmy w gatunku paranormal, to ON jest zapewne wampirem, wilkołakiem, upadłym aniołem albo Nieśmiertelnym (a jeśli nie, to tylko przyrodnim bratem jej przyrodniej siostry, która tak naprawdę to jednak nie jest jej przyrodnią siostrą, tylko... Nie, dobra, lepiej nie będę tego rozpisywać...). Z jakiegoś powodu zwraca uwagę na naszą wycofaną bohaterkę, która nagle przesłania mu cały świat, i wprowadza ją w swoje życie na krawędzi. Ostatecznie nasza fajtłapa dołącza do stada/rodziny wybranka i okazuje się najbardziej utalentowaną przedstawicielką gatunku od lat, a bohaterowie żyją szczęśliwie na wieki wieków.

A w Pięknych istotach - nie. Role są pozamieniane, i to nie tak po prostu, że postaci żeńskie przejmują role do tej pory zarezerwowane dla mężczyzn i vice versa. Głównym bohaterem jest chłopak, Ethan, który nie jest nieśmiały ani wycofany. Mieszka w miasteczku na południu USA, z którego za wszelką cenę chce uciec, ma bliskiego przyjaciela, miał nawet dziewczynę, z którą rozstał się pod koniec minionego roku szkolnego i podchodzi do tego faktu bez większych emocji. Potem pojawia się Lena, którą przez dobry miesiąc widywał w snach - i to on usiłuje nawiązać z nią kontakt, bez jakiejkolwiek zachęty z jej strony. Lena jest kąśliwa, momentami wręcz nieprzyjemna. Z czasem, oczywiście, otwiera się przed Ethanem, zwierza mu się ze swoich sekretów - i to ona jest tu tą stroną, która okazuje się mieć paranormalne moce. Przy czym - i to dla mnie wielki plus tego filmu - nie staje się przez to superbohaterką, wprowadzającą swojego przeciętnego chłopaka do magicznego świata. Właśnie te moce okazują się głównym, realnym problemem.

Źródło
 Może Piękne istoty nie popadły w banał również dlatego, że fabuła nie przedstawia się do końca tak, jak zasugerowano mi to w opisie z pudełka. Lena nie musi wybrać między jasną a ciemną stroną mocy; Lena zdecydowanie chce po tej jasnej stronie pozostać, ale nie jest to zależne od niej. W grę wchodzi klątwa sprzed lat, której ponoć nie da się obejść. Brzmi to absurdalnie i tak samo reaguje na te rewelacje Ethan: jego wrażliwa Lena miałaby się z dnia na dzień zmienić w mroczną wiedźmę? Niemożliwe. Ale zegarek tyka, bohaterowie z mrocznej strony z radością odliczają kolejne dni do wielkiej przemiany, której są absolutnie pewni, jasna strona zdaje się tracić nadzieję, a widz razem z Ethanem patrzy na to wszystko ogłupiałym wzrokiem. Samospełniająca się przepowiednia czy prawdziwa klątwa...? Przecież muszą ją jakoś obejść...?

Przyznaję, jest w Pięknych istotach sporo momentów, które niebezpiecznie zahaczają o ckliwy melodramatyzm. Zahaczają - ale, przynajmniej w moim odbiorze, nie przekraczają tej cienkiej granicy. Film ratuje zestawienie patosu z przyziemnością, wielkich deklaracji z humorem. Ilekroć robi się niebezpiecznie słodko, któryś z bohaterów kwituje sytuację sarkastycznym, zabawnym komentarzem. Ironii jest tu zresztą mnóstwo, począwszy od Leny odmawiającej zagrania na pianinie, bo We're not in Jane Austen novel, poprzez fascynację mocno starszawego wujka Leny Googlami (wyobraźcie sobie Jeremy'ego Ironsa jako tajemniczego, stroniącego od ludzi czarownika, ubranego w biały garnitur, uśmiechającego się półdrwiąco i wypowiadającego kwestię You can check it on Google - miodzio!), po moje ulubione Would you please stop raining at me?!, wieńczące emocjonalną przemowę Ethana tuż po kłótni bohaterów.

Źródlo
Lubię ten film za to, że romans Ethana i Leny wcale niekoniecznie jest tu najważniejszy. Owszem, prób przekonania widza o sile miłości jest tu sporo i może gdybym była z 10-15 lat młodsza to właśnie byłoby dla mnie najważniejsze... Ale nie jestem i równie ważny wydał mi się sam wątek dorastania Leny, strachu przed mroczną stroną własnej natury, samonakręcającej się spirali zwątpienia. I - powtórzę się, trudno - samo przedstawienie młodocianej czarownicy nie jako nadczłowieka, tylko istoty w pewnych dziedzinach nadnaturalnie zdolnej, ale mocno opóźnionej w innych. Walcząc o pozostanie po stronie jasności, Lena po raz pierwszy musi zmierzyć się z czymś, nad czym nie ma kontroli (no, pomijając sporadyczne niekontrolowane wybuchy magii...). Co Ethan dobitnie uświadamia jej właśnie w tej przemowie, pod koniec której prosi ją, czy mogłaby przestać na niego padać.

Źródło
Lubię ten film za smaczki. Za tę Jane Austen, za Google, za Zabić drozda i Boo Radleya, za absurdalne przerysowanie religijności południowych stanów. Za dobitne przedstawienie tego, jak można zmarnować sobie życie, jeśli nie odważy się na krok w nieznane (pierwsza wizyta Ethana w domu Leny?). Za przemyślenia Seraphine na temat relacji matki z córką, za Ethana tłumaczącego Lenie, na czym polega bycie człowiekiem. Za wątek romansowy również, jakżeby inaczej. Bo on tak ładnie jest tu pokazany. Z tylu różnych stron. Raz miłość bohaterów jest głównym, potężnym źródłem nadziei, innym razem zdaje się zupełnie beznadziejna; jest tu i radość, i wielki smutek, i  nawet spokojna rezygnacja, pogodzenie z tym, że coś nam po drodze nie wyszło. Bardzo dojrzałe ujęcie tematu jak na young adult. Przyjemne zaskoczenie.

Źródło
Lubię ten film za aktorów - och, i to jak go lubię! Ethan jest tak uroczo nieidealny: zwykły nastolatek, niezbyt przystojny, nie geniusz, po prostu - chłopak z marzeniami i siłą woli. Lena, która obeszła mnie bardziej, jest absolutnie prześliczna i wypada równie przekonująco jako cold bitch, I mean, witch, jak i zakochana romantyczka wypisująca na suficie wiersze. Na drugim planie przewijają się Jeremy Irons jako nawrócony na jasną stronę mocy wujek Leny oraz Emma Thompson jako opętana przez ciemne moce gorliwa członkini lokalnego kościoła. Aktorsko gra tu wszystko, ani przez chwilę mi nie zgrzytnęło.

Zgrzytają za to efekty specjalne i chyba o to sporo widzów ma pretensje. Ale ja jestem z tej grupy dla której ma to minimalne znaczenie, więc zupełnie mi to nie przeszkadzało. Tzn., nie zauważyłam nawet, że bywają niezbyt udane...

Źródło
Za to, gdybym miała wskazać najsłabszy punkt tej produkcji, przyczepiłabym się jednak samego czarno-białego podziału na jasną i ciemną stronę. Nie wierzę w to i już. Nie wierzę w zło wcielone, nie wierzę w przypisanie na zawsze do jednej z tych grup. Zabrakło mi tu jakichś półcieni, zwłaszcza, że bardzo zgrabnie można by je wpleść w historię Ridley, kuzynki Leny. Notabene, Emmy Rossum w tej roli była dla mnie wielkim zaskoczeniem; w głowie zawsze widziałam ją tak...

Nie twierdzę, że to arcydzieło sztuki filmowej, ale seans był dla mnie wielką przyjemnością. Jeżeli najdzie Was kiedyś ochota na coming-of-age story pomieszaną z romansem i szczyptą magii - polecam serdecznie.
A może znalazłby się ktoś, kto chciałby się przyłączyć do moich peanów...?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails