piątek, 21 sierpnia 2015

Futatsume no mado // Still the Water // Zawsze woda


Reżyser: Naomi Kawase
Obsada: Nijiro Murakami, Jun Yoshinaga, Tetta Sugimoto, Miyuki Matsuda, Makiko Watanabe, Jun Murakami
Ocena: 8/10

Marzyłam o obejrzeniu Futatsume no mado od dobrego półtora roku. Marzyłam do tego stopnia, że jedną z pierwszych rzeczy, jaką zrobiłam po powrocie z długiego, odprężającego urlopu było umówienie się z mężem na ostatni seans tego filmu w mieście. Najbardziej przyciągało mnie do niego to, że - możecie się śmiać, ale to szczera prawda... - był kręcony na jednej z okinawskich wysp; konkretniej: na Amami Oshimie. Od czasów magisterki czuję się dziwnie związana z Okinawą i serce mi radośnie skacze, kiedy tylko znajduję jakieś do niej nawiązania. A tu cały film! Cóż za prezent od losu!


Zacznę od marudzenia, bo nie mogę tego zdzierżyć: kto tłumaczył ten tytuł? Po pierwsze: dla każdego, kto obejrzał ten film, powinno być jasne, że "zawsze woda" nijak się ma do przedstawionej treści. Po drugie: to przecież nawet nie jest po polsku (nie brzmi Wam to jakoś koślawo...?). Po trzecie, nawet gdyby wrzucić angielski tytuł (Still the Water) do Google Translatora, to powinno być raczej Ciągle / Wciąż woda, a nie "zawsze". Po czwarte, "still" w tym tytule jest czasownikiem w trybie rozkazującym, znaczy więc nawet nie "wciąż" ani "ciągle" (a już na pewno nie "zawsze"), a raczej "uspokój" - co ma dużo więcej sensu i dużo większy związek z fabułą filmu. A po piąte, jak już dystrybutor nie miał dobrego pomysłu na tytuł, to mógł wrzucić do Google Translatora tytuł japoński; wyszłoby mu "drugie okno" i brzmiałoby to... nadal dziwnie, ale mimo wszystko lepiej. Uch.

Na szczęście, polski tytuł jest na dobrą sprawę jedynym punktem filmu, do którego mogę się przyczepić.

Weźcie poprawkę na mój gust filmowy: ma być wolno, mają być wyraziste, wiarygodne postacie i fabuła zahaczająca o dramat psychologiczny. Wasz gust jest podobny? Gratulacje, dopisujcie Futatsume no mado do listy! Lubicie szybkie filmy, w których dużo się dzieje? Może niekoniecznie...

Głównych bohaterów jest dwoje: nastoletni Kaito i jego przyjaciółka Kyoko. On jest mrukliwy i zamknięty w sobie, ona - pogodna, trochę zwariowana i wykazująca się dużo większą inicjatywą. Poznajemy ich w tragicznych okolicznościach: z morza zostaje wyłowione ciało nagiego mężczyzny. Po tym ponurym początku robi się jednak bardziej sielankowo: ona, ubrana w mundurek szkolny, pływa beztrosko w morzu, bohaterowie jadą razem na rowerze, spódnica Kyoko łopoce na wietrze, fale spokojnie rozbijają się o brzeg. Ona ma wrażenie, że jej przyjaciel wie coś na temat topielca; on fuka na nią ze złością, ale ta mała sprzeczka nie przeszkadza im w zgodzie pójść do "baru". Wszystko to w przepięknych okolicznościach okinawskiej przyrody.


Z biegiem czasu okazuje się, że ta sielanka jest mniej sielankowa, niż może się na pierwszy rzut oka wydawać. On mieszka tylko z matką,  z którą - co widać od pierwszych scen - nie łączą go zbyt ciepłe, serdeczne kontakty. Jego ojciec mieszka w Tokio, a więc w kompletnie innym świecie. Kaito jest zbyt skryty, żeby widz mógł dokładnie określić, jak się w tym układzie czuje, ale można wyczuć, że sytuacja jego rodziny ma jakiś związek z tą irytującą mrukliwością. Ona z kolei usiłuje pogodzić się z myślą o ciężkiej, być może śmiertelnej chorobie matki. Nie ma tu jednak przytłaczającego dramatu i przesiadywania przy szpitalnych łóżkach; matka Kyoko, Isa, szybko wraca do domu, a kamera chętnie pokazuje nam ujęcia Kyoko i jej rodziców siedzących wspólnie na ganku i wpatrujących się w prześwitujące przez koronę wielkiego drzewa promienie słońca. 


Nie będę owijać w bawełnę: wątek Kyoko podobał mi się o wiele bardziej. To ona jest tą energiczną, aktywną stroną w relacji dwójki głównych bohaterów; szuka odpowiedzi na trudne pytania (dlaczego ludzie umierają? Czy matka, jako szamanka, może w ogóle umrzeć?), próbuje uporać się ze swoim smutkiem i mimo wszystko walczyć o szczęście, stara się przekroczyć próg dzielący dzieciństwo i dorosłość (tym właśnie progiem miałoby zresztą być, w myśl najbardziej przekonującej teorii jaką czytałam, owo tytułowe "drugie okno"). Kaito jest wycofany, zdaje się wyprany z emocji (przy czym rzeczywiście - zdaje się...) i nawet na wyznanie miłości odpowiada mrukliwym "dziękuję". A jednak i jego wątek nie nudzi, bo nietrudno zgadnąć, że po tak długim i udanym tłamszeniu emocji musi nastąpić ich wybuch - i zaintrygowany widz czeka na moment, w którym wreszcie zrozumie, co Kaitowi w duszy gra.


Jest więc trochę o dojrzewaniu, trochę o cielesności, trochę o śmierci i sensie życia. Fabuła filmu bardzo przypadła mi do gustu. Najwspanialszym elementem Futatsume no mado są jednak zdjęcia. Te soczyste barwy, wszystko tak ostre i wyraźne, nie wspominając już o ujęciach podwodnych! Ta dbałość o szczegóły! A do tego muzyka: zarówno klasyczna (Japończycy mają do niej ucho...), jak i tradycyjna okinawska (ach, tu mi się nostalgicznie zrobiło...). Uczta dla ucha i oka.

Obejrzyjcie koniecznie, jeżeli tylko będziecie mieli okazję.

(Ach, zapomniałabym: film otwiera scena zarzynania kozy. Długa i szczegółowa. Osobom o wrażliwszych nerwach radzę zamknąć oczy...)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails