sobota, 9 stycznia 2016

2015: filmowe podsumowanie roku

Nie jestem jakoś szczególnie przejęta tym, że zaczął się nowy rok. Pozdejmowałam ze ścian nieaktualne już kalendarze, z ulgą pozbyłam się też wreszcie gigantycznego kalendarza "torebkowego" i zastąpiłam go nowym, o ponad połowę mniejszym - i to by chyba było na tyle. Postanowień brak; z tymi filmowymi i książkowymi pożegnałam się na dobre, sportowe ograniczałyby się pewnie do biegania, a do tego się przy obecnej pogodzie nie zmuszę, za to rzeczy, na których naprawdę mi zależy, odkrywam na bieżąco i żadne noworoczne postanowienia nie są mi do ich realizacji potrzebne. Wiem z grubsza, co chciałabym w tym roku zrobić i osiągnąć, ale nie zamierzam spisywać na kartce listy punktów do realizacji. Każdy coach uznałby to zapewne za kardynalny błąd, bo przecież dopiero kiedy sprecyzujesz swoje cele masz szansę je zrealizować, ale u mnie ta złota zasada niespecjalnie się sprawdza. Za dwanaście miesięcy zobaczymy, kto wybrał lepszą metodę :P.

Tak czy inaczej, niezależnie od mojego obojętnego stosunku do zmiany daty, to dobry pretekst do małego filmowego podsumowania. Materiału trochę mam...




Statystycznie: 254 filmy. Napiszę to słownie, bo aż nie mogę w to uwierzyć: DWIEŚCIE PIĘĆDZIESIĄT CZTERY. Nawet biorąc poprawkę na to, że prawie setka z nich to stare, nieme filmy krótkometrażowe, które mocno przekłamują tego typu statystyki, to i tak wynik jest zacny. Najbardziej cieszy mnie w tym to, że większość tych filmów naprawdę mi się podobała. Oczywiście, że od czasu do czasu trafiałam na coś, na czym przewracałam oczami, zgrzytałam zębami albo ostatkiem sił usiłowałam nie zasnąć z nudów, ale było to dosłownie parę tytułów. Reszta była co najmniej niezła, a duża część - bardzo dobra.


Porażki roku (przy czym mam tu na myśli filmy, które ja sama obejrzałam w roku 2015, nie datę ich produkcji): trochę konkurencji było, ale zaszczytny tytuł porażki roku przyznaję bez wahania pierwszej części czwartej części Zmierzchu, czyli Przed świtem. Recenzja (czy raczej: publiczne przepracowanie psychicznej traumy wywołanej tym seansem) tu.

Na drugim miejscu uplasował się romantyczny dramat (?) dla nastolatek pt. Zostań, jeśli kochasz aka If I stay. Nie spodziewałam się po nim wielkich cudów, zwłaszcza że nie należę już do jego docelowej grupy wiekowej (chociaż z drugiej strony, nieraz tego rodzaju filmy też mi się podobają, a przynajmniej wzbudzają we mnie nutkę nostalgii za licealnymi czasami...), ale choćby ze względu na Chloe Grace Moretz, która jest ponoć tak niezmiernie utalentowaną wschodzącą gwiazdą młodego pokolenia, liczyłam na to, że film będzie trzymał co najmniej przyzwoity poziom. Niestety, nie spodobał mi się zupełnie. Sprawia wrażenie dwóch historii niewprawnie zlepionych w jedną całość, tak że ciężko zdecydować, co właściwie jest głównym tematem filmu: pierwsza, wielka, młodociana miłość czy radzenie sobie z bólem po stracie bliskich? Aktorsko panna Moritz radzi sobie przeciętnie, zwłaszcza w (z założenia) najbardziej dramatycznych momentach. A w dodatku wszystko to polane jest gigantyczną warstwą patosu. Te narratorskie wstawki głównej bohaterki, wyjaśniające widzowi, co właśnie się dzieje i dlaczego to jest smutne! Ta jej hiperwentylacja, kiedy dopytuje się o rzeczy najzupełniej oczywiste! Dla mnie - kompletnie niestrawne. Film ratują rodzice głównej bohaterki i motyw wiolonczeli - również podany patetycznie i ostentacyjnie, a jakże, ale pal sześć, niech będzie i tak. Ile znacie filmów, w których bohater pasjonuje się grą na wiolonczeli? No właśnie.

Ostatnie miejsce na podium zdobywa staroć, czyli Szejk z Rudolfem Valentino w roli tytułowej. Może to trochę nie fair, naigrywać się z tak starego filmu; przecież wtedy sztuka filmowa dopiero nabierała rozpędu, wyglądała zupełnie inaczej niż dzisiaj, itp., itd... Ale jednak taki Griffith, parę dobrych lat wcześniej, potrafił kręcić filmy, które miały sensowną fabułę, którymi chciał coś przekazać, których dialogi nie wywoływały u widza zażenowanego uśmieszku. Parę (dosłownie) linijek i mój ulubiony kadr z filmu, przy którym wszelkie dalsze komentarze stają się zbędne, znajdziecie tu.


 

Odkrycia roku: Tu będzie trudniej, bo dobrych filmów (na szczęście!) widziałam w minionym roku dużo więcej niż słabych. Jeśli spojrzeć na oceny sprawa jest prosta: dwie dziesiątki (! Przez lata jedynym filmem, który dostąpił tego zaszczytu, było Pulp Fiction... Tak, takie filmy też oglądam) i jedna dziewiątka, więc ścisła czołówka wybrała się sama:

Po pierwsze: David W. Griffith i jego Nietolerancja, czyli żywy dowód na to, że usprawiedliwianie niedoróbek co poniektórych starych filmów tym, że są przecież stare, to tylko głupie wymówki. Dało się? Dało. Nietolerancja, mimo swojej technicznej archaiczności (bo temat jest wciąż jak najbardziej aktualny - niestety, chciałoby się dodać...), zrobiła na mnie wielkie wrażenie, a pozostałe filmy Griffitha zajmują sporo miejsca na mojej liście "do-obejrzenia". Parę przemyśleń na ten temat znajdziecie pod wzmianką o Szejku, ponownie tu.

Po drugie: Alive Inside (aka Wewnętrzne życie, ale przyzwyczaiłam się już do angielskiego tytułu...), czyli amerykański film dokumentalny o ludziach chorych na zaawansowanego Alzheimera i "nowatorskiej" metodzie ich leczenia. "Nowatorskiej" w cudzysłowie, bo twórcy filmu postanowili zrobić rzecz tak prostą, że aż trudno uwierzyć, że nikt wcześniej na to nie wpadł: dać chorym iPody z muzyką z czasów ich młodości i sprawdzić, czy przyniesie to jakieś efekty. Oczywiście, że przyniosło. Oczywiście, że twórcom projektu nie udało się przekonać polityków do zaopatrzenia pacjentów w iPody, mimo że kosztowałoby to dużo mniej niż farmakologiczne, niekoniecznie skuteczne metody leczenia. Projekt nie umarł zupełnie (czy raczej: umarł, ale zmartwychwstał) dzięki... Internautom. Krótki, pięciominutowy materiał (włączony później do pełnometrażowego filmu) błyskawicznie podbił YouTube, co przełożyło się na nagłośnienie sprawy również w bardziej tradycyjnych mediach, a przez to na poważniejsze zainteresowanie się tematem przez organy decydujące. Ale co ja będę gadać. Sami zobaczcie:



Nie wiem, jak Alive Inside prezentuje się od strony technicznej i zupełnie mnie to nie obchodzi. Jest piękny, wzruszający, ważny i może przyczynić się do małej zmiany na lepsze w tym dziwnym świecie. Niczego więcej w filmach nie szukam.

Po trzecie: Źródło (The Fountain), czyli film o wielkiej miłości w przepięknym, surrealistycznym opakowaniu. Czytałam mnóstwo komentarzy o tym, że jest pseudo-inteligentny, że to przerost formy nad treścią, że wydmuszka... Tyle tylko, że ten film wcale do roli arcydzieła objawiającego głębokie, uduchowione treści nie aspiruje. Sam reżyser opisał go jako prostą historię o miłości. A że ta miłość pokazana jest trochę inaczej, bardziej metaforycznie, że skupiono się tu bardziej na obrazach i emocjach, jakie wzbudzają w widzu, a nie na typowej, romansowej fabule... To nie wszystkim musi się to podobać. Mnie w każdym razie całkowicie oczarowało. Zachwycające zdjęcia, fabuła jednocześnie prosta i niebanalna, do tego miękka, kołysząca, spokojna atmosfera. No i cudowna Rachel Weisz - chyba znalazłam sobie drugą Brit Marling, której filmy będę oglądać w ciemno...

A tuż poza podium:

  • Oba dzieła Paolo Sorrentino, czyli Wielkie piękno i Młodość. Jedno piękniejsze od drugiego.
  • Mudbloods, czyli film dokumentalny o drużynach quidditcha. Tak, tego quidditcha. Tak, takich prawdziwych drużyn. Uwielbiam pozytywnie zakręconych wariatów, a ci studenci bez wątpienia do nich należą.
  • Zawsze woda, o której pisałam już tu.
  • Dziewczyna z pomarańczami, o której chciałam napisać, ale mi nie wyszło. Kolejny piękny film o miłości, dostatecznie wierny książce i dodający parę rzeczy od siebie (wątek współczesny, dzięki któremu możemy zaobserwować, co zmieniła w życiu Georga cała ta romantyczna historia). Sprawdza się i jako ekranizacja, i jako samodzielny film, a to niełatwa sztuka.
  • Parnassus, czyli magia wylewająca się z ekranu. Kto nie lubi magii?
  • Sekret jej oczu, czyli połączenie kryminału, dramatu, romansu i filmu psychologicznego. Ciepła, duszna atmosfera, bardzo dobre aktorstwo i nieoczywiste rozwiązania fabularne. Właśnie wszedł do polskich kin amerykański remake, więc chciałabym przy tej okazji zaapelować: pamiętajcie, że tę historię zekranizował już wcześniej ktoś inny! Może warto byłoby najpierw zobaczyć tę oryginalną, argentyńską wersję? ;)
  • ...i kilka innych, które jednak są jakoś mniej ósemkowe niż te powyższe ósemki.

Zeszłoroczne plany: Pamiętacie może poniższą grafikę? Wszystkie te filmy chciałam/miałam nadzieję obejrzeć. Co mi z tego wyszło?

 

11/36, czyli:

Reszta nadal zostaje na liście, rzecz jasna. Kiedyś obejrzę...


Filmy z 2015: Tegorocznych produkcji obejrzałam w tym roku tak mało, że aż nie ma sensu się na ten temat rozpisywać. Przejdźmy lepiej od razu do tytułów, których jeszcze nie widziałam, a bym chciała:


Mniej niż w ubiegłym roku: tylko 32 tytuły. Już wiem, że jeszcze w styczniu parę filmów z tej listy wyparuje, bo kina oszalały przed Oscarami i bez przerwy grają coś, co koniecznie muszę zobaczyć. Portfel płacze. W najbliższej przyszłości wybieram się na pewno na Dziewczynę z portretu i Głośniej od bomb, mam też nadzieję zdążyć jeszcze na Carol (może jeszcze tydzień pograją...?). El Clan, Z dala od zgiełku, Wiek Adaline, Inside Out, Kopciuszka i Taxi Teheran przegapiłam, więc pozostaje mi tylko łudzić się, że uda mi się je kiedyś dopaść w mediatece.

A jak wyglądał Wasz rok 2015? Obejrzeliście coś, co Was zachwyciło? Czy może radzilibyście mi raczej wykreślić coś z tej powyższej listy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails