poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Co słonko widziało #17: baśniowo i magicznie

Dobrze czytacie: w tym tygodniu odpuściłam sobie wszelkie mądre, spokojne i dojrzałe filmy, a zajęłam się dopieszczaniem mojego wewnętrznego dziecka. Było kolorowo, magicznie, odprężająco i zupełnie nierealistycznie. I dobrze. Trzy z tegotygodniowych pozycji to reinterpretacje znanych nam wszystkim baśni: Śpiącej królewny, Roszpunki i Pięknej i Bestii. Dorzuciłam do zestawu również zaległych Strażników Galaktyki, bo to w zasadzie też trochę baśń. Jest magia? Jest. Walka dobra ze złem? Też jest. A że dekoracje trochę inne...

Przyjemnego czytania! I oglądania, jeśli (mam nadzieję!) uda mi się Was do któregoś z tych filmów zachęcić.


1. Guardians of the Galaxy // Strażnicy Galaktyki (2014; USA) - 6/10

Tylko proszę, drodzy ewentualni fani, nie zjedzcie mnie za tę szóstkę. Pisałam już o tym, jakim cudem (i z jak przeogromnym entuzjazmem...) wylądowałam na tym filmie, ale na wszelki wypadek napiszę to jeszcze raz, czarno na białym: nie należę do grupy docelowej Strażników Galaktyki. O Marvelu nie wiem nic - dosłownie, zero absolutne. Nie lubię komiksów o superbohaterach, nie lubię filmów sci-fi, nie lubię, kiedy akcja dzieje się w kosmosie (chyba że to film z gatunku Kontaktu - widzicie różnicę i rozumiecie, prawda?), nie lubię ledwo naszkicowanej fabuły i tuszowania jej braku przez niekończące się ucieczki i pościgi (poważnie, zanudza mnie to na śmierć...) i  nie lubię... No, może nie "nie lubię", ale na dźwięk słowa "3D" zapala mi się w mózgu ostrzegawcza lampka - bo prawdopodobieństwo tego, że dany film jest pozbawionym fabuły gniotem, stworzonym tylko dla efektów specjalnych, gwałtownie wzrasta. W dodatku - wisienka na torcie... - dopiero w drodze do kina uświadomiłam sobie, że tym razem idziemy do multipleksu, ergo - film będzie zdubbingowany. Po niemiecku.
No właśnie.
Wypisałam tu tę litanię nie po to, żeby sobie pomarudzić, tylko żeby uświadomić Wam, że szóstka - według filmwebowej skali ma to znaczyć "niezły" - to w tym przypadku zaskakująco wysoka ocena. Przed seansem nastawiałam się na co najwyżej czwórkę i dwie nudne, ciężkie do wysiedzenia godziny. A tymczasem było naprawdę "nieźle" i mimo paru słabych punktów, mimo że to film nie dla mnie, to - przyznaję z ulgą - po prostu dobrze się na Strażnikach Galaktyki bawiłam.

Zacznę od tego, co podobało mi się w tym filmie najmniej. O dziwo nie są to wcale ucieczki i pościgi, których wcale aż tak dużo tu nie było (+1 dla filmu!), a tandetne, napuszone, kompletnie z księżyca wzięte dialogi. Możliwe, oczywiście, że to Niemcy spaprali swój dubbing i w oryginale brzmiało to lepiej, ale jakoś ciężko mi w to uwierzyć. Nie bardzo wiem, jak można by stworzyć kwiatki w rodzaju Przez całe moje życie otaczali mnie wrogowie. Miło będzie żyć, dla odmiany, wśród przyjaciół, gdyby wersja wyjściowa była mniej patetyczna. Zresztą, cała ta scena, w której drugoplanowi bohaterowie deklarują, że przyłączą się do Petera (Chris Pratt), wygląda jak parodia rady u Elronda z Drużyny Pierścienia. Prawie się zdziwiłam, że Gamora (Zoe Saldana), po wygłoszeniu powyższej deklaracji, nie dodała: You have my sword...

Film ma też parę luk logicznych, które fani Marvela może będą potrafili jakoś załatać, ale taki laik jak ja już nie za bardzo. Pominę już szczegóły związane z samym wszechpotężnym kryształem (czy co to tam było...), ale czy ktoś mógłby wytłumaczyć mi, w jaki sposób "ten zły", czyli Ronan (Lee Pace), miał zamiar stanąć na powierzchni planety, dotknąć jej wszechpotężnym-artefaktem-od-którego-zależą-losy-świata, zniszczyć w ten sposób całą tę planetę, a jednocześnie samemu pozostać nietkniętym? Przecież nie miałby już nawet na czym stać. Pominął ten szczegół czy co?

I jeszcze jedna kwestia - zakładam, że wynikająca z oryginału. Mówimy o planecie położonej miliardy lat świetlnych od Ziemi, na totalnym kosmicznym wywiejewie - jakim więc cudem mieszkańcy tej planety wyglądają jak zieloni albo różowi Ziemianie? Wynika to jakoś z uniwersum Marvela czy komuś tu po prostu zabrakło wyobraźni? Możliwe, oczywiście, że autor jest wyznawcą celowości ewolucji i chciał w ten sposób dać wyraz swoim przekonaniom, ale jakoś... Nie. Nie bardzo w to wierzę.

Co mi się więc podobało? Reszta! Akcja jest wartka, bohaterowie wystarczająco różnorodni, by każdy znalazł tu swojego faworyta, sporo tu humoru (o ile do głosu nie dochodzą te nieszczęsne patetyczne nuty), pojawiają się też - autentycznie zabawne - elementy parodii. 3D jest cieszącym oko dodatkiem, nie zamiennikiem fabuły. Pojawiły się tu też dwie przepiękne sceny - obie z udziałem entopodobnego stwora, Groota; w pierwszej z nich rzeczony Groot wyczarowuje coś na kształt świetlików, w drugiej tworzy kokon wokół bohaterów i znów rozświetla ich "pieczarę" iskierkami światła. Zachwycające, romantyczne, piękne i w zasadzie zupełnie niepasujące do reszty filmu - ale w tym przypadku bardzo mi się ten kontrapunkt spodobał.

I tak, zbierając to wszystko do kupy, przymykając oko na parę niedociągnięć ("To taki gatunek, nie wymagaj za dużo..."), a jednocześnie pamiętając, że z czegoś ta moja niechęć do gatunku samego w sobie wynika ("Siódemka?! Ale pamiętasz, jakie filmy oceniałaś na siedem? Wykluczone, wyżej niż sześć nie dam...!") stanęło na szóstce. I to naprawdę pozytywna, zadowolona szóstka.


2. Maleficent // Czarownica (2014; USA) - 7/10

Oceny (przynajmniej moje ^^) bywają zaskakujące. W poprzednim przypadku wystawiłam "zadowoloną szóstkę" - tu natomiast pojawia się rozczarowana siódemka. "Rozczarowana" nie dlatego, żeby film był zły - przeciwnie, to bardzo ciekawa reinterpretacja baśni o Śpiącej Królewnie, a efekty są tak piękne, że pluję sobie w brodę, że nie poszłam na ten film do kina - ten jeden raz naprawdę chciałabym, i to bardzo, zobaczyć film w 3D! Boli mnie jednak to, że Maleficent mogła być czymś więcej. Naprawdę chciałabym wystawić temu filmowi wyższą ocenę, na to się zresztą nastawiałam - i strasznie żałuję, że nie mogę. Jest dobrze, naprawdę dobrze, ale kurczaki, nietrudno dostrzec, że mogłoby być jeszcze lepiej...

Nie będę streszczać filmu, bo oryginalną baśń zna chyba każdy, a zbytnie odkrycie historii Maleficent zabrałoby Wam dużo przyjemności z oglądania. Disney dokonuje tu rzeczy, jak na to studio, niewyobrażalnej: pokazuje, że zło nie bierze się znikąd. Zła Diabolina, która uwzięła się na słodką, nieszczęsną Aurorę, "bo tak", ustępuje tu miejsca ufnej, kochającej kobiecie, której serce zostaje złamane, a zaufanie zawiedzione. Disney polemizuje nawet z motywem pocałunku prawdziwej miłości, jakże często wykorzystywanym w ichnich produkcjach...! Cud nad cudy, wreszcie do tego doszli...

Najjaśniejszymi punktami filmu są scenografia, efekty specjalne i Angelina Jolie w tytułowej roli. Baśniowa kraina, w której wychowuje się młoda Maleficent, jest tak magiczna, kolorowa, zachwycająca, że aż chciałoby się samemu do niej przenieść. Robiła wrażenie nawet w średniej jakości dwuwymiarze. O aktorstwie Angeliny nie wiem nawet, co napisać; nie znam jej za bardzo jako aktorki (widziałam ją chyba tylko w Tomb Raiderze i Mr and Mrs Smith - trudno tu mówić o aktorstwie...), ale jako Maleficent wypadła niesamowicie wiarygodnie. Zero jakiegokolwiek wrażenia sztuczności.

Z tego co do tej pory wyczytałam, sporo kontrowersji wzbudza obsadzenie Elle Fanning w roli księżniczki Aurory. Jasne, każdy by pewnie chciał, żeby filmowa Aurora była wysoką, wiotką, niebieskooką blondynką, miała idealne rysy, uroczy uśmiech, pięknie śpiewała, żeby sarenki jadły jej z ręki, żeby była, rzecz jasna, dobrą aktorką, a w dodatku miała mniej więcej szesnaście lat. Tylko jakoś nikt taki nie przychodzi mi do głowy. Elle wydaje mi się tu całkiem dobrym kompromisem; najpiękniejszą nastolatką świata nie jest, ale jest całkiem ładną, niebieskooką blondynką, ma szczery i ciepły uśmiech, wiek też się zgadza. Aktorskiego popisu nie dała, bo też i niespecjalnie dużo miała do grania. Wiąże się z tym, co prawda, jeden zgrzyt: dziwił mnie zupełny brak zdziwienia czymkolwiek u Aurory, niezależnie od tego, czy znalazła się nagle wewnątrz magicznej krainy, czy tez dokonała wielkiego odkrycia związanego z przeszłością Maleficent. Nie wiem tylko, czy to wina Elle, scenariusza czy reżysera, chociaż obstawiałabym to ostatnie. Tak czy inaczej, Elle nawet nie próbuje udawać zdziwionej, co w obu tych sytuacjach było dla mnie zupełnie niezrozumiałe...
Film jest dobry i przyjemnie się go ogląda, ale ma jedną zasadniczą wadę: jest zwyczajnie za krótki. Półtorej godziny wystarcza, by opowiedzieć historię Maleficent, ale nie, by pozwolić widzowi się w nią wczuć. W związku z tym nie pozostaje nam nic innego, jak uwierzyć na słowo narratorce, kiedy ta opowiada o uczuciach łączących Maleficent z poszczególnymi bohaterami opowieści. Brakowało mi pogłębienia ich relacji, większej liczby scen, dzięki którym mogłabym prześledzić rozwój tych związków. Filmowi brakuje też porządnego punktu kulminacyjnego - domyślam się wprawdzie, co miało nim być, ale średnio to twórcom wyszło. Po seansie pozostał mi pewien niedosyt, jakby nie udało mi się dotrzeć do sedna opowieści. Maleficent mogła (i powinna!) być bardzo emocjonującym i angażującym widowiskiem - a tymczasem wyszło to dość sucho i chłodno. Czegoś tu brakuje i wydaje mi się, że to właśnie kwestia tych dodatkowych 20-30 minut.

To dobra reinterpretacja, z pięknymi widokami, efektami specjalnymi, ciekawie rozłożonymi akcentami, wartościowym morałem i nietuzinkową, tragiczną postacią Maleficent. Niemniej jednak - i tak jestem na ten film prawie zła. Niby lepsze jest wrogiem dobrego, ale tu do tego "lepszego" brakowało tak niewiele, że nie mogę zrozumieć, dlaczego reżyser nie poszedł o krok dalej i nie nakręcił filmu, który poruszyłby widza i został mu w pamięci na dłużej. Szkoda mi takich zmarnowanych szans. Stąd też ta "rozczarowana siódemka", która miała być co najmniej ósemką, ale jej się nie udało...


3. Tangled // Zaplątani (2010; USA) - 7/10

Tym razem zawyżonych oczekiwań nie miałam, więc mamy do czynienia z najnormalniejszą w świecie, zadowoloną, dobrze się bawiącą siódemką ;).

Jeżeli nie słyszeliście o Zaplątanych i nie macie pojęcia, o co tu może chodzić, zerknijcie na plakat po lewej. Konkretniej - na włosy bohaterki. Konkretniej - na ich długość. Tak, to znana nam skądinąd Roszpunka w nowej, przystosowanej do dzisiejszych realiów wersji. Nie chodzi mi tu o dekoracje - te pozostają baśniowo-klasyczne - ale o charakter i zachowanie głównej bohaterki. Eteryczne mimozy, czekające z utęsknieniem na księcia z bajki, już się dziś nie sprzedają. Współczesne wersje disnejowskich księżniczek są błyskotliwe, mają cięty język, potrafią wziąć los w swoje ręce, a w ostateczności nawet znokautować przeciwnika patelnią.

Zaplątani są uroczym filmem i wprawdzie mojego życia ten seans nie zmienił, ale znalazłam w nim wszystko, czego oczekuję od dobrej bajki. Animacja jest co najmniej dobra, a momentami wręcz przepiękna: scena z lampionami (która widnieje tez na powyższym plakacie...) całkowicie mnie oczarowała i fakt, że to tylko animacja, nijak nie zmniejszył mojego zachwytu. Uroczy są również bohaterowie: Roszpunka jest żywiołowa i pełna pasji (trudno było mi odpędzić się od skojarzeń z Anną z Frozen, zwłaszcza przy bardzo podobnych motywach z życia obu bohaterek: odizolowanie, zamknięcie, wreszcie szansa poznania zewnętrznego świata, pełna ekscytacja, a nawet piosenka z gatunku For the First Time in Forever), a jej "wybawiciel", Flynn, to sympatyczny zawadiaka o szelmowskim uśmiechu i (rzecz jasna...) złotym, wrażliwym sercu. Sceny z udziałem ich obojga - a jest ich tu bardzo dużo - skrzą się lekkim, niezobowiązującym humorem. Do tego dochodzi inteligentny koń o wysoce rozwiniętym poczuciu sprawiedliwości, wytrwale ścigający biednego Flynna, a także najsłodszy bohater filmu - mały kameleon, Pascal, od maleńkości towarzyszący samotnej Roszpunce.

Sama historia jest prosta, co jest mieczem obosiecznym: z jednej strony nie ma tu luk fabularnych czy nieprawdopodobnych zwrotów akcji (vide: Frozen i historia z Hansem...), ale z drugiej - próżno szukać tu czegokolwiek, co by tę opowieść pogłębiło. Jest bunt przeciw autorytetom, pragnienie wolności, spełnianie marzeń, są źli bohaterowie myślący tylko o sobie (tu pojawia się małe ukłucie żalu: Gothel opiekowała się Roszpunką przez 16 lat, czy aby na pewno w ogóle się do niej nie przywiązała? Pomijając jej obsesję młodości, nie była przecież chodzącym potworem. Można by też pójść trochę w tym kierunku...) i wielka, gotowa do najwyższych poświęceń miłość. Wszystko to podane w bardzo ładnych dekoracjach. Zaplątani nieśmiało wracają też na stary, musicalowy szlak, na który kilka lat później - i z dużo większą werwą - wkroczyło również Frozen. Muzyki jest tu mniej niż w przypadku Krainy Lodu i jakoś mniej wpada w ucho - hitu na miarę Let It Go (czy For The First Time In Forever, czy nawet Love Is An Open Door...) brak - ale ładnie wkomponowuje się w całą historię i dla miłośniczki musicali (to ja ^^) stanowi bardzo przyjemny dodatek do bajki:



(Uwaga, to może być mały spoiler!)


Wydaje mi się, że Frozen - mimo jego wad - minimalnie bardziej przypadło mi do gustu. Jakoś bardziej przemawia do mnie historia dwóch sióstr niż wielkiej true love - może dlatego, że to już było, i to tyle razy... Ale to przyjemna bajka i spokojnie mogę ją Wam polecić, jeśli macie akurat wolny wieczór i ochotę na trochę czystej, urzekającej rozrywki :).


4. La Belle & la bête (2014; Francja, Niemcy) - 7/10

Twórcy najnowszej wersji Pięknej i Bestii - w przeciwieństwie do studia Disneya w Maleficent - nie bawili się w stawianie oryginalnej historii na głowie i zamienianie złych bohaterów w dobrych, a dobrych w złych. La Belle & la bête to w miarę wierna adaptacja znanej nam wszystkim baśni. Pozmieniano parę szczegółów, dodano więcej magii (takiej prawdziwie magicznej magii, z nimfami, bogami lasu i uzdrawiającymi źródełkami, nie tylko samotną, zaklętą różę...), namieszano też w przeszłości Bestii (nigdy wcześniej nie spotkałam się z takim wytłumaczeniem klątwy, ale dajcie mi znać, jeśli coś przeoczyłam) - ale istota baśni pozostała taka sama. Ojciec zrywa różę, Bestia wpada w szał i każe mu tylko pożegnać się z rodziną i wrócić, Belle ubiega go i sama wyrusza do zamku.

Miałam wątpliwą przyjemność oglądać ten film z tragicznymi napisami - poważnie, to było najgorsze tłumaczenie filmu, jakie w życiu widziałam i miałam wrażenie, że osoba, która je robiła, nie zna porządnie ani angielskiego (to na pewno...), ani nawet francuskiego. Jako że moja francuszczyzna kończy się na zwrotach z gatunku jamais i d'accord (i nawet zapomniałam już, jak się je poprawnie pisze, haha...), bardzo utrudniło mi to odbiór filmu. Za fabułą, co prawda, nadążałam, zestawiając ze sobą obrazy i to, co być może miały oznaczać te pseudo-napisy, ale nie miałam szans zrozumieć jakichkolwiek niuansów czy subtelności językowych.

Tym bardziej niesamowite jest to, że film i tak się obronił. Przede wszystkim dzięki warstwie wizualnej. Scenografia i kostiumy są dopieszczone w najdrobniejszych szczegółach, a niektóre zdjęcia to małe dzieła sztuki. Pnące róże oplatające schody pałacu Bestii, wystawne kolacje, śnieżne zamiecie, suknie, wiejski domek rodziny Belli - wszystko to jest piękne, nastrojowe, tajemnicze. Magii jest tu sporo, ale takiej właśnie niebezpiecznej, mistycznej magii, z którą trzeba ostrożnie się obchodzić. Bywa też trochę strasznie. Natrafiłam przed chwilą na komentarz oburzonego rodzica, który obejrzał ten film z dzieckiem i aż mnie zatkało wobec takiej ignorancji. To nie jest film dla dzieci. Naprawdę, to, że tytuł to Piękna i Bestia nie znaczy jeszcze, że to film familijny. Ba, powiedziałabym wręcz, że Piękna i Bestia w ogóle nie jest bajką dla dzieci, tylko Disney ją na taką przerobił. A ta Piękna i Bestia absolutnie się dla małych dzieci nie nadaje.

Niestety, fabuła nie jest już dopracowana tak, jak scenografia i kostiumy (po seansie udało mi się znaleźć rozsądne napisy i przeczytałam je "na sucho", w razie wątpliwości ;)). Kuleje przede wszystkim wątek romantyczny, który (ZNÓW) jest zupełnie niewiarygodny. Za mało tu wspólnych scen Belle i Bestii, za mało stopniowego przekonywania się do siebie. Bohaterowie widują się w zasadzie tylko podczas kolacji, kiedy to zamieniają ze sobą kilka słów. Wprawdzie Belle śni o przeszłości Bestii i w ten sposób z czasem poznaje tajemnicę ciążącej na nim klątwy, ale czy to wystarczy do miłości? Brakuje tu romantyzmu i/albo erotyzmu. Czegokolwiek, dzięki czemu widz nie miałby wrażenia, że Belle "pokochała" Bestię z litości.

Sądząc po moich ostatnich doświadczeniach filmowych, stworzenie wiarygodnego wątku romansowego przerasta większość reżyserów...

Fabularnie jest więc przeciętnie albo i gorzej: nie zaprezentowano nam niczego nowego, a w dodatku wyprano starą opowieść z uczuć. Ale te widoki, ten klimat, te kolory...! Swoją drogą, zastanawia mnie symbolika ogniście czerwonej sukni, w której Belle odwiedza rodzinę. A raczej nie tyle sama symbolika, tylko to, czy w ogóle tam jest. Ta czerwień jest bardzo mocno sugestywna, a miny braci Belle dodatkowo utwierdzają mnie w moich przypuszczeniach. Nie wiem tylko, kto komu chce tu coś sugerować: reżyser widzom czy Bestia rodzinie Belle...?

To uczta dla oczu i smakowity kąsek dla fanów magicznych opowieści. Jeśli jesteście w stanie przełknąć wzięte z kapelusza uczucie Belli i Bestii - możecie brać się do oglądania. Życzę Wam szczęścia w poszukiwaniu lepszych napisów :).

niedziela, 17 sierpnia 2014

Co słonko widziało #16: Musicale!

Wiem, aż trudno w to uwierzyć, ale nareszcie opublikuję niedzielnego posta w niedzielę! Tym razem wzięłam na tapetę musicale, postaram się więc zastąpić moje zwykłe gadulstwo piosenkami, które powiedzą Wam sto razy więcej niż moje wywody. Filmy są trzy, wszystkie dość stare, a dwa z nich spokojnie można zaliczyć do filmowej/musicalowej klasyki. I każdy z nich - nawet jeśli niekoniecznie z tych samych powodów - warty był poświęconego mu czasu.


1. Jesus Christ Superstar (1973; USA) - 7/10

Oboje z mężem nabraliśmy ochotę na ten musical kiedy odkryliśmy, że jedna ze znanych nam i dość popularnych kościelnych piosenek (pieśń brzmi jak na to trochę zbyt dostojnie...) pochodzi właśnie stąd. Ba, nawet na ślub ją sobie wybraliśmy, bo jest na tyle popularna, że ma i niemiecką, i polską wersję :). Fabuła musicalu nikogo chyba nie zaskoczy: to dość luźno potraktowana relacja z ostatnich dni Jezusa. Mamy tu Judasza, który uważa, że tłumy wyznawców zaczynają wymykać się Jezusowi spod kontroli i trzeba coś z tym zrobić; zagubioną Marię Magdalenę, która nie potrafi zrozumieć, czym jest to, co czuje; zaniepokojonych faryzeuszy, bojących się ingerencji Rzymu; zblazowanego Heroda; i, przede wszystkim, samego Jezusa - zrezygnowanego i zmęczonego po trzech latach nauczania.

Początkowo nie byłam zachwycona. Delikatnie mówiąc. Historia była przerabiana już tyle razy, że nie ma tu mowy o oryginalnej fabule, piosenki brzmiały przeciętnie, teksty też nie raziły głębią. Dopiero po czasie pojawiło się kilka zapadających w pamięć utworów, w których aktorzy mogli pochwalić się umiejętnościami wokalnymi. Zwłaszcza grający Jezusa Ted Neeley dopiero w Gethsemane - a.k.a. modlitwie w Ogrójcu - mógł zaprezentować mocny, robiący wrażenie głos. Piosenka z Ostatniej Wieczerzy również jest jedną z najlepszych z całego musicalu, aczkolwiek trochę dziwi mnie śpiewanie jej w kościołach - oryginał ma dosyć ironiczny wydźwięk, który w tłumaczeniu (na pewno zupełnie przez przypadek...) wyparował.

Gdybym miała wytypować idealną grupę docelową tego musicalu, postawiłabym na chrześcijan, którzy potrafią podejść do swojej wiary bez nabożnego zadęcia. Co nie znaczy, że nie-chrześcijanom się nie spodoba (z kolei ortodoksyjni chrześcijanie mogą poczuć się zgorszeni tak rozrywkowym potraktowaniem tej historii). Pod względem religijnym film jest, w moim odczuciu, bardzo neutralny. Jezus jest tu przedstawiony jako pełen mądrości duchowy przywódca, który bezskutecznie próbuje przekazać swoje ideały uczniom; ewidentnej fizyczności - jak w ociekającej krwią Pasji Gibsona - brak; a jednocześnie twórcy omijają biblijne wątki cudów, zmartwychwstania i wszelkich innych zdarzeń nadprzyrodzonych. Tu i ówdzie pojawia się stylizacja na dzisiejsze czasy; jerozolimski tłum przypomina zgraję hippisów, a Herod i jego towarzysze są żywą parodią współczesnego show-biznesu. Od siebie dodam też, że bardzo podobała mi się mimika Jezusa; przez większość filmu wyglądał, jakby szykował się do gigantycznego facepalma (co, biorąc pod uwagę kompletny brak zrozumienia wypisany na twarzach apostołów, niespecjalnie mnie dziwi).

Dość gadania, czas na muzykę!







2. My Fair Lady (1964; USA)

To tak znany musical, że nie wiem, czy jest sens, żebym w ogóle cokolwiek o nim pisała. Sama obejrzałam go wiedząc dokładnie, czego się spodziewać: piosenek (z najsłynniejszym I Could Have Danced All Night na czele) słuchałam wcześniej wielokrotnie i nawet zdarzyło mi się widzieć ten musical na żywo - w dość śmiesznej wersji językowej, bo po polsku z oryginalnymi napisami nad sceną. Dość karkołomny pomysł, bo to niestety jeden z tych filmów/musicali, których nie da się porządnie przetłumaczyć na jakikolwiek język obcy. Cała fabuła zasadza się właśnie na zmaganiach ulicznej kwiaciarki, Elizy Doolitle, z językiem angielskim; spotkany przypadkiem znany fonolog zakłada się bowiem z przyjacielem, że w ciągu pół roku wykształci Elizę na damę z wyższych sfer i jako taką zabierze ją ze sobą na królewski bal. Główną przeszkodą w całej mistyfikacji jest właśnie język, jakim posługuje się Eliza - nawet nie słownictwo, ale jej wymowa. I jak coś takiego przetłumaczyć na polski...? Oryginalna wersja ma w sobie kilkakrotnie większą dawkę humoru niż tłumaczenie, które oglądałam...

Wysiłki Elizy i profesora Higginsa są momentami bardzo zabawne, podobnie jak sztucznie dystyngowany akcent, którego nabiera Eliza w połowie filmu. Sporo tu też rozbrajającej ironii; ad hoc przychodzą mi do głowy komentarze Higginsa na temat Francuzów, którym obojętne jest, co mówią, byleby tylko wymówili to poprawnie czy Amerykanów, którzy od lat nie mówili po angielsku, a także cała postać ojca Elizy, biednego pijaczyny, który - jak sam twierdzi - nie ma sumienia, bo go na to nie stać. Audrey Hepburn jest, standardowo, piękna, wykonaniom nie można niczego zarzucić (może poza tym, że Audrey na pewno nie śpiewała aż tak źle, żeby w ostatniej chwili wycinać jej głos...) i nawet różnica wieku między głównymi bohaterami niezbyt mi przeszkadzała.

Co mi się natomiast nie podobało to słaba synchronizacja dźwięku i obrazu - film jest zdubbingowany i to widać, bo ruchy ust średnio mają się do tego, co ucho w danym momencie słyszy. Sama historia też jest średnio realistyczna i zalatuje nutką szowinizmu; Henry Higgins jest, w gruncie rzeczy, niezbyt sympatyczną postacią i sposób, w jaki odnosi się do Elizy, nie spodobałby się chyba żadnej szanującej się kobiecie. Plus z kolei za to, że Eliza dzielnie walczy o swoje. Chemii między bohaterami nie ma w ogóle, ale chyba jeszcze nie widziałam musicalu, któremu udałoby się obejść ten problem, więc średnio mi to przeszkadza. Przyjmuję tę musicalową umowność...

I znów, czas na muzykę!


(Tu powinno pojawić się Loverly, ale YouTube mnie znów zawodzi, więc muszę przekierować Was TU. Warto, naprawdę. Chyba lubię ją nawet bardziej niż I Could Have Danced..., co czyniłoby ją moim numerem 1.)



(I Could Have Danced All Night jest, o zgrozo, niedostępne. Zerknijcie na Wasze normalne, polskie YouTuby, powinno tam być - znowu warto! W Niemczech połowa filmów jest zablokowana, stąd pewnie ten niespotykany nieurodzaj...)




3. The Sound of Music // Dźwięki muzyki (1965; USA) - 7,5/10

Kolejny klasyk, ale tym razem, dla odmiany, do wczoraj kompletnie mi nie znany. No, może fragmentami kilku piosenek, które dosłownie parę razy obiły mi się o uszy. Dzięki dawnej koleżance wiedziałam tylko tyle, że to historia młodej prawie-zakonnicy, która opuszcza klasztor i zostaje guwernantką w domu owdowiałego kapitana.

Od razu na wstępie uprzedzę: fabuła - a zwłaszcza sposób jej przedstawienia - jest do bólu naiwna. Wojskowy rygor, jaki panuje w domu kapitana zaprezentowany został w bardzo przerysowany sposób. Dziewczyna, Maria, jest młoda i ładna, kapitan owdowiały - nietrudno domyślić się, co z tego wyniknie. Wprawdzie kapitan jest surowy i nieprzystępny, a w dodatku ponoć ma się żenić z pewną bogatą baronową, ale cóż to dla imperatywu narracyjnego? Surowość i wojskowy rygor odchodzą w niepamięć w jednej chwili, kiedy kapitana wzrusza śpiew jego dzieci, a baronowa nagle okazuje się być nieodpowiednią kandydatką na żonę. Uczucie, którym ponoć darzy się para głównych bohaterów jest kompletnie niewiarygodne i nawet przymknięcie oka niewiele tu daje.

Z drugiej strony, przesłanie filmu jest piękne. Muzyka leczy zranione dusze, przywraca w domu kapitana radość i miłość, pozwala uczuciu bohaterów (ekhm...) rozkiwtnąć. Jedynymi naprawdę negatywnymi postaciami są pojawiający się pod koniec filmu hitlerowcy; reszta jest w najgorszym wypadku neutralna, a większości z nich nie sposób nie lubić. Wspaniałą bohaterką drugoplanową jest matka przełożona klasztoru, która wręcz zabrania Marii ucieczki do zakonu i zmusza ją do stawienia czoła jej problemom. Chyba każdemu z nas przydałaby się taka osoba, która znałaby nas lepiej niż my sami i nie pozwoliła nam robić głupot, których tak naprawdę wcale nie chcemy... Mi w każdym razie na pewno. Gdzie jest moja matka przełożona?

Fabularna naiwność razi, ale pod względem muzycznym to najlepszy z tych trzech musicali. Bez dwóch zdań. Piosenek jest dużo, wykonane są pięknie, wpadają w ucho i od rana nie mogę przestać ich nucić :). Są też chyba najlepiej wkomponowane w całą opowieść. Stąd też najwyższa ocena - bo musicale oglądam przede wszystkim dla muzyki!





wtorek, 12 sierpnia 2014

Co słonko widziało #15: tydzień (a nawet trzy) skandynawski

Przyjaciel męża podarował nam wczoraj dwie wejściówki na przedpremierowy (tj. w Niemczech, bo w Polsce premiera już była...) pokaz Guardians of the Galaxy, w związku z czym wolny wieczór diabli wzięli i wpis rzeczywiście mi się opóźnił. O samym filmie napiszę może w tygodniu - może, bo nie wiem, czy jest sens, żeby wypowiadała się na jego temat osoba tak dogłębnie niezainteresowana i niezorientowana w tej materii jak ja. Gdybym miała stworzyć listę najbardziej niezachęcających filmowych doświadczeń, to ekranizacja komiksu, którego akcja dzieje się w kosmosie, obfitująca w pościgi i strzelaniny, w 3D i - co najlepsze - z niemieckim dubbingiem byłaby z pewnością na czele stawki. Co najmniej w pierwszej trójce. Poszłam tam właściwie tylko dla rzeczonego przyjaciela i jego kilkunastominutowej prezentacji tuż przed projekcją. No, i trochę z ciekawości - żeby obejrzeć raz coś innego, może nawet trochę się do tego przekonać.

Fanką raczej nie zostanę, ale bawiłam się całkiem nieźle, a sam film - co mogę zdradzić już teraz - dostał ode mnie całe sześć gwiazdek. Bardziej szczegółowo zajmę się nim później. Może.

Póki co jednak - czas na skandynawski tydzień, który rozciągnął mi się do trzech.


1. Smultronstället // Tam, gdzie rosną poziomki (1957; Szwecja) - 8,5/10

Zaczęłam z wysokiego C: od Ingmara Bergmana, którego do tej pory (wstyd się przyznać...) w ogóle nie znałam. Ze wszystkich jego filmów najbardziej kusiły mnie właśnie Poziomki... - zapewne ze względu na apetyczny tytuł :). Jako że nazwisko reżysera zazwyczaj obijało mi się o uszy w kontekście klasyki kina, spodziewałam się jakiegoś wyrafinowanego do obrzydliwości i śmiertelnie nudnego dzieła. Jak wielkie było więc moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że ten film jest... zabawny. Och, komedia to to nie jest, ale sporo w nim elementów komicznych, zgrabnie przeplatających się z ciepłą nostalgią. O nudzie nie ma mowy. To zdecydowanie najlepszy z tych sześciu skandynawskich filmów, które obejrzałam w ostatnich tygodniach...

Głównym bohaterem filmu jest Isak Borg (Victor Sjöström), emerytowany profesor, który wybiera się w podróż do Lundu, gdzie ma otrzymać tytuł doktora honoris causa. I to właśnie ta jego podróż - i w przestrzeni, i w czasie - stanowi główną oś filmu. Z jednej strony mamy tu zupełnie realistyczne, fizyczne przemieszczanie się: bohater siada za kierownicą i wraz z synową (z którą łączą go raczej chłodne stosunki) przemierza szwedzkie drogi, zatrzymując się raz po raz w ważnych dla niego miejscach i poznając nowych, interesujących (niekoniecznie w pozytywnym znaczeniu tego słowa...) ludzi. Z drugiej - wszystkie te stare, dawno niewidziane miejsca przywołują wspomnienia: raz pełne nostalgii i uroku bezpowrotnie minionych czasów, innym razem przybierające postać quasi-surrealistycznych snów.

Urzekła mnie atmosfera tego filmu, chociaż samej mi ciężko określić, na czym ona właściwie polega. Może chodzi o sposób przedstawienia bohaterów? Daleko im do ideałów, popełniają błędy i zdarza im się ranić się nawzajem, a mimo to wzbudzają sympatię i zrozumienie. Reżyser pozostawia im nadzieję na pojednanie, wybaczenie sobie (samym?) starych win czy okazanie sobie nawzajem serca. Oczarowały mnie wspomnienia z młodzieńczych lat Isaka, a "współczesna" historia trójki zwariowanych autostopowiczów, którzy w pewnym momencie dołączają do Isaka i Marianny (Ingrid Thulin), była zabawnym kontrapunktem wobec tej wspomnieniowej nostalgii. Z całego filmu bije spokój i swego rodzaju elegancja. Nie sposób też nie wspomnieć o urodzie obu młodych aktorek: Bibi Andersson (o ile się nie mylę, występująca tu w podwójnej roli: jako Sara - dawna narzeczona Isaka oraz Sara - wyemancypowana autostopowiczka) jest śmieszna i urocza, a Ingrid Thulin jest tak piękną kobietą, że nie ma chyba potrzeby przekonywać kogokolwiek o jej urodzie...

Przekonałam się do Bergmana i z chęcią sięgnę po inne jego produkcje. Póki co postanowiłam jednak dać szansę również innym reżyserom, a Siódmą pieczęć i resztę filmów z długiej, bergmanowej listy odłożyłam na później.


2. Adams æbler // Jabłka Adama (2005; Dania, Niemcy) - 6,5/10

Tytułowy Adam (Ulrich Thomsen) to neonazista, który - w ramach resocjalizacji - zesłany zostaje do małego, wiejskiego kościółka, zarządzanego przez bardzo pozytywnie nastawionego do życia pastora (Mads Mikkelsen). Adam nie musi robić nic specjalnego - ma tylko wyznaczyć sobie zadanie, którym będzie zajmował się przez najbliższe trzy miesiące. Upiekę ciasto - decyduje bez entuzjazmu Adam. Pastor, Ivan, doprecyzowuje zadanie: Adam ma opiekować się parafialną jabłonką, a następnie upiec jabłecznik z wyhodowanych jabłek. W ten sposób główny bohater dołącza do maleńkiej, zamkniętej społeczności, na którą składają się wyjątkowo nieprzeciętne jednostki. A największym oryginałem okazuje się być właśnie promieniujący optymizmem pastor...

To film, który miał potencjał, ale, niestety, nie w pełni go wykorzystano. Jako czarna komedia spisuje się bardzo dobrze: sporo tu zabawnych kwestii i sytuacji, a zaprezentowany humor jest w istocie czarny. Trudno nie zaśmiać się słuchając kazań Ivana o szatanie, który psuje parafialną kuchenkę, żeby przeszkodzić Adamowi w upieczeniu ciasta czy uprzejmego To twój ojciec?, którym pastor kwituje portret Hitlera. Optymistyczne wywody Ivana i jego uparte zaprzeczanie rzeczywistości oscyluje już gdzieś pomiędzy śmiesznym a strasznym. Jest tu też parę scen, które jednych mogą drażnić kiczowatością, ale innym przypadną do gustu właśnie ze względu na tę zamierzoną kiczowatość. Mi w każdym razie groteskowa scena burzy całkiem się spodobała.

Sporo osób zwraca sporą uwagę na religijną wymowę tego filmu. Nie przesadzałabym z tym. Owszem, tematyka wiary się tu pojawia - czego innego można by się spodziewać po takim miejscu akcji? - ale potraktowana jest bardzo lekko i równie niepoważnie jak wszelkie inne wątki. Nie odniosłam też wrażenia, żeby reżyser próbował opowiedzieć się za lub przeciw wierze w Opatrzność. To tylko dekoracja, pretekst do rozwoju fabuły.

A jednak czegoś mi w tym filmie zabrakło. Jakiegoś głębszego sensu, czegoś więcej niż materiału do pośmiania się. Przyznam też, że nie zawsze odpowiadała mi tematyka filmowych żartów; uważam, że mimo wszystko są tematy, z których nie wypada się naśmiewać, a niepełnosprawne dzieci są jednym z nich. To był chyba ten moment, w którym odniosłam wrażenie, że reżyser aż za bardzo stara się, żeby jego film był zabawny; sama nie potrafiłam śmiać się z tego razem z nim i ta wymuszona wesołość zaczęła mnie męczyć.

Plus za to za widoki i aktorstwo. Zaskoczył mnie zwłaszcza Mads Mikkelsen, którego do tej pory kojarzyłam tylko z wklejanych tu i ówdzie gifów z Hannibala, a tymczasem tu zaprezentował się od zupełnie innej strony - i wypadł w tej roli bardzo wiarygodnie. O w ogóle mogę użyć tego słowa w kontekście tego filmu...


3. Babettes gæstebud // Uczta Babette (1987; Dania) - 7/10

Ekranizacja powieści Karen Blixen (autorki Pożegnania z Afryką), której - uprzedzę na wstępie - nie czytałam, ale zapewne dzięki niej wpadłam w ogóle na trop tego filmu. To historia dwóch samotnych sióstr (Bodil Kjer i Birgitte Federspiel), córek miejscowego proroka i założyciela własnego kościoła, które, odrzuciwszy w młodości szansę na miłość i/lub karierę, całe życie spędziły w małej, nadmorskiej osadzie, w której się urodziły. Jako starsze panie przyjmują pod swój dach uciekającą przed rewolucją Francuzkę, tytułową Babette (Stéphane Audran), uzdolnioną kucharkę. Na co dzień kobieta nie ma możliwości wykazać się swoimi umiejętnościami; mieszkańcy mieściny żyją bardzo skromnie, co znajduje swoje odzwierciedlenie również w ich posiłkach. Kiedy jednak w ręce Babette wpada nieoczekiwanie większa suma pieniędzy, kobieta postanawia przygotować prawdziwie francuską ucztę dla całej wspólnoty...

To bardzo spokojny, w pewien sposób bergmanowski film. Fabuła jest prosta, brakuje w niej większych zaskoczeń, a cały urok obrazu opiera się na dwóch filarach: nostalgicznych wspomnieniach z młodości (tak, lubię ten motyw...) i magicznej sile dobrego jedzenia (ten motyw też lubię ^^). Coś jest w tej prostocie, w tym docenianiu fantazyjnych, przygotowanych z sercem potraw i wyniesieniu gotowania do rangi sztuki. Może to kwestia tego, że sama (przynajmniej w przypływach weny twórczej...) lubię gotować i doskonale rozumiem, jak jedzenie może wpływać na nasz nastrój i postrzeganie świata?

Niestety, parę elementów też w tym filmie szwankuje. Aktorstwo mnie nie przekonało, postaci są ledwie nakreślone, a środkowa część filmu - ta między wspomnieniami bohaterek a ucztą - jest dużo słabsza od obu "filarów". Jako wegetarianka nie poczułam się też szczególnie zachęcona przygotowanymi przez Babette potrawami; sam motyw uczty bardzo mi się spodobał, ale niewiele z tych potraw postawiłabym dobrowolnie na własnym stole.

To dobry film na spokojny, leniwy wieczór. Dla większości zapewne nudny, dla nielicznych wybitny. Mnie nie znudził, ale tytułu arcydzieła też z pewnością mu nie przyznam.


4. Simon och Ekarna // Simon i dęby (2011; Dania, Niemcy, Norwegia, Szwecja) - 7/10

Wbrew oficjalnym opisom to nie jest film o dwóch chłopcach (z których jeden jest Żydem) dorastających w Szwecji w czasie II wojny światowej. To przede wszystkim opowieść o poszukiwaniu własnego ja, swoich korzeni, tożsamości; o walce o prawo do innych zainteresowań niż "jedyne słuszne". Motyw żydowskiego przyjaciela, choć przez pewien czas istotny, w drugiej połowie filmu zupełnie traci na znaczeniu. Samej wojny jest tu na lekarstwo; widzimy jej początki, raz na ekranie pojawiają się hitlerowcy, po czym akcja magicznie przenosi się do roku 1945. Nie przepadam za filmami wojennymi, a motyw traumatycznego, wojennego dzieciństwa uważam za bardzo już oklepany, więc ten magiczny przeskok całkiem mi się spodobał.

Głównego bohatera, Simona (Jonatan S. Wächter), poznajemy jako około 10-letniego, zamkniętego w sobie chłopca o wielkiej wyobraźni. Jego najlepszym przyjacielem jest stary dąb, który - jak twierdzi Simon - opowiada mu różne historie. Chłopiec, ku utrapieniu ojca (Stefan Gödicke), nie przejawia najmniejszego zainteresowania budowaniem łodzi, nie potrafi (ani nawet nie chce umieć) się bronić, nie ma przyjaciół (i w ogóle się tym nie przejmuje...), a jego wielkim marzeniem jest nauka w imponującej, miejskiej szkole. Ostatecznie ojciec wyraża na to zgodę, przykazując jednak Simonowi, żeby zapomniał o starym dębie i poszukał sobie prawdziwych przyjaciół. I rzeczywiście, już pierwszego dnia Simon poznaje Isaka (Karl Martin Eriksson), chłopca z bogatej, żydowskiej rodziny...

Największą wadą Simona i dębów jest wtórność. To wszystko już było, w tych czy innych dekoracjach, i choć ogląda się to dobrze, to jednak niewiele scen zaskakuje czy zapada w pamięć. Mamy tu wyświechtany motyw zamienienia się miejscami: biedny Simon jest zachwycony mieszkaniem Isaka, zaprzyjaźnia się z jego ojcem (Jan Josef Liefers) i najszczęśliwszy jest, kiedy mogą wybrać się razem do opery, Isak natomiast z zapałem pomaga ojcu Simona, Erikowi, w przydomowej stoczni i staje się dla niego synem, jakim Simon nigdy nie był i nie będzie. Od czasu do czasu w fabułę wplecione zostają wydarzenia, które w założeniu mają chyba być tajemnicze - szkopuł w tym, że rozwiązanie tych zagadek nie mogłoby być bardziej oczywiste. Paniczny strach Isaka przed SS-manami wypływa, rzecz jasna, z dawnego gwałtu (obowiązkowy motyw w tego typu produkcjach...), pojawiająca się znikąd kuzynka Isaka musi być młoda, atrakcyjna i mieć romans z głównym bohaterem, a kwestia niedopasowania Simona do jego rodziny wyjaśnia się dobrą godzinę szybciej, niż chciałaby tego reżyserka. Filmowi brakuje pewnej subtelności; widać to zwłaszcza w niektórych dialogach, w których bohaterowie stwierdzają takie oczywistości, że aż niesmacznie się tego słucha. Jakby tłumaczyli krowie na rowie (małżonek twierdzi, że to cecha kina niemieckiego, więc może stąd to się wzięło - w końcu to koprodukcja).

Podobał mi się za to psychologiczny aspekt tego filmu - a konkretniej, cały motyw odkrywania swoich korzeni i próby radzenia sobie z całą tą sytuacją. Reżyserka dokonała tu godnej podziwu rzeczy: zachowanie Simona wobec rodziców - zwłaszcza Bogu ducha winnej matki (Helen Sjöholm) - woła o pomstę do nieba, a jednocześnie nie sposób chłopaka potępić ani nie zrozumieć pobudek, jakimi się kieruje. Bardzo dobry jest też wątek Izy (Katharina Schüttler), żydowskiej dziewczyny, która przeżyła obóz koncentracyjny, co w dość nietypowy sposób skrzywiło jej psychikę. Mimo zbyt oczywistego romansu ex machina.

Ach, no i muzyka. I zdjęcia. Rzadko zwracam na to uwagę, ale tu nie sposób ich zignorować... To właśnie one przekonały mnie ostatecznie do wystawienia siódemki.


5. Festen (1998; Dania, Szwecja) - 8/10

To - jak widać na plakacie po lewej - pierwszy film Dogmy. Naturalistyczny do kwadratu, pełen chaotycznych, rozedrganych ujęć, kojarzący mi się nieco z filmami z rodzinnych imprez, które x lat temu kręcił mój tata. Początkowo zwyczajny, pozbawiony szczególnego punktu zaczepienia i wyraźnej fabuły. Aż w pewnym momencie pada wielka bomba - i od tej pory film trzyma w napięciu aż do końca. Styl przypadł mi do gustu średnio, ale fabuła naprawdę mnie zaintrygowała - na tyle, żeby wystawić Festen ósemkę, co oznacza dla mnie tyle co "chętnie obejrzałabym jeszcze raz"...

Bohaterowie filmu spotykają się podczas wystawnej uroczystości - 60. urodzin seniora rodu, Helgego (Henning Moritzen). Do jego posiadłości tłumnie zjeżdżają się goście. Wśród nich znajdują się dzieci Helgego i jego żony Elsy (Birthe Neumann): wybuchowy i trudny do polubienia Michael (Thomas Bo Larsen) wraz z żoną Mette (Helle Dolleris) i trójką dzieci; spokojny, melancholijny Christian (Ulrich Thomsen), brat-bliźniak zmarłej niedawno Lindy (Lene Laub Oksen); a także niepokorny duch rodziny, Helene (Paprika Steen), do której dołącza później jej czarnoskóry partner, Gbatokai (Gbatokai Dakinah). Christian od początku wyrasta na głównego bohatera opowieści; zawsze opanowany, kulturalny, uczynny (to dzięki niemu Michael, niezaproszony na uroczystość, może w ogóle wziąć w niej udział), wydaje się być wymarzonym najstarszym synem. Do niego należy też wygłoszenie urodzinowej mowy. I w tym właśnie momencie film zaczyna intrygować - spokojny, opanowany, kulturalny i uczynny Christian oskarża w niej bowiem ojca o pedofilię.

Najmocniejszą stroną tego filmu jest to, że do ostatniej chwili nie wiadomo, co tak naprawdę się wydarzyło. W jednej chwili widz jest w pełni przekonany, że Christian mówi prawdę, by za chwilę uwierzyć, że jest chory psychicznie i to wszystko majaki jego chorego umysłu. A może wręcz przeciwnie, może jest, wbrew pozorom, zupełnie zdrowy i to część jakiegoś szatańskiego planu? Patrząc na szczere wyrazy twarzy absolutnie wszystkich członków rodziny trudno zawyrokować, kto mówi prawdę, a kto udaje.

Równie udanie przedstawiona jest znieczulica pozostałych gości przyjęcia. Cóż z tego, że syn gospodarza oświadczył właśnie, że ojciec molestował go w dzieciństwie - najważniejsze, żeby wszyscy pozostali w dobrych humorach. Show must go on. Jedni w ogóle ignorują wyznanie Christiana, inni próbują szybko uciec od ewentualnych nieprzyjemności i wrócić do domu. Prawda - i wspieranie tych, którzy zostali w tej sytuacji pokrzywdzeni - zupełnie ich nie interesuje.

Żałuję tylko, że kopia, którą obejrzałam, była dość słabej jakości i nie mogłam nacieszyć oczu tymi soczystymi barwami, które są ponoć "efektem ubocznym" Dogmy (a konkretniej zakazu używania sztucznego oświetlenia). Mimo to, za samą fabułę, ósemka. Może trochę na wyrost, ale rzadko któremu filmowi udaje się do tego stopnia mnie zaintrygować...


6. En Kongelig Affære // Kochanek królowej (2012; Dania, Szwecja, Czechy) - 8/10

Od bardzo, bardzo dawna miałam chrapkę na ten film, głównie ze względu na przepiękną Alicię Vikander w roli tytułowej królowej. Sądząc po ocenach znajomych spodziewałam się po nim bardzo dobrego romansu historycznego. To, co dostałam, trochę mnie zaskoczyło. Z jednej strony, sam romans jest wybitnie przeciętny. Z drugiej zaś, znalazłam w tym filmie dużo więcej niż tylko miłosne perypetie bohaterów, którym zdarzyło się znaleźć na królewskim dworze...

Angielska księżniczka Karolina Matylda (Alicia Vikander) zostaje żoną duńskiego króla Christiana VII (Mikkel Boe Følsgaard). Małżeństwo - jak to zwykle w historycznych romansach bywa - do szczęśliwych nie należy. Młody król jest trochę nieokrzesany, trochę chory psychicznie i niezależnie od całego współczucia, jakie czuję wobec jego mocno tragicznej, sfrustrowanej postaci,  muszę przyznać, że żadna kobieta nie uznałaby go za wymarzonego partnera. Karolina Matylda też nie. Zachodzi w ciążę, rodzi syna i przestaje kryć się ze swoją niechęcią wobec męża, który szybko zresztą wyjeżdża w podróż po Europie. Szybko jednak musi ją przerwać ze względu na coraz gorszy stan zdrowia. Dwór w panice szuka dla niego nowego osobistego medyka. Zostaje nim nieznany dotąd niemiecki lekarz, Johann Friedrich Struensee (Mads Mikkelsen)...

Jak potoczą się losy Struenseego i Matyldy, nietrudno się domyślić. Nieoczekiwanym (i bardzo cennym!) elementem tego filmu jest za to walka całej trójki bohaterów o wprowadzenie w Danii paru szokujących, oświeceniowych idei - a także reakcja reszty dworu na bulwersujące zmiany. Ze zdaniem królowej mało kto się liczy, król zaś jest znudzony długimi posiedzeniami i nawet gdyby chciał zaproponować własne reformy, nie potrafiłby przeciwstawić się protestom szlachty. Pomyśl o tym jak o aktorstwie - namawia go Struensee, przekonując go jednocześnie do własnych idei. Znosi tortury, cenzurę, wprowadza obowiązkowe szczepionki przeciw ospie, dąży do zniesienia poddaństwa chłopów. Ma po swojej stronie królewską parę. Ale król jest słaby i chwiejny - a niezadowolona ze zmian szlachta pod dowództwem królowej-wdowy (Trine Dyrholm) tylko czeka na pretekst do pozbycia się z dworu niewygodnego Niemca...

Cała ta reformatorska część filmu bardzo mocno kojarzyła mi się z Lady Jane. Tam też mieliśmy dobrych, pragnących zmian bohaterów, którzy musieli ugiąć się przed zaśniedziałym porządkiem społecznym. Kochanek królowej jest jednak od Lady Jane naturalniejszy, lepiej zagrany i przynajmniej równie inspirujący. Sukcesy bohaterów i to, jak pięknie udało im się zagrać na nosie całej zakłamanej, niby-świątobliwej szlachty strasznie mi się podobało - do tego stopnia, że aż zła byłam na bohaterów za cały ten romans, który tylko niepotrzebnie skomplikował im życie i zniszczył to, co z takim wysiłkiem budowali.

W porównaniu do tej części wątek romansowy wypada, niestety, dość blado. Nie mam najmniejszych zastrzeżeń do gry ani Alicii Vikander, ani Madsa Mikkelsena, ale jako para nie przekonali mnie zupełnie. Może to kwestia różnicy wieku? Alicia ma lat 25, Mads - 48... I w filmie również było to widać. Mikkelsen wypadł świetnie jako reformator, ale w jego uczuciowe zaangażowanie w związek z Matyldą nie udało mi się uwierzyć. Nie chodzi nawet o to, żeby wybitnie mi do siebie nie pasowali - po prostu nie wzbudzili we mnie żadnych emocji. Zerowa chemia.

Smutne jest też trochę to, jak poprowadzono cały ten wątek. Początkowo Matylda i Struensee dyskutują o nowych, wywrotowych ideach, dzielą się pomysłami, inspirują się nawzajem - dokładnie jak Lady Jane i jej mąż. Przez pewien czas tworzą nawet zgrany zespół z królem. Ledwie ich związek przechodzi w fazę fizyczną, a intelektualny aspekt wyparowuje z fabuły. Miałam wrażenie, jakby całe to dyskutowanie i inspirowanie służyło tylko wpakowaniu bohaterów do łóżka - a skoro osiągnięto już cel, rozmowy i idee nie są już potrzebne... Mam na takie rzeczy małe uczulenie.

Niemniej jednak, film sam w sobie jest bardzo udany. Piękne zdjęcia, kostiumy, dekoracje, bardzo dobre aktorstwo i udany wątek reformatorski, który przy okazji ratuje tę historię od popadnięcia w banał i wrzucenia do jednego worka z masą innych, podobnych do siebie romansów historycznych. 


***

Nie zdążyłam. Wiem. Senność mię zmogła. Za dużo filmów na raz, wybaczcie :).

środa, 6 sierpnia 2014

Ogłoszenie parafialne

Tych wszystkich, którzy zaglądają na mojego bloga z nadzieją, że znajdą tu nowego posta (sądząc po statystykach bloga, zwłaszcza niedzielno-poniedziałkowych, jest Was trochę, co bardzo mnie cieszy :)), chciałam przeprosić za długie milczenie i uspokoić - żyję, nie znikam z blogosfery, nie znudziło mi się i w najbliższą niedzielę (no, najdalej w poniedziałek, jeśli w niedzielę zagarną nas teściowie...) pojawi się nowy, obiecany post "skandynawski". Tydzień przedłużył mi się do trzech, ale nie przekłada się to na liczbę filmów, więc bez obaw - wpis-gigant nam nie grozi.

W pewnym forumowym RPG, w którym udzielałam się x lat temu, podsumowywaliśmy wszystkie Niezmiernie Ważne Rzeczy, które na jakiś czas odciągały nas od pisania, jako "dopadł mnie real". Teraz też ciśnie mi się to na usta. Przez ostatnie 2,5 tygodnia byłam nieźle zakręcona i zawodowo, i prywatnie, i nie miałam czasu ani na bloga, ani na filmowe wieczory... Ukoronowaniem zakręcenia był kolejny ślub, tym razem kościelny - standardowo załatwiany zupełnie "na wariata" i wiążący się z nalotem mojej zakręconej rodziny (jeszcze liczniejszym niż w marcu!). Z częścią zawodową (a raczej z pierwszą częścią tej części) uporam się najprawdopodobniej dzisiaj i wreszcie będą miała trochę więcej czasu dla siebie. I dla Was :).

A na koniec - dowód rzeczowy. Tak, tak, pęknę, jeśli się nie pochwalę ;).


Related Posts with Thumbnails