niedziela, 14 września 2014

Co słonko widziało #19

W minionym tygodniu znów udało mi się obejrzeć (tylko?) trzy filmy. Dwa dosyć klasyczne, (prawie) bardzo dobre, i jeden bardziej nietypowy, dokumentalny, który przypadł mi do gustu o wiele mniej. Po raz kolejny wszystkie filmy to produkcje angielskie albo amerykańskie, za to całkiem multikulturowe pod względem treści. In Secret to ekranizacja opowiadania/powieści/dramatu Zoli Teresa Raquin, akcja filmu rozgrywa się więc (niby) we Francji, a Piękna i Bokser to film o parze mieszkających w Ameryce Japończyków. Z tej trójki tylko The Thirteenth Tale (oficjalnego tłumaczenia tytułu jeszcze nie ma, ale ciężko mi wyobrazić sobie inne niż Trzynasta opowieść...) jest typowo angielską, tajemniczą opowieścią, utrzymaną w poetyce dzieł sióstr Bronte.

Po szczegóły zapraszam poniżej :).


1. In Secret (2013; USA) - 7,5/10

Na początku spodobał mi się plakat - tajemniczy, stonowany i wyróżniający się spośród otaczających go, hałaśliwie kolorowych grafik. Potem rzuciły mi się w oczy nazwiska młodych aktorów. Elizabeth Olsen, która ponoć ma kilkakrotnie więcej talentu aktorskiego niż jej obie słynne siostry razem wzięte, widziałam do tej pory tylko w Sztukach wyzwolonych i wprawdzie zagrała tam dobrze, ale nie miała szczególnego pola do pochwalenia się swoimi umiejętnościami. Ciekawa byłam, jak poradzi sobie w bardziej ambitnej roli. Dodatkowym smaczkiem był Tom Felton, do tej pory kojarzący mi się jedynie z dość antypatycznym Draconem Malfoyem z Harry'ego Pottera - zwłaszcza, że miał wystąpić tu w roli niewinnej ofiary, co raczej ciężko było mi sobie wyobrazić. Opis fabuły brzmiał całkiem intrygująco. Mrocznie, trochę strasznie, ale intrygująco...

Główną bohaterką filmu jest półsierota Therese (Elizabeth Olsen), od dziecka mieszkająca z ciotką (Jessica Lange) i jej chorowitym synem, Camillem (Tom Felton). Dziewczyna, choć dobrze traktowana, jest samotna i bezradna. Ciotka nie poświęca najmniejszej uwagi uczuciom bratanicy i nie umie okazać jej serca; widzi w niej przede wszystkim "opiekuńczego anioła", bez słowa protestu troszczącego się o słabowitego kuzyna. Wreszcie podejmuje decyzję o połączeniu dwójki swoich podopiecznych węzłem małżeńskim. Nawet nie przyjdzie jej do głowy, że mogłaby skonsultować te plany z Therese, zaś sama zainteresowana jest już tak bezwolna, że - jak zwykle - posłusznie robi to, co jej kazano.
Ani ciotka, ani Camille nie przypuszczają nawet, że posłuszna, opiekuńcza Therese skrycie marzy o wielkiej namiętności. Nie znajduje jej w małżeństwie: Camille nazywa żonę "swoją małą Therese" i widzi w niej tylko dziewczynkę, z którą się wychowywał. Pewnego dnia przyprowadza do domu przyjaciela z dzieciństwa, Laurenta (Oscar Isaac). Przystojnego, intrygującego - i wyraźnie zainteresowanego bezbarwną Therese. Niewiele czasu mija, nim tuż pod nosem surowej ciotki i naiwnego, niepodejrzewającego niczego Camille'a wybucha ognisty romans...
Spełnienie marzeń? Początkowo tak. Ale ukradkowe spotkania szybko przestają kochankom wystarczać, a pojawiające się nagle widmo rozdzielenia zmusza ich do podjęcia desperackich kroków. Chciałabym, żeby po prostu zniknął - wyrzuca z siebie wtedy zrozpaczona Therese. Laurent podchwytuje tę myśl. I choć oboje się jej boją, nie potrafią nie dostrzec w niej ostatecznego rozwiązania swoich problemów. Mimo wyrzutów sumienia, mimo całego przerażenia tym, co zamierzają, decydują się pomóc Camille'owi zniknąć... Na zawsze.

Nie znałam wcześniej tej historii i spodziewałam się raczej wątku pół-kryminalnego, który nastąpiłby po "wypadku" Camille'a. Ciotki odkrywającej prawdę, kochanków usiłujących ją ukryć, może nawet uciekających w nieznane. Bardzo mile zaskoczyło mnie więc skupienie uwagi przede wszystkim na psychice bohaterów i zepchnięcie wątku ukrywania tajemnicy na dalszy plan. Podoba mi się też morał wypływający z całej tej historii. Miłość Therese i Laurenta - do tej pory jasna, promienna, radosna - zostaje nieodwracalnie skażona złem. Myślenie, że po śmierci Camille'a wreszcie będą mogli żyć długo i szczęśliwie, jakby nic się nie stało, okazuje się czystą naiwnością. Stało się. Zabili człowieka. A że ani Therese, ani Laurent nie są bezdusznymi potworami, nie potrafią udźwignąć ciężaru zbrodni, którą popełnili.

Najsmutniejsze w tym filmie jest to, że bohaterowie nijak nie mieli szansy stworzyć udanego związku. Bardzo chciałam, żeby Therese na dobre przestała być smutną, cichą dziewczyną kryjącą w rogu pokoju. Jak ona potrafiła błyszczeć! Podczas ich ukradkowych schadzek wręcz promieniała. Ani powrót na prowincję i nudne życie u boku męża-kuzyna, ani sprawienie, żeby Camille zniknął, nie dawało jej jednak szansy na szczęście. Morderstwo nie rozwiązało problemu. Przez pół seansu zastanawiałam się: Dlaczego nie uciekli? To byłoby o tyle prostsze. Nie musieli zabijać. Nadal tego nie rozumiem...

Młodzi aktorzy mnie nie zawiedli. Felton jest w swojej roli bardzo przekonujący i absolutnie nie miałam wrażenia, że widzę na ekranie młodego Malfoy'a. Elizabeth Olsen z kolei bardzo kojarzyła mi się z młodą Kristin Scott Thomas. Ten sam delikatny wytrzeszcz, podobna mimika... Ta rola była o wiele trudniejsza niż Zibby ze Sztuk wyzwolonych i - jak na mnie - dziewczyna w pełni ją udźwignęła. Nie wiem, czy większa w tym zasługa jej, czy charakteryzatorów, ale różnica między przygaszoną Therese siedzącą w kącie a Therese spotykającą się z Laurentem jest kolosalna. Z przyjemnością będę śledzić jej dalszą karierę.

To bardzo dobry film, o gęstej, mrocznej atmosferze. Do ósemki zabrakło mi... Bo ja wiem, jakiegoś związku z moim życiem? Wszystko to jest bardzo poruszające i beznadziejne, ale ciężko mi było wyciągnąć z tego seansu cokolwiek dla siebie. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że zamordowanie współmałżonka jest dobrym sposobem na ułożenie sobie życia z kochankiem. Problem chyba w ogóle się już przeterminował - w dzisiejszych czasach Therese wystąpiłaby po prostu o rozwód. Nawet unieważnienie ślubu kościelnego by dostała.


2. Cutie and the Boxer // Piękna i Bokser (2013; USA) - 5/10

Wykopałam ten film z odmętów internetu przy okazji ostatniego Berlinale. Zapowiadało się ciekawie. Noriko, żona artysty i boksera Ushio Shinohary, miała zrzucić z barków ciężar narzuconej jej roli wzorowej japońskiej żony i zacząć własną karierę. Byłam tego filmu naprawdę ciekawa, bo poszczególne elementy układanki zupełnie mi do siebie nie pasowały. Bokser i artysta? Bokser-Japończyk? Podstarzały artysta-Japończyk? Japonka, która walkę o niezależność zaczyna będąc babcią, a w dodatku wyraża swoją indywidualność poprzez rysowanie komiksów? Zapowiadało się intrygująco.

Główny problem tego filmu: brak wyraźnej fabuły. Ja wiem, że to dokument, ale nawet w dokumencie musi istnieć jakaś myśl przewodnia, kierunek, w którym film się rozwinie. Tu mamy trochę teraźniejszości, trochę przeszłości, trochę problemów materialnych, trochę alkoholizmu, trochę problemów z synem, trochę frustracji Noriko wyrażonej w komiksowej historii niejakiej Cutie. Nie ma żadnego momentu przebudzenia, buntu; momentu, w którym zmęczona Noriko powiedziałaby "dość". Nie ma też triumfalnego sukcesu. Dostajemy raczej portret nieszczęśliwej, rozczarowanej życiem kobiety, która robi dobrą minę do złej gry. 

Ushio zrobił na mnie fatalne wrażenie. Nie przemawia do mnie ani jako artysta (sztuka nowoczesna, brrrr!), ani (tym bardziej!) jako mąż i ojciec. Nieodpowiedzialny alkoholik, który wszystko ma głęboko w czterech literach i nie potrafi zadbać nawet o własnego syna. Te sceny, w których chłopiec przemykał się chyłkiem z jednego pokoju do drugiego, podczas gdy ojciec balował z kolegami... Okropne. Żałosne.

Samej Noriko też nie udało mi się w pełni polubić. Była na to zbyt złośliwa, zbyt zgorzkniała. Nie dziwię jej się, też bym zgorzkniała, gdybym wkopała się w małżeństwo z takim dziadem, ale trudno było mi poczuć do niej sympatię. Podobały mi się za to rozmowy Shinoharów; Ushio uważa się za organ decyzyjny w rodzinie (przecież jest mężem!), a Noriko raz po raz sarkastycznie wyprowadza go z błędu. Jest to tak oschłe i obojętne, że aż śmieszne. A może nie, może jednak straszne. To coś niesamowitego, że Noriko postanowiła publicznie poskarżyć się na swój los, tworząc historię Cutie i Bully'ego na kanwie własnego życia. Jak strasznie ona musi(ała) go nie znosić...! Jak olbrzymi musi(ała) mieć do niego żal!

Wszystko to sprawia, że ogląda się to gorzko. Film jest w dodatku lekko nudnawy. Brakuje tu po prostu punktu zaczepienia. Ciężko powiedzieć, o czym ten dokument jest. O buncie Noriko? Przecież ona historię Cutie rysuje od samego początku filmu.

I najbardziej zastanawiające mnie pytanie: jak oni to filmowali? Ukrytą kamerą...?


3. The Thirteenth Tale (2013; Wielka Brytania) - 7,5/10

Odkryłam ten film wczoraj i z miejsca wiedziałam, że muszę go obejrzeć. Teraz! Zaraz! Powieść Diane Setterfield bardzo mi się podobała i miałam nadzieję, że w filmie odkryję tę samą magię. Do tego Sophie Turner w jednej z głównych ról! Należę do tego 1% populacji, który nie lubi Gry o tron - poważnie, próbowałam, obejrzałam jeden sezon i uznałam, że kompletnie mnie to nie kręci... - ale najwyraźniej zostało we mnie jakieś ziarenko sympatii do Sansy Stark, bo nazwisko Sophie w obsadzie zadziałało na mnie jak magnes.

To stosunkowo nowa historia, ale wyraźnie wzorowana na starych powieściach gotyckich. Biografka-amatorka, Margaret Lea, zostaje poproszona o wysłuchanie historii życia słynnej, umierającej już pisarki, Vidy Winter. Problem w tym, że panna Winter wielokrotnie opowiadała już o swoim życiu, za każdym razem wymyślając inną historię. Jest utalentowaną bajarką, potrafi budować napięcie i tworzyć piękne opowieści. Jaką gwarancję może mieć Margaret, że to wszystko nie jest tylko podstępem? Dlaczego akurat ona, zupełnie obca kobieta, miałaby poznać prawdziwe losy Vidy Winter? Dawno, dawno temu były sobie bliźniaczki... - mówi książkowa panna Winter (ta filmowa ogranicza się do It's about twins) i to jedno zdanie zmusza Margaret do wysłuchania dziwnej, poplątanej historii bliźniaczek Angelfields.

Bardzo łatwo byłoby napisać o tej historii o parę słów za dużo, więc ograniczę się do haseł. Jest tu dwór: potężny, dawniej imponujący, teraz jednak popadający w ruinę. Są zaniedbane dziewczynki, wychowujące się praktycznie bez rodziców. Jest kazirodcza miłość. Jest agresywna, porywcza Adeline i potulna, schludna Emmeline. Są tajemnicze wypadki, halucynacje, nawet morderstwa. Podobno jest też Duch. Kobieta w bieli.

Oczywiście, że wszystko to wyobrażałam sobie inaczej. Dwór, Hester, pokój Margaret u panny Winter, bliźniaczki. A przede wszystkim samą Margaret. Nie pamiętam, czy autorka powieści opisała kiedykolwiek jej wygląd, ale te krótkie włosy i zdeterminowane spojrzenie nie pasują mi do rozmemłanej kobiety, która całe dnie spędza otoczona książkami i na okrągło pija gorące kakao (o rety, jaką ja miałam fazę na kakao po skończeniu tej książki!). Namieszano też w jej biografii, co akurat uważam za wielki plus. Książkowa Margaret bez przerwy bredziła o swojej utraconej siostrze, która zmarła tuż po porodzie, chociaż bohaterka w życiu jej na oczy nie widziała i dowiedziała się o jej krótkim istnieniu zupełnie przez przypadek. Filmowa Moira zmarła jako dziecko, dość duże, by jej siostra-bliźniaczka zapamiętała to traumatyczne wydarzenie.

Oczywiście, że sporo wycięto. Historia panny Winter zaczyna się w momencie powrotu Isabel do Angelfields, a więc dużo później niż w książce. Mocno poskracano też wątki współczesne. Augustus Love pojawia się tylko w jednej scenie, kiedy do Angelfields przyjeżdża policja - nie ma tu więc całego motywu ich przyjaźni, tęsknoty za posiadaniem matki etc. Też uważam to za plus; więcej się w tym filmie nie dało upchnąć, a te współczesne wtręty nawet w książce były dużo mniej interesujące od właściwej historii.

Oczywiście, że film jest gorszy od książki. Taki już los ekranizacji (może z małymi wyjątkami). Film i literatura rządzą się zupełnie innymi prawami i nie da się tak łatwo zamienić jednego w drugie. Po raz kolejny wysunę ten sam zarzut: film jest za krótki. Wydarzenia zbyt szybko następują po sobie. To, co w książce było pełne napięcia, co sprawiało, że serce przez dobre dziesięć minut tłukło jak szalone, tu przedstawione jest w jednej, krótkiej scenie. Emocje są przez to nieporównywalnie słabsze. Gdyby tak dodać parę minut, dorzucić kilka ziarenek niepewności i dramatyzmu...

Zgrzytało mi też aktorstwo, zwłaszcza dzieci. Oliia Colman jako Margaret Lea też była jakaś taka... Mało ekspresywna. Za to młodej Sophie Turner nie mam nic do zarzucenia. Vanessie Redgrave też nie, ale to akurat żadne zaskoczenie.

Niemniej jednak, to prawie bardzo dobry film. Słabszy od książki, ale i tak warty obejrzenia. Absolutnie nie żałuję poświęconego mu czasu i z czystym sumieniem polecam!

poniedziałek, 8 września 2014

Co słonko widziało #18: znów angloamerykańsko

Od ostatniego wpisu zmieniło się niewiele: do zaległych dwóch filmów doszedł tylko jeden (o wiele przyjemniejszy od poprzedników), co daje mi nadzieję na stworzenie posta o jakiejś w miarę normalnej długości ^^. Tym razem nie wymyśliłam sobie żadnego klucza, według którego dobierałabym pozycje, ale i tak wszystkie trzy filmy okazały się być produkcjami angloamerykańskimi. W dzisiejszym programie: Kobieta w ukryciu, Człowiek przyszłości i Zacznijmy od nowa.


1. The Invisible Woman // Kobieta w ukryciu (2013; Wielka Brytania) - 5/10

Do obejrzenia tego filmu zachęciła mnie zapewne występująca tu w tytułowej roli Felicity Jones, która urzekła mnie jakiś czas temu w Opactwie Northanger. Opis fabuły też wydał mi się w miarę ciekawy: wprawdzie nigdy nie interesowałam się specjalnie życiem prywatnym Dickensa i nie słyszałam wcześniej o jego romansie z młodziutką aktorką Ellen Ternan, ale zawsze podoba mi się takie ponowne uczłowieczanie Wielkich Artystów, którzy przez lata zdążyli zmienić się już w świętoszkowate wzory cnót wszelakich. Film jest w dodatku produkcją BBC, wiedziałam więc, że zrealizowany będzie na najwyższym poziomie. Przemyślane kompozycje i zdjęcia, bardzo dobre aktorstwo, dopieszczone w najmniejszych szczegółach dekoracje i kostiumy...

I wszystko to w tym filmie właściwie jest: i piękne suknie, i ciekawe kadry, i detale, i historia dickensowskiego romansu - tyle tylko, że z ekranu, najzwyczajniej w świecie, wieje nudą. I mówię to ja, zazwyczaj rozpływająca się nad każdą "niespieszną narracją". Po długich przemyśleniach i próbach zestawienia tego filmu z obejrzaną parę tygodni temu Jaśniejszą od gwiazd (która niby jest podobna, a jednak, z jakiegoś powodu, podobała mi się o wiele bardziej...) chyba udało mi się odkryć, co najbardziej mnie w tym filmie uwierało. Owszem, lubię wolne tempo akcji, bo dzięki niemu reżyser ma możliwość porządnie zagłębić się w psychikę bohaterów i ukazać ich emocje - ale tu w ogóle tego nie ma. Niby to melodramat, ale nie wzrusza ani nawet nie angażuje emocjonalnie widza. Miałam wrażenie, że reżyser sam nie może zdecydować, co właściwie sądzi o romansie Dickensa i Nelly. Być może celowo starał się pozostać bezstronny - ale przecież melodramat z założenia jest gatunkiem subiektywnym, w którym widz musi kibicować parze głównych bohaterów. Melodramat wyprany z dramatyzmu staje się suchy, beznamiętny i nudny jak flaki z olejem, a Kobieta w ukryciu jest na to doskonałym dowodem.

Szczerze mówiąc, odniosłam wrażenie, że reżyser sam nie lubi własnych bohaterów. Mi też nie udało się ich polubić. Cały ten romans wydał mi się po prostu żałosny: dorosły, żonaty mężczyzna, ojciec gromadki dzieci (ile ich tam było? Z dziesiątka...?) zostawia żonę dla ładniutkiej, pozbawionej jakiegokolwiek talentu aktoreczki, która mogłaby być jego kolejną córką. Reżyser albo nawet nie próbuje, albo próbuje, ale zupełnie mu to nie wychodzi, nadać ich związkowi jakiejkolwiek głębi. Nie ma tu nawet banalnego "żona mnie nie rozumie". Problemy małżeńskie państwa Dickensów sprowadzają się do tego, że pani Dickens jest gruba i nieatrakcyjna (a jak ma wyglądać po dziesięciu ciążach?!), w związku z czym mąż z nią nie sypia (co też nie mogło być do końca prawdą, skądś się te dzieci przecież brały...). Niby pojawia się tu wątły motyw wielkiego entuzjazmu Ellen wobec twórczości Dickensa i jej przekonania, że to coś więcej niż tylko rozrywkowe powieści, ale to trochę za mało. Nie żebym potępiała bohaterów w czambuł - nie, oni po prostu w ogóle mnie nie obeszli, a to chyba najgorsze, co można powiedzieć o melodramacie. O większości innych filmów zresztą też.

Od strony technicznej film jest bardzo dobrze zrobiony i głównie z tej racji dostał ode mnie te pięć gwiazdek. Nie mogę nawet szczerze napisać, że oglądanie go mnie nie bolało. Pod koniec byłam już naprawdę solidnie znudzona, co już dawno mi się nie przytrafiło...

Nie wiem, za co te wyróżnienia, nie wiem, gdzie jest ten "subtelny erotyzm", który mignął mi gdzieś w trailerze. Widocznie był dla mnie zbyt subtelny.


2. Bicentennial Man // Człowiek przyszłości (1999; USA, Niemcy) - 6/10

Film z cyklu "sama bym go nie wybrała, ale mąż chciał, więc niech mu będzie". To historia robota, androida (młodsza córka jego właścicieli nie potrafi wymówić tego słowa i skraca je do andro, przez co przypadkiem nadaje mu ludzkie imię: Andrew), który, w wyniku tajemniczego błędu popełnionego podczas jego produkcji, jest dużo bardziej uczłowieczony niż inne roboty. Wykazuje się kreatywnością, przejawia też coraz więcej ludzkich uczuć. Z czasem również z wyglądu zaczyna przypominać mężczyznę i podejmuje rozpaczliwą - i dosyć beznadziejną - walkę o zostanie pełnoprawnym, oficjalnie uznanym człowiekiem.

Roboty - czy raczej: podejście do nich - są w naszym domu jedną z nielicznych problematycznych kwestii. Męża ten problem ewidentnie fascynuje. Nawet magisterkę chciał o tym pisać (zanim odkrył, że Japończyków filozofowanie na temat sztucznej inteligencji w ogóle nie interesuje, więc nie miałby żadnych źródeł ^^). Mnie nie. Nie chce mi się wierzyć, że ludzki mózg to tylko bardzo skomplikowany komputer i że można by stworzyć robota, który odczuwałby ludzkie emocje. Widzę wyraźną różnicę między człowiekiem, istotą żywą, organiczną, a robotem, który zamiast wnętrzności ma układy scalone. Niezależnie od tego, jak bardzo przypominałby człowieka. Stąd też Człowiek przyszłości nie miał u mnie zbyt wielkich szans. Nie kupuję po prostu samego punktu wyjścia tego filmu: robota z ludzkimi emocjami. W związku z tym trudno było mi kibicować bohaterowi w jego walce o zostanie człowiekiem. Oczywiście Andrew jest przesympatyczny i nie sposób go nie polubić; sama momentami zapominałam, co o tym wszystkim sądzę i trzymałam kciuki za jego romans (bo jest, a jak!)... Ale na sprowokowanie mnie do głębokiej refleksji nad istotą życia nie miał szans.

Odkładając na bok moje prywatne przemyślenia na temat robotów: to całkiem dobry film. Momentami zabawny - zwłaszcza na początku, kiedy Andrew dopiero uczy się życia wśród ludzi. Później całkiem zastanawiający (chociaż na sprowokowanie mnie... etc.), a do tego na wskroś romantyczny. Cała ta walka Andrew o uznanie go za człowieka wypływa z jednego pragnienia: legalnego ślubu z ukochaną kobietą. Gdyby nie to trudno byłoby zrozumieć jego pobudki; bycie człowiekiem wiąże się przecież z wieloma ograniczeniami - ze śmiercią na czele - które robotom są zupełnie obce, po co więc cała ta walka o utrudnienie sobie życia? Muszę przyznać, że motywacja, którą prezentuje nam reżyser, jest dosyć wzruszająca.

Nie mam żadnych zastrzeżeń do aktorstwa. Robin Williams jest bardzo wiarygodnym robotem. A Embeth Davidtz, występująca tu w podwójnej roli, wygląda tak młodo i ładnie, że zupełnie nie rozumiem, jakim cudem twórcom Mansfield Park, powstałego w tym samym roku, udało się ją tak oszpecić...


3. Begin Again // Zacznijmy od nowa (2013; USA) - 7/10

Nie potrafię pisać o tym filmie nie porównując go z poprzednim dziełem Johna Carneya, Once. Skojarzenia nasuwają się same. Znów mamy mężczyznę i kobietę, spotykających się przez przypadek i postanawiających wspólnymi siłami nagrać płytę. Znów w tle - które właściwie wcale niekoniecznie jest tłem... - przewijają się nieudane związki i próby posklejania czegoś, co (nie)dawno się rozpadło. Niektóre sekwencje scen są wręcz identyczne, jak choćby podczas poszukiwania brakujących członków zespołu. Bohaterowie chodzą po mieście i zagadują grupki muzyków, głosu brak, słychać tylko muzykę. Identyczny zabieg jak w Once...

Dobra wiadomość: mimo tych podobieństw Begin Again nie jest kopią Once. Zmiana miejsca akcji miała swoje konsekwencje. To już nie Dublin, a Nowy Jork - głośny, rozpędzony, dający szansę na wielką, oszałamiającą karierę. Wprawdzie to inny Nowy Jork niż ten znany nam z większości amerykańskich filmów, bo przedstawiony raczej jako zbiór zwyczajnych, mało widowiskowych zaułków niż imponujący widok z lotu ptaka (z obowiązkowym zbliżeniem na Manhattan) - ale mimo to zmiana tempa narracji jest wyraźnie wyczuwalna. Piosenki są inne, jakby lżejsze, mniej intensywne niż w Once. Motyw nagłej, wielkiej, iście nowojorskiej kariery też odgrywa tu sporą rolę. Inne są również historie bohaterów, chociaż potraktowane są, na szczęście, równie prawdziwie i niekiczowato jak w przypadku muzyków z Dublina. Wszystko to przekłada się na, po prostu, inny klimat filmu. A i obsadzenie w głównych rolach znanych twarzy (Keira Knightley, Mark Ruffalo, Adam Levine (wokalista Maroon 5)) zamiast nikomu nieznanych debiutantów wpłynęło na mój odbiór całej tej historii...

To dobry film. Naprawdę dobry. Podobał mi się ten klimat, podobały mi się historie, zakończenie (które udało mi się zresztą przewidzieć ^^), muzyka. Dla mnie pozostaje jednak daleko w tyle za Once. Tamta historia wydała mi się bliższa, bardziej autentyczna i poruszająca. Wolę tę prostotę Once od bardziej zamerykanizowanego Begin Again. Muzycznie też jest tu słabiej; nie jestem fanką ani Maroon 5, ani wokalisty tego zespołu i choć teraz, po kilkakrotnym przesłuchaniu, Lost Star zaczyna mi się wkręcać, to jednak tuż po seansie nie potrafiłam zanucić żadnego z utworów. Dla porównania, po pierwszym obejrzeniu Once kładłam się spać nucąc w kółko Falling Slowly... Keira Knightley śpiewa w filmie bardzo delikatnie i subtelnie - i tak pewnie miało być, ale dla mnie było to za delikatne, żeby chwyciło mnie za serce. Niby ładnie, ale bez rewelacji...

Robię krzywdę temu filmowi. Once jest jednym z moich ulubionych filmów - obejrzany trzy razy, 9,5 gwiazdki - nietrudno wypaść przy tym blado. Begin Again spodobał mi się mniej, fakt - ale nie zmienia to faktu, że był to bardzo przyjemny seans. Zdecydowanie najprzyjemniejszy w ciągu minionych dwóch tygodni.

Ach, i samogrające instrumenty! To mi się podobało: magiczna zdolność Dana do usłyszenia pięknej aranżacji do prostej, zwyczajnej piosenki. I jego wizje smyczków samych śmigających po strunach czy uderzających o siebie talerzy. Bardzo udana scena.

A na koniec, rzecz jasna, trochę muzyki. Sami zobaczcie, czy ma szansę przypaść Wam do gustu:




poniedziałek, 1 września 2014

Posta nie ma...

...bo po raz kolejny "dopadł mnie real". Zdążyłam obejrzeć tylko dwa filmy, z których żaden szczególnie mnie nie zachwycił, a czasu na napisanie notki nie miałam już w ogóle. Tym razem naprawdę - mogłabym stanąć na głowie, a i tak niczego więcej bym z doby nie wycisnęła.
W najbliższy weekend nareszcie trochę odetchnę i na pewno się odezwę. Najprawdopodobniej w niedzielę w nocy (bo pisanie zajmuje mi zawsze pół dnia ^^). Do usłyszenia!
Related Posts with Thumbnails