środa, 31 grudnia 2014

Co słonko widziało #22: rok 2014

Nadal nie udaje mi się pisać regularnie i bardzo nad tym ubolewam - ale madre mia, co tu się wyrabia! Próby znalezienia następcy na nasze stare mieszkanie i użeranie się z właścicielem, który chyba niespecjalnie chce rzeczonego następcę znaleźć doprowadzają mnie regularnie do czarnej rozpaczy i jestem już tak tym wszystkim wymęczona, że nie mogę doczekać się, kiedy wyjadę, pójdę do pracy i będę mogła wreszcie trochę odpocząć. Obojętnie jak absurdalnie by to nie brzmiało. Całą moją systematyczność diabli wzięli...

W przerwach między wściekaniem się na wszystkich po kolei (I'm surrounded by idiots jest moim mottem miesiąca...) nadrabiałam zaległości w tegorocznych produkcjach. Parę starszych filmów też obejrzałam, ale te z roku 2014 zdecydowanie przeważały i to na nich zamierzam się dzisiaj skupić. Podsumowanie minionego roku będzie musiało poczekać już do nowego. Bardzo bym chciała, żeby się tu pojawiło; pomysłów mi nie brakuje, tylko z czasem krucho...


1. Bai ri yan huo // Czarny węgiel, kruchy lód (2014; Chiny) - 6,5/10

Film, który zdobył w Berlinie Złotego Niedźwiedzia, więc spodziewałam się po nim czegoś naprawdę dobrego - i może dlatego trochę się nim rozczarowałam. Nie jest zły, to całkiem niezłe połączenie thrillera, kryminału i dramatu, ale żeby aż Niedźwiedzia...? W gruncie rzeczy historia jest mało odkrywcza: mamy tu rozczłonkowane zwłoki, pojawiające się w różnych miejscach kraju, niepozorną kobietę, która okazuje się być mocno zamieszana w całą aferę, ex-policjanta z depresją, który nie może pozbierać się po nieudanej akcji, w trakcie której zginęli jego współpracownicy. Do tego trochę chińskich realiów - bardzo nietypowych, nawiasem mówiąc; miejsce akcji wyglądało mi na Rosję i w ogóle z Chinami mi się nie kojarzyło... To wszystko zrobione jest poprawnie, film całkiem wciąga, ale do arcydzieła mu daleko. Bądź co bądź, to jednak tylko kryminał; elementy dramatyczne wprawdzie są, ale to zagadka pozostaje na pierwszym planie. Fanką kina noir nie jestem, to nie moje klimaty, a w Czarnym węglu... nie dostrzegłam niczego wyróżniającego ten film spośród innych kryminałów/thrillerów, które zdarzyło mi się obejrzeć. Niemniej jednak seans jest całkiem przyjemny (o ile lubi się wolne tempo akcji) i absolutnie tego filmu nie odradzam. Spróbujcie, może akurat Wam bardziej przypadnie do gustu.


2. Boyhood (2014; USA) - 8/10

Kolejny film z Berlinale, który, dla odmiany, całkowicie mnie oczarował. Już sam pomysł jest niezwykły: dwanaście lat z życia pewnej rodziny, filmowanych na bieżąco, z udziałem tych samych aktorów, dorastających wraz z filmem. Byłam przekonana, że to dokument - ale nie, to zwyczajny film fabularny, z porządnym scenariuszem. Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, że ktoś mógł być na tyle szalony, żeby zabrać się za realizację takiego projektu. Przecież tyle mogło pójść nie tak! A jednak wyszło - i ogląda się to bardzo, bardzo dobrze. Niby to tylko zapis kilku lat z życia głównego bohatera i jego najbliższych, ale obserwowanie zachodzących w nich zmian było dla mnie fascynujące. Dużą rolę odgrywa w tym, oczywiście, również fakt, że chłopiec z plakatu wyrasta na interesującego, myślącego młodego człowieka, któremu aż chce się kibicować na jego drodze do dorosłości. Znalazłam w tym filmie sporo "siebie" (czy raczej: rzeczy, które sama przeżywałam albo nad którymi swego czasu dużo rozmyślałam). I tylko siostra głównego bohatera niepomiernie mnie irytowała - niezależnie od tego, czy miała lat siedem, czy siedemnaście. Z rozpuszczonej smarkuli wyrosła rozpuszczona nastolatka, należąca do tego typu ludzi, na który mam silną alergię. Z drugiej strony, tylko dodało to filmowi wiarygodności - tacy ludzie też przecież istnieją, i to wcale niekoniecznie muszą być rzadkością...
Dla mnie był "zwyczajnie niezwyczajny". Bardzo lubię takie "podglądanie", filmy, w których głównym bohaterem zdaje się być samo życie. Ja w ogóle lubię życie, może to dlatego ;). Ale znów - trzeba dobrze się czuć w tych klimatach. Nie dziwię się, że sporo ludzi twierdzi, że okropnie się na tym filmie wynudziło ^^.


3. I Origins // Początek (2014; USA) - 8/10

Mniej więcej rok temu odkryłam amerykańską aktorkę, reżyserkę, producentkę i scenarzystkę (czego ta kobieta nie robi!), Brit Marling - i było to dla mnie Odkrycie przez duże "O", pełne najautentyczniejszego zachwytu graniczącego z uwielbieniem, Odkrycie samodzielne, nieoczekiwane i niezmiernie inspirujące. Fascynująca kobieta. Widać w jej filmografii konsekwencję w wyborze tematów i jasno sprecyzowane poglądy, które (jak nietrudno się domyślić...) są z moimi zaskakująco zbieżne. Inteligentna, odważna, uduchowiona, a jakby tego nie wystarczyło - piękna. Zobaczyłam ją po raz pierwszy w Drugiej Ziemi, już po paru dniach rzuciłam się na Dźwięk mego głosu i Grupę "Wschód", a reszta jej dość ubogiej filmografii natychmiast wylądowała na liście "do obejrzenia". Wśród nich znalazł się właśnie Początek, który nareszcie udało mi się obejrzeć. Oczywiście, że bardzo mi się podobał. Oczywiście, że mam ochotę na więcej. I choć moje prawie-uwielbienie dla pani Marling mocno przez ten rok osłabło, to dzięki temu seansowi znów z niecierpliwością czekam na Świętsze od aniołów i The Keeping Room...

Jest parę rzeczy, których można spodziewać się po filmach z Brit Marling. Po pierwsze, pewnej dozy zjawisk uważanych za nadprzyrodzone czy niemożliwe (bliźniaczej planety-Ziemi albo kobiety, która twierdzi, że przybyła z przyszłości). Po drugie, zderzenia światopoglądów (Grupa "Wschód" się kłania, Dźwięk mego głosu zresztą też...). Po trzecie, niejasnego zakończenia (Druga Ziemia, Dźwięk mego głosu). Początek nie jest wyjątkiem od tej reguły; ba, wręcz przeciwnie, wszystkie trzy "punkty obowiązkowe" się w nim pojawiają. Zaczyna się od zderzenia światopoglądów: główny bohater jest najbardziej naukowym z naukowców (w jednej z późniejszych scen filmu prawie obraża się na żonę za to, że użyła słowa "dusza"...), jego ukochana to zaś uduchowiona młoda kobieta, wierząca w istnienie niewidzialnych dla nas sił. W drugiej połowie filmu pojawia się wątek nadprzyrodzony: czy istnieje reinkarnacja, a co za tym idzie - właśnie ta wyśmiana dusza? Zakończenie jest niedopowiedziane, bardzo podobne do tego w Dźwięku mojego głosu: już wydaje się, że A, ale w ostatniej chwili dzieje się coś tak wyraźnie wskazującego na B, że widz zupełnie nie wie, co o tym myśleć. Swoją drogą, bardzo cieszę się z takiego rozwiązania; byłam przekonana, że końcówka będzie wyraźnie wskazywała na opcję B i ta dwuznaczność była dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Reżyser zmusza nas do zadania sobie paru pytań, ale nie prezentuje nam jedynych prawidłowych odpowiedzi. I chwała mu za to.

Aktorsko najsłabiej wypada tu... Główny bohater (Michael Pitt). Nie mam mu nic konkretnego do zarzucenia, ale na tle obu filmowych partnerek wypadł dosyć niemrawo i niespecjalnie sympatycznie; ciężko było mi go polubić i zrozumieć jego powodzenie u kobiet. Brit wypadła dobrze, choć rolę miała tu stosunkowo niewielką i niespecjalnie mogła się czymkolwiek popisać. Moim nowym odkryciem jest za to śliczna Sofi, czyli Astrid Bergès-Frisbey; kolejny film z tą aktorką, Córka studniarza, czeka już na liście i z chęcią sięgnę po niego w najbliższym czasie.

Dla mnie to bardzo dobry film: dramatyczny, trzymający w napięciu, lekko i nienachalnie ezoteryczny (z naciskiem na "nienachalnie"!). Przy okazji poruszający mimochodem kilka innych trudnych problemów: radzenia sobie ze śmiercią, z poczuciem winy, życia z wdowcem i zazdrości o nieżyjącą rywalkę. No i Brit, to nigdy nie boli. Bardzo polecam!


4. How to Train Your Dragon 2 // Jak wytresować smoka 2 (2014; USA) - 6,5/10

Pierwsza część bardzo mi się podobała i z chęcią sięgnęłam po drugą, pokrótce streszczając mężowi fabułę jedynki. Jak wytresować smoka 2 to całkiem niezły film, zachowujący urok pierwszej części, ale (co niespecjalnie mnie zaskoczyło) słabszy fabularnie. Postaci nadal są różnorodne i nietrudno je polubić (co ciekawe, wyglądają trochę inaczej, doroślej niż w pierwszej części - brawa za realizm!), Szczerbatek jest najsłodszym smokiem w historii kina, animacja jest bardzo dobra, a wszystko to okraszone jest obfitą dawką humoru. Nie pamiętam już, czy "jedynka" też tak mnie bawiła, ale zaskoczyło mnie, jak często śmiałam się podczas oglądania drugiej części...! Niestety, sama historia niespecjalnie mnie urzekła; nagły zwrot w fabule wydał mi się zupełnie nierealistyczny (no dobra, w sumie mówimy o świecie Wikingów latających na smokach...), a dawka patosu, jaką polano co niektóre dialogi, mocno niesmaczna. Z drugiej strony, oglądałam ten film w trzech częściach (problemy mieszkaniowe się kłaniają...), co na pewno nie sprzyjało zatopieniu się po uszy w bajkowym świecie...


5. Gone Girl // Zaginiona dziewczyna (2014; USA) - 8/10

Rzadko kiedy oglądam takie filmy, ale entuzjastyczne recenzje znajomych rozbudziły moją ciekawość i zmusiły do sięgnięcia po gatunek, z którym mam raczej niewielkie doświadczenie. I choć wierzę, że miłośnikom thrillerów Zaginiona dziewczyna mogła wydać się przeciętną i niedopracowaną pozycją, to dla mnie była czymś zupełnie nowym, świeżym i niesamowicie wciągającym. Zachwyciła mnie Rosamund Pike; do tej pory znałam ją tylko z roli słodkiej Jane Bennet i zupełnie nie spodziewałam się, że może wypaść wiarygodnie w tak pokręconej roli jak właśnie w Zaginionej.... Amy Dunne to postać, która wryła mi się w mózg i o której wciąż raz po raz myślę. Dlaczego była taka, jaka była? Czy to wina Amazing Amy, zbyt silnej presji na bycie idealną? Jak naprawdę wyglądało jej małżeństwo z Nickiem? Nawet rzeczony Nick, czyli Ben Affleck, wypadł tu całkiem nieźle, chociaż w mojej głowie nadal pozostaje aktorem drugiej kategorii.
Film przez cały czas trzymał mnie w napięciu, a wielki zwrot w fabule nie mógł nastąpić w bardziej odpowiednim momencie; ledwie powiedziałam do męża, że nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że..., a już - jakieś pięć minut później - na ekranie pojawił się wyraźny dowód na to "że...". I choć historia Dunne'ów nie jest wolna od wad i parę szczegółów jest mocno naciąganych (żeby nie powiedzieć: przeoczonych), to ogólna atmosfera filmu w pełni mi to zrekompensowała. Nie jest to jakieś wybitne, ambitne kino i wcale nie próbuje nim być; to bardzo dobre kino rozrywkowe, przy którym można trochę pogłówkować, pokibicować temu czy innemu bohaterowi i zapomnieć o codzienności. A przecież chyba właśnie o to w nim chodzi, prawda?


6. The Grand Budapest Hotel // Grand Budapest Hotel (2014; USA, Niemcy, Wielka Brytania) - 8/10

Jakiś czas temu, w jednym z komentarzy, przyrównałam Wesa Andersona do Monty Pythona - albo ktoś "czuje" jego humor, albo nie. Oglądając Grand Budapest Hotel uznałam, że to porównanie było o wiele bardziej trafne, niż mi się wcześniej wydawało. Ten film jest niesamowicie "pythonowski" - i to nie tylko pod względem humoru, ale również dekoracji czy ogólnej stylistyki. Te miniaturowe makiety udające tytułowy hotel, rysunkowe tło... Jakby żywcem wyjęte ze Świętego Graala.
Grand Budapest Hotel, którego akcja rozgrywa się w Republic of Zubrowka i którego głównym bohaterem jest niejaki Zero Mustafa, bardzo mnie bawił i odprężył. Odkrywanie na ekranie kolejnych znanych twarzy też było niezłą zabawą (najmilszym zaskoczeniem byli dla mnie Saoirse Ronan, Lea Seydoux, Mathieu Amalric i Adrien Brody w roli demonicznego Dmitrija). Jednocześnie jednak po raz pierwszy muszę się zgodzić z zarzutem o "wydmuszkowatość" filmu Andersona. W przeciwieństwie do jego wcześniejszych filmów, w tym nie dostrzegłam żadnego drugiego dna, żadnej głębszej problematyki przedstawionej w lekki i zabawny sposób. To zajmująca historia i do mnie ten typ humoru w stu procentach trafia, ale Grand Budapest Hotel służy li i jedynie rozrywce. W czym nie ma, oczywiście, niczego złego, takie filmy też są potrzebne - ale jednak miałam nadzieję na odrobinkę więcej... Niemniej jednak, ubawiłam się przednio i ósemka w pełni się Hotelowi... należy.


Życzę Wam wszystkim szczęśliwego nowego roku! Wielu radosnych chwil i wzruszeń, jak najmniej dramatów, stresu i irytujących ludzi, od których nie można się odpędzić ;). A na dokładkę dobrych książek i filmów. Do napisania w roku 2015!

czwartek, 11 grudnia 2014

Co słonko widziało #21

Moje życie znów wywraca się do góry nogami; tuż po Świętach czeka mnie kolejna przeprowadzka i nowe wyzwania, a że czasu zostało niewiele, więc jestem chwilowo zalatana, zestresowana i do niczego nie mam głowy. Do tego ta okropna pogoda (nie wiem jak u Was, ale my mieliśmy wczoraj pierwszy choć trochę słoneczny dzień od dobrych trzech tygodni)! A co można robić, kiedy jest szaro i brzydko, a przy tym chciałoby się na chwilę zapomnieć o problemach...? Dla nas wybór jest oczywisty: rozłożona kanapa, gruby koc, zapas herbaty i kolejny film z długiej, najprawdopodobniej rozmnażającej się przez pączkowanie listy.

Powoli zbliżają się Oscary, ostatnio skupiam się więc coraz mocniej na tegorocznych produkcjach: częściowo po to, żeby potem nie nadrabiać znów wszystkich na ostatnią chwilę, a częściowo po to, żebym mogła przyznać też moje osobiste Oscary ;). Co nie znaczy, że starsze (znaczy... starsze niż 2014) filmy zupełnie odłożyłam na bok. Przeważnie oglądam po prostu to, na co najdzie mnie ochota.

Czas na filmowy raport z ostatnich dni:


1. Before I Disappear // Zanim zniknę (2014; USA, Wielka Brytania) - 8/10

Bardzo spokojny, klimatyczny, niby-zwyczajny film. Jeden z tych, które ogląda się z przyjemnością, ale ciężko wytłumaczyć, co właściwie przykuwa w nich do ekranu. Historia nie jest nadzwyczaj oryginalna - ba, scenarzysta/reżyser/odtwórca głównej roli wykorzystał już wcześniej ten sam pomysł (i tych samych głównych aktorów...) w krótkometrażowej Godzinie policyjnej. Nie jest bardzo wzruszający, bardzo przygnębiający, bardzo optymistyczny ani bardzo podnoszący na duchu. Ma za to wszystkiego tego po trochu (choć przez większość filmu dominuje melancholijne zabarwienie), bardzo dobrych aktorów i ten niedookreślony "klimat", który całkowicie mnie urzekł.

Zniknąć chce on, Richie (Shawn Christensen). Od lat nieutrzymujący kontaktu z rodziną, samotny, niepotrafiący poradzić sobie ze stratą ukochanej kobiety. Nie ma tu jakichś wielkich dramatów czy okrzyków rozpaczy; Richie chce tylko spokojnie pożegnać się ze światem i znów spotkać się z ukochaną, tym razem "po drugiej stronie". Podcina sobie żyły, wchodzi do wypełnionej wodą wanny i czeka na koniec. Nagle, jak na złość, rozdzwania się telefon. Zdumiony mężczyzna słyszy w słuchawce głos siostry (Emmy Rossum), która prosi go o zajęcie się jej córką, Sophią (Fatima Ptacek). Richie postanawia przełożyć samobójstwo do powrotu siostry i, zanim zniknie, zaopiekować się dziewczynką. Dość nieprzystępną i pyskatą, dodam tylko.

Richie niespecjalnie nadaje się na opiekuna i noc, którą spędza w towarzystwie dziewczynki, jest nieco... nieprzeciętna. Bohaterowie pojawiają się w kręgielni, barze, spelunie, w której dawniej mieszkał Richie - zdecydowanie nie w miejscach, w których Sophia chciałaby być. Jednak po bolesnych początkach bohaterowie zaczynają się rozumieć, a nawet darzyć sympatią. Pozostaje tylko pytanie: czy cokolwiek z tego wyniknie? Z czym mamy tu do czynienia: filmem z gatunku "przypadkowe spotkanie dwojga samotnych ludzi zmienia ich życie na zawsze" czy zapisem ostatniego dnia życia zrezygnowanego człowieka, który wróci później do swojej "czerwonej wody"?

Bardzo dobry film, idealny na późnonocny seans. Do tego dobrze zagrany; zwłaszcza Fatima (kojarząca mi się tu trochę z małą Dakotą Fanning w Dziewczynach z wyższych sfer) wypadła, jak na swój wiek, bardzo dobrze. Z czystym sumieniem polecam. O ile, oczywiście, w ogóle lubicie takie klimaty.


2. Cold Monutain // Wzgórze nadziei (2003; USA, Wielka Brytania, Włochy, Rumunia) - 5,5/10

Nie spodziewałam się po tym filmie cudów - ot, oczekiwałam takiego zwykłego, klasycznego melodramatu na siódemkę - a i tak ostatecznie się rozczarowałam. Niby to melodramat, ale romans bohaterów jest praktycznie nieistniejący (do czego zresztą, trzeba reżyserowi oddać, sami się poniekąd przyznają); parę spojrzeń, parę drętwych dialogów, jeden rozpaczliwy pocałunek i (zapewne) dużo chemii, którą Ada i Inman biorą za wielką miłość. Żeby jeszcze było tę chemię widać, to może jakoś bym to przełknęła - ale między aktorami nie iskrzy nic, w ogóle, w najmniejszym nawet stopniu. Nicole Kidman, którą do tej pory nawet lubiłam, jest we Wzgórzu nadziei zaskakująco słaba. Nieprzekonująca jako młoda, bogata dziewczyna z dobrego domu (nawiasem mówiąc, czy ona nie jest/była już za stara do tej roli...?), nieprzekonująca jako zakochana kobieta. Najlepiej radzi sobie jako początkująca, nieporadna farmerka, bo tam rzeczywiście powinna być niedopasowana. Biorąc pod uwagę jej wyczyny w innych wcieleniach Ady nie mogę jednak odpędzić się od myśli, że to nie zasługa jej umiejętności aktorskich, tylko szczęśliwy zbieg okoliczności...

I to właściwie na tyle. Niby jedna niedopasowana postać, a psuje cały film. Szkoda, bo reszcie obsady nie mam nic do zarzucenia. Jude Law radzi sobie bardzo dobrze, ale nie jest przecież w stanie w pojedynkę stworzyć przekonującego romansu. Renee Zellweger pojawia się tu w dość kontrowersyjnej roli, ocenianej albo jako brawurowa, albo przeszarżowana; mi hoża, dosadna Ruby bardzo się podobała i stanowiła miły kontrapunkt dla całego tego niby-romansu. Natalie Portman, którą widzimy tu tylko przez kilka minut, jest fantastyczna (nie mam pojęcia, jak można by zagrać Sarę lepiej...), a chemia między nią a Judem Law jest tak oczywista, że jeszcze bardziej pogrąża romans głównych bohaterów. Trochę śmieszne jest to, że Portman starała się początkowo o główną rolę - bardzo chciałabym wiedzieć, kto uznał, że Kidman będzie tu lepszym wyborem...

5,5 gwiazdek nie wzięło się znikąd: film jest całkiem przyzwoitym dramatem wojennym. O ile romansowy początek zwiastował męczące dwie i pół godziny, o tyle sceny, w których Kidman i Law nie usiłują robić do siebie maślanych oczu, są przynajmniej niezłe. Wątek Inmana ma swoje lepsze i gorsze momenty, ale pojawia się parę poruszających scen (jak choćby cała sekwencja z Portman, ekhm ekhm). Ada w duecie z Ruby staje się za to dużo mniej męcząca, a cały wątek życia na farmie, hodowli, uprawy i generalnie wzięcia odpowiedzialności za własne życie wręcz mi się podobał. Do tego dochodzą przepiękne krajobrazy i muzyka. Ta druga kompletnie od czapy, tak nawiasem mówiąc, ale co tam, ładna była...


3. Belle (2013; Wielka Brytania) - 7/10

Niesamowita historia, która w dodatku wydarzyła się naprawdę. No, może niekoniecznie wszystko wyglądało, w najdrobniejszych szczegółach, dokładnie tak, jak przedstawiono to w filmie, ale Dido Belle, brytyjska arystokratka-mulatka, istniała naprawdę. Jako mała dziewczynka została oddana przez ojca pod opiekę krewnych, którzy pokochali ją jak własne dziecko. Dorastała w przepychu, ale też w pół-ukryciu - bo choć krewni nigdy się jej nie wstydzili ani nie wypierali się jej istnienia, to jednak niespecjalnie się tez swoją podopieczną afiszowali. Po śmierci ojca została dziedziczką sporej fortuny. Teoretycznie mogłaby przebierać w kandydatach do jej ręki. Teoretycznie. Gdyby nie ten nieszczęsny kolor skóry...

Film pozytywnie zaskoczył mnie ujęciem tematu. Dido nie jest pokorną dziewczynką, która nie może uwierzyć, że spotkało ją tyle szczęścia i jest na każdym kroku wdzięczna krewnym za przygarnięcie jej. W pełni zdaje sobie sprawę ze swojej pozycji i czuje się całkowicie córką swojego ojca. Oficjalnie uznaną, noszącą jego nazwisko, a co za tym idzie - mającą dokładnie takie same prawa jak każda inna dziewczyna w jej sytuacji. To, że wygląda inaczej niż reszta brytyjskiej arystokracji, traktuje jak niesprawiedliwe okrucieństwo losu. Podobało mi się też to, jak jej postać z biegiem czasu ewoluowała. To nie tylko film kostiumowy, ale też opowieść o dojrzewaniu do samoakceptacji. Lubię takie historie...

Aktorsko bywa różnie, a największym problemem jest tu, niestety, odtwórczyni głównej roli (Gugu Mbatha-Raw). Zdaję sobie sprawę z tego, że zdążyła już zgarnąć za tę rolę parę nagród i jest nawet wymieniana jako potencjalna kandydatka do Oscara, ale nie bardzo potrafię to zrozumieć. Gugu w żadnym momencie nie gra wybitnie, często gra po prostu zwyczajnie, a nieraz (i wcale nie tak rzadko...) co najwyżej przeciętnie. Irytują zwłaszcza jej wytrzeszczone oczy, którymi próbuje wyrazić każdą emocję inną niż zadowolenie. Na tle reszty obsady wypada bardzo blado. Dużo lepiej radzi sobie jej filmowa kuzynka, Sarah Gadon. Najbardziej bawił mnie zaś Tom Felton, który - po budzącym współczucie występie w In secret - znów jest tu nieodrodnym Draconem Malfoy'em, z całą tą pogardliwą mimiką, manią czystej krwi i całą resztą malfoyowego dziedzictwa.

Historia niezwykła, scenariusz dobry, naprawdę prawie nie mam na co narzekać. Gdyby nie Gugu, byłoby spokojnie osiem gwiazdek.


4. A Long Way Down // Nauka spadania (2014; Niemcy, Wielka Brytania) - 8/10

A to z kolei pozytywne zaskoczenie. Film, po którym nie spodziewałam się niczego specjalnego, a okazał się bardzo pozytywną, niegłupią produkcją. Biorąc pod uwagę, że czworo głównych bohaterów to niedoszli samobójcy, jest to dość... zaskakujące ;). Poważnie, jeśli można w ogóle nakręcić optymistyczny film opierający się na motywie samobójstwa (optymistyczny - nie parodię, satyrę ani nic z tych rzeczy...), to to jest właśnie ten film.

Tym razem od początku wiemy, że mamy do czynienia z filmem z gatunku "przypadkowe spotkanie samotnych ludzi zmienia ich życie na zawsze". Cała czwórka spotyka się bowiem w Sylwestra, na dachu budynku, z którego wszyscy chcieliby skoczyć. Nieoczekiwane towarzystwo krzyżuje ich plany i, chcąc nie chcąc, są zmuszeni odłożyć skok na później. Zakręcona córka znanego polityka, Jess (Imogen Poots), proponuje, żeby poczekali z samobójstwem do Walentynek. Bazgrze umowę na pierwszym lepszym kawałku papieru i nakłania pozostałą trójkę do podpisania. Cała historia przedostaje się jednak do mediów, nieoczekiwanie komplikując życie bohaterów i zmuszając ich do wspólnego stawienia czoła dziennikarskim hienom...

Podobają mi się wnioski płynące z tego filmu. Osoba, której życie wydaje się koszmarem, może być z niego całkiem zadowolona, a najsilniejsze myśli samobójcze mogą dręczyć człowieka, który teoretycznie nie ma powodów do narzekania. Mówiąc prościej: nie oceniaj bliźniego, bo nigdy nie wiesz, co dzieje się w jego głowie. Podoba mi się też spory zastrzyk humoru, jakim doprawiono Naukę spadania. I ten dialog...:
 - Has anyone ever told you you're a bit of an idiot?
 - I'm a politician. That's all they ever tell me.


5. Sofies Verden // Świat Zofii (1999; Norwegia, Szwecja) - 6/10

Książka Josteina Gaardera jest fantastyczna (chociaż, nie powiem, parę lat musiało minąć zanim przeczytałam ją w całości - zazwyczaj poddawałam się przy średniowieczu i dalej czytałam tylko fragmenty fabularne, z wielką stratą dla całej historii ;)), ale zupełnie nie potrafiłam sobie wyobrazić, że ktoś mógłby być na tyle szalony i spróbować ją zekranizować. Sporo w niej przecież podręcznikowych, stosunkowo suchych fragmentów, listów, wykładów etc. Kto chciałby oglądać Zosię czytającą w Zaułku cały ciąg listów na temat Sokratesa i Platona? Kto wysiedziałby w kinie na wykładach Alberta o Kartezjuszu? Reżyser też musiał zdawać sobie z tego sprawę, bo jego Świat Zofii jest dużo bardziej dynamiczny niż książkowa wersja. I sama nie wiem, co o tym sądzić.

Z jednej strony - inaczej się nie dało. I momentami wychodzi to całkiem nieźle. Zosia i Alberto cofają się w czasie przechodząc przez dziurę w ścianie, list na temat mitologii staje się wypracowaniem, które Zosia odczytuje przy całej klasie (i którego wcale nie napisała...), a cynicy przemawiają do dziewczyny z kinowego ekranu. Z drugiej strony, w efekcie film przypomina trzygodzinną podróż po kolejnych epokach, a samej filozofii zostaje w tym bardzo niewiele. Te parę zdań na temat tej czy innej postaci absolutnie nie zasługuje na miano "kursu filozofii" (a Zosia już na początku informuje kolegę (wątek miłosny też wprowadzono, a jakże), że studiuje filozofię...) i nijak nie umywa się do stosunkowo szczegółowych wyjaśnień, którymi książkowy Alberto raczył książkową Zosię. A film o filozofii bez porządnego skupienia się na filozofii nie ma prawa wypaść dobrze...

Nie wydaje mi się, żeby filmowy Świat Zofii miał szansę zainteresować kogoś, kto nie przeczytał książki. Ale może wcale nie ma takiej potrzeby? Twórcy filmu nastawili się pewnie raczej na rodzimy rynek, a tam zainteresowanie powieściami Gaardera jest, o ile mi wiadomo, spore. Fanom książki film może się spodobać; nie jakoś szalenie, bez zachwytów, ale może być to miły sposób na spędzenie czasu i odświeżenie sobie historii Zosi, Hildy i obu Albertów.

Uwaga na marginesie: aktorzy dobrani są fatalnie. Grają dobrze, ale to ma być Zosia? Brunetka o włosach jak len? A Hilda, śliczna dziewczyna z blond lokami, która w dodatku "trochę przypominała Jorunn"? Alberto też jakiś taki niemrawy w porównaniu do książki; jakby nie Zosia to utknąłby w tej swojej Chacie Majora i w ogóle nie pomyślał nawet o ucieczce. Starego piernika z niego zrobili.

Uwaga na marginesie nr 2: w filmie pojawia się Mikołaj Kopernik i - uwaga, uwaga! - mówi po polsku. Twórcy w ogóle wysilili się na różnorodność językową: obok norweskiego można usłyszeć niemiecki, angielski, francuski, rosyjski, włoski, grecki... To akurat bardzo doceniam.
Related Posts with Thumbnails