poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Co słonko widziało #5: odrobina egzotyki

Na wstępie przepraszam za poślizg - odgrażałam się, że od tego tygodnia będę dodawać te filmowe zestawienia w niedzielę i, jak widać, coś średnio mi to wyszło. Stanęło mi na drodze moje najnowsze hobby, które wciągnęło mnie bez reszty i któremu poświęcam - dosłownie! - każdą wolną chwilę. Ciężko mi się zmotywować do czegokolwiek innego :). Na razie jeszcze na to za wcześnie, ale może za jakiś czas, kiedy będę się już miała czym pochwalić, napiszę o nim parę słów?

Filmy z dzisiejszego, najnowszego zestawienia mają kilka cech wspólnych. Przede wszystkim: wszystkie pochodzą z (albo dotyczą) krajów, które są w Polsce uważane za egzotyczne. Pojawią się tu Hawaje, Afganistan, japońska Okinawa i Tajwan. Po drugie, wszystkie całkiem mi się podobały - a przynajmniej  żaden z nich nie dostał ode mnie mniej niż sześciu gwiazdek. A po trzecie, we wszystkich czterech przypadkach wahałam się między dwiema ocenami i ostatecznie decydowałam się na tę wyższą. Przeważnie właśnie przez tę egzotykę miejsca akcji.


1. Princess Ka'iulani (2009) - 6/10

Dawno, dawno temu, kiedy chodziłam jeszcze do liceum, a moja siostra do podstawówki, natknęłam się w jakiejś nadmorskiej księgarni na interesującą książeczkę - niby-pamiętnik z serii Pamiętniki księżniczek. Tytuł od razu skojarzył mi się z  Pamiętnikiem księżniczki Meg Cabot, który był wtedy tak popularny, że nawet moja nieczytająca siostra zgromadziła na półce całą serię - i, mając nadzieję, że to podobieństwo zachęci ją do lektury, kupiłam jej tę książeczkę w prezencie. Żałowałam tylko, że znalazłam tylko jeden, niezbyt intrygujący tom z tej serii. Nie o Marii Antoninie czy Kleopatrze, tylko o jakiejś Kaiulani, o której żadna z nas nigdy nawet nie słyszała...
Nie wiem, czy moja siostra kiedykolwiek przeczytała tę książkę. Ja w każdym razie od dawna miałam w zwyczaju podbierać jej książki z półki, otwierać je na chybił trafił i czytać fragmenty - aż okazywało się, że przeczytałam już wszystkie. Nie inaczej było w tym przypadku.

Tak poznałam Wiktorię Ka'iulani, ostatnią księżniczkę Hawajów.

Słyszeliście o niej kiedykolwiek? Wspomniano o niej chociaż na Waszych lekcjach historii? Założę się, że nie. Śliczna, nieszczęsna Ka'iulani, która z taką determinacją próbowała zapobiec aneksji Hawajów, zaginęła gdzieś w mrokach dziejów. Dlatego cieszę się, że powstał ten film. Nie jest nadzwyczajnie dobry, na pewno można było zrobić go lepiej, ale doceniam jego funkcję edukacyjną. Gdybym mogła przebierać w filmach o Ka'iulani byłabym pewnie surowsza - ale tak? W dodatku jest bardzo miły dla oka, z ładnymi zdjęciami i całkiem przyjemnie się go ogląda. Ma też parę dobrych momentów - głównie tych, w których Ka'iulani rzeczywiście działa na rzecz hawajskiej niepodległości.

Niestety, twórcom filmu trochę zabrakło pomysłu na poprowadzenie fabuły. Mamy tu żałobę po utracie bliskich, wątek szkoły z oschłą przełożoną, rasistowskie uprzedzenia, miłość, tęsknotę za ojczyzną, próby ocalenia monarchii. W tym przypadku ta mnogość wątków wcale nie wyszła filmowi na dobre - jest w efekcie o wszystkim po trochu, ale brakuje mu wyraźnej myśli przewodniej. Wątki nie splatają się ze sobą, zupełnie jakby księżniczka, przechodząc do kolejnego etapu w życiu, wymazywała z serca dotychczasowe uczucia. Nawet wątek romantyczny jest chłodny, zupełnie niewzruszający. Film jest też (znowu!) dość sztuczny; nie jest wprawdzie aż tak źle, jak w przypadku Spaceru w chmurach, ale dialogi brzmią często nienaturalnie. Odtwórczyni głównej roli (Q'Orianka Kilcher, czyli Pocahontas z Podróży do Nowej Ziemi) też gra dosyć drętwo, a jej śmiech bije rekordy sztuczności. Ciężko się przez to wciągnąć w akcję i uwierzyć w prawdziwość tego filmu...

Niemniej jednak - nie ma co wybrzydzać. To jedyny film o księżniczce Ka'iulani, o jakim słyszałam i dobrze, że w ogóle powstał.


2. Chłopiec z latawcem // The Kite Runner (2007) - 6,5/10

Jeżeli czytaliście Chłopca z latawcem, to jego filmowa adaptacja niczym Was nie zaskoczy. Jest bardzo wierna oryginałowi - prawie tak, jak ekranizacja Przepiórek w płatkach róży, o której niedawno pisałam. I zupełnie nie rozumiem, dlaczego w tym przypadku nie jestem tą wiernością tak zachwycona, jak wtedy. Przecież powieść Khaleda Hosseiniego bardzo lubię - nie aż tak, jak Tysiąc wspaniałych słońc, ale lubię. Tak wierna adaptacja też powinna mi się spodobać. Więc dlaczego...? Może za mało czasu upłynęło od lektury, za dokładnie pamiętam treść książki? Nie wiem, ale fakt faktem - trochę mnie ten film znudził. Pod koniec cieszyłam się wręcz, że reżyser zdecydował się jednak wprowadzić zmiany do fabuły i wyciął cały długi wątek, który pojawił się w powieści...

Siłą powieściowego Chłopca z latawcem była narracja. Pierwszoosobowa, bardzo intymna, dzięki której czytelnik mógł poznać uczucia i myśli Amira. W filmie tego nie ma - i wiele przez to traci. Główny bohater jest (przynajmniej jako dziecko) irytującą, flegmatyczną ciepłą kluchą, która boi się własnego cienia. Trudno uwierzyć, że kłębią się w nim jakieś głębsze przemyślenia, trudno go też polubić. Dopiero dorosły Amir zaskarbił sobie moją sympatię. Dopiero wtedy zaczęłam mu kibicować i z zainteresowaniem śledzić jego losy...

Trochę słaby jest w tym filmie dobór aktorów. Dzieci grają sztywno i zupełnie nie przypominają swoich dorosłych odpowiedników. O ile jeszcze od biedy mogę to zrozumieć w przypadku Amira, który w pierwszej części filmu ma tylko około dziesięciu lat (chociaż i tak przeszkadza mi ta drastyczna zmiana kształtu głowy... To już mały Hassan był do niego bardziej podobny), o tyle już Asaf - w pierwszej części całkiem wyrośnięty nastolatek - nawet po latach powinien chociaż trochę przypominać samego siebie. Miałam wrażenie, że aktorów wybrano na chybił trafił, byleby tylko byli Afgańczykami.

Co mi się więc podobało? Przede wszystkim fabuła, tak podobna do książkowej. Gdybym nie miała tej historii tak świeżo w pamięci, pewnie poruszyłaby mnie historia winy i odkupienia Amira. A i tak, chociaż żadna ze scen nie była dla mnie zaskoczeniem, parę razy filmowi udało się chwycić mnie za serce. Podobało mi się też to, że aktorzy przez większość czasu mówili w paszto - strasznie nie lubię produkcji w rodzaju Wyznań gejszy, w których akcja dzieje się niby na drugim końcu świata, ale i tak wszyscy porozumiewają się po angielsku...

To całkiem dobry film, choć przy książce wypada blado. Brakuje mu tej magii i rozmarzenia, z którym Amir wspominał swoje dzieciństwo. Jest też bardzo "męski" - nawet bardziej niż powieść, usunięto bowiem nieliczne fragmenty dotyczące matek obu bohaterów czy żony Hassana - co pewnie też wpłynęło trochę na moją ocenę. Zdecydowanie chętniej obejrzałabym "kobiece" Tysiąc wspaniałych słońc - i wciąż łudzę się, że kiedyś ten film rzeczywiście powstanie...


3. Nabbie no koi (Miłość Nabbie, 1999) - 7/10

Bardzo przyjemny, spokojny, całkiem lekki i zabawny film, którego akcja rozgrywa się na jednej z okinawskich wysepek, a więc na samym południu Japonii. Momentami może trochę przerysowany (a może wcale nie, kto ich tam wie?), ale tym wyraźniej inny od typowo japońskich produkcji. Przedstawieni tu Okinawczycy są bardziej otwarci i bezpośredni niż Japończycy z głównych wysp. To jeden z tych rzadkich przypadków, kiedy dziadkowie zachowują się swobodniej niż ich wnuki. Podczas gdy starsze pokolenie całe życie spędziło na swojej upalnej wyspie, młodsi bohaterowie studiowali w Tokio, gdzie przyzwyczaili się do innych zasad funkcjonowania w społeczeństwie. Widać to nawet w języku: starsi mówią w lokalnym dialekcie, młodsi już w standardowym japońskim, z użyciem odpowiednich, uprzejmych form...

Główną bohaterką filmu jest młoda Nanako, która wraca na wakacje do dziadków, na ojczystą wyspę. Szybko wyznaje im, że rzuciła pracę i wyraźnie nie wie, co powinna zrobić dalej ze swoim życiem. Zakochany w niej miejscowy chłopak namawia ją do pozostania na wyspie i wyjścia za niego za mąż, ale Nanako wytrwale odrzuca jego kolejne oświadczyny. Tymczasem już pierwszego dnia, w drodze do domu dziadków, dziewczyna mija tajemniczego mężczyznę. Jego spotkanie z babcią Nanako, Nabbie, wywraca do góry nogami życie wyspiarskiej społeczności...

Sporo jest w tym filmie małych smaczków. Pojawia się tu grający na skrzypcach Irlandczyk (Nabbie, która nie potrafi zapamiętać słowa Airurando - Ireland, wymawia je jako Ai-rabu-yu rando - I-love-you land...), a wygrywane przez niego skoczne melodie przeplatają się z tęsknymi okinawskimi pieśniami. Właścicielka miejscowego sklepiku wykonuje brawurowo Habanerę, równie niepasującą do miejsca akcji. Fragmenty wspomnień dziadka stylizowane są na film niemy: obraz jest czarno-biały, bohaterowie ruszają tylko ustami, po czym pojawia się plansza z wypowiedzianym przez nich tekstem. Tajemniczy mężczyzna nosi nazwisko... Sun Ra. Sporo jest tych detali, które sprawiają, że oglądanie Miłości Nabbie jest dużą przyjemnością.

To moje pierwsze spotkanie z okinawską filmografią i jestem nim bardzo usatysfakcjonowana. Nie jest to żadne arcydzieło, ale przyjemny, wesoły i jednocześnie niegłupi film o bardzo niejapońskich Japończykach. Mi, zakochanej w Okinawie, podobało się bardzo. Szkoda tylko, że tamtejsze filmy są tak trudno dostępne. Ten udało nam się zobaczyć w miejscowym Instytucie Japońskim, ale nie mamy żadnego wpływu na to, kiedy po raz kolejny uda nam się obejrzeć coś okinawskiego...


4. Jedz i pij, mężczyzno i kobieto // Yin shi nan nu (1994) - 8/10

To jeden z pierwszych filmów Anga Lee - i jednocześnie pierwszy jego film, który obejrzałam. Trafiłam na jego trop przez zupełny przypadek: szukając plakatu do Przepiórek w płatkach róży trafiłam na stronę, która okazała się wspaniałym zbiorem nowych inspiracji filmowych. Mąż przypomniał sobie, że kiedyś już ten film widział i miło go wspominał, więc szybko postanowiliśmy go obejrzeć.

To historia ojca - emerytowanego szefa kuchni - i jego trzech córek. Mieszkają razem, w czwórkę, a mimo to każde z nich jest bardzo samotne. Wszyscy (nawet ojciec!) marzą o miłości, choć mają jej inne wyobrażenia. Najstarsza córka, Jia Jien, wciąż myśli o dawnym ukochanym i zamyka się w surowym świecie religii. Druga, Jia Chien, odnosi sukcesy w życiu zawodowym i żyje w całkiem satysfakcjonującym ją wolnym związku; nie ma najmniejszej ochoty na ślub i życie zgodne z chińską tradycją, którą uważa za "wzajemne torturowanie się". Najmłodsza, Jia Ning, próbuje uwolnić przyjaciółkę od natrętnego chłopaka, wplątując się tym samym w miłosny trójkąt. Na ojca tymczasem ma chrapkę gadatliwa matka bliskiej przyjaciółki Jia Jien...

Najpiękniejszy w tym filmie jest jednak zupełnie inny wątek - relacji między ojcem a zbuntowaną Jia Chien. To zresztą moja ulubiona para bohaterów; Jia Jien jest tak chłodna i nieprzystępna, że trudno dziwić się jej samotności, a Jia Ning to zwykła, radosna dziewczyna, o której ciężko powiedzieć coś więcej. Za to Jia Chien ma w sobie o wiele więcej, niż można by przypuszczać. Samo to, że wcale nie chciała zostać elegancką bizneswoman, że ma do ojca żal o popchnięcie jej w tym kierunku, nie pasuje do stereotypu nowoczesnej, wyzwolonej kobiety. Jej relacje z ojcem są pozornie bardzo chłodne, ciężko im odnaleźć drogę do siebie nawzajem, a jednak...

Muszę ostrzec Was przed jednym: po obejrzeniu tego filmu na 100% będziecie głodni. Bohaterowie ciągle gotują - a jak nie gotują, to jedzą. I wszystko to wygląda tak smakowicie, że aż smutno potem zajrzeć do własnej lodówki.


Zrobiłam się głodna od samego myślenia o tym filmie. Idę jeść.

Do usłyszenia w niedzielę!

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Co słonko widziało #4

Jak minęły Wam święta, Kochani? Jajka i ciasta zjedzone? Dużo napielgrzymowaliście się po krewnych i znajomych? Dla mnie ten rok był zupełnie inny od poprzednich: to była moja pierwsza Wielkanoc "na swoim", pierwsze naturalne farbowanie jaj, pierwsze tak kameralne świąteczne śniadanie i pierwsze prawdziwe przyjęcie gości. Nawet pierwsze w życiu wegańskie ciasto! Skorzystałam z tego przepisu Marty z Jadłonomii; wyszło przepyszne, słodkie i zupełnie nie buraczane w smaku. Warto było przemęczyć się z tymi nieszczęsnymi burakami, które za nic nie chciały dać się zblendować na puree (dopiero mężowi udało się zmusić je do współpracy...). Gościom chyba smakowało (przynajmniej tak mówili), młodszy brat męża - weganin - mógł zapychać się ciastem na równi z resztą ekipy, a ja z dumą zbierałam punkty superszwagierki :).
A wieczorem obejrzałam kolejny film. A jak!

Zaprezentuję dziś kolejną piątkę i - tadam, tadam! - wyzeruję mój filmowy "licznik"! Tym razem mam na składzie dwa filmy dobre, dwa bardzo dobre i jeden... No cóż, sami zobaczycie ^^.


1. Mandela: Droga do wolności // Mandela: Long Walk to Freedom (2013) - 7/10

Plakaty Mandeli pojawiły się na kolońskich ulicach jakoś krótko po śmierci rzeczywistego Nelsona Mandeli. Wydało nam się to dość niesmaczne - może to tylko zbieg okoliczności, ale wyglądało to tak, jakby celowo czekano z premierą na "najlepszy" moment - i trochę uprzedziliśmy się do tego filmu. Ostatecznie jednak małżonek zarządził seans - i, jak widać po ocenie, wyniosłam z niego całkiem pozytywne wrażenia.

Ciężko mi ocenić Mandelę, bo i nie bardzo wiem, co właściwie powinnam oceniać. Fabułę napisało życie - reżyser musiał tylko przełożyć ją na język filmu. I to rzeczywiście mu się udało: Mandela to bardzo sprawnie zrobiony film biograficzny. Jeśli wierzyć napisom końcowym, jego treść była konsultowana z drugą żoną (Winnie) i córkami bohatera, a więc mogę chyba założyć, że dość wiernie oddaje rzeczywisty przebieg wydarzeń. Twórcy wyraźnie starali się też nie gloryfikować Mandeli i nie bali się zaprezentować scen, które są małymi rysami na jego kryształowym wizerunku. Zdjęcia są momentami piękne - przychodzą mi tu na myśl zwłaszcza obrazy południowoafrykańskiej wioski. Do aktorstwa nie mam żadnych zastrzeżeń. I to właściwie wszystko, co mogę o Mandeli powiedzieć. Jest "porządny". Tylko i aż tyle.

To jeden z tych filmów, na które głupio mi narzekać - bo z jednej strony są w nim rzeczy, które mi się nie podobały, a z drugiej sama widzę, że inaczej się nie dało. Reżyser Mandeli bardzo chciał zaprezentować w nim jak najwięcej; w efekcie dzieje się dużo, ale dość "płytko". Widać to zwłaszcza na początku filmu: scena ślubu, scena w domu, scena demonstracji, wymiana bodajże czterech zdań z żoną, której nie podoba się polityczne zaangażowanie męża, scena z kochanką, scena kłótni, bam! Pusty dom i rozwód. Później tempo, na szczęście, zwalnia, ale nadal nie na tyle, żebym mogła poczuć się jakoś szczególnie związana z bohaterami. A jednocześnie rozumiem, że ciężko byłoby zrobić to inaczej. Miała być długa droga do wolności - no i jest, zgodnie z zapowiedzią. Film i tak trwa ponad dwie godziny; ciężko byłoby tam upchnąć "pogłębiające" wątki...

Trochę wstyd się przyznać, ale nie znałam dokładnie historii Nelsona Mandeli. I byłam w sporym szoku, kiedy pod koniec filmu dowiedziałam się, że biała dominacja w RPA upadła dopiero w latach '90. Zawsze myślałam o tym w kategoriach zamierzchłej historii - a to przecież już "moje" czasy...!

Jeżeli żyjecie w podobnej ignorancji jak ja - obejrzyjcie. Polecam. A jeśli znacie historię Mandeli na pamięć... To i tak obejrzyjcie i dajcie mi znać, jak ma się ten film do historycznej prawdy :).


2. Wszystko jest iluminacją // Everything Is Illuminated (2005) - 8,5/10

Genialny film, którego - jak się wczoraj przekonałam - kompletnie nie potrafię zareklamować. Początkowo zwariowany i niesamowicie śmieszny, z czasem coraz poważniejszy, choć równie niezwykły. Bardzo, bardzo dobry komediodramat. Uwaga: znajomość rosyjskiego/ukraińskiego (nawet mój mąż - teoretycznie Rosjanin - do końca nie był pewien, co to właściwie było... ^^) albo dobrze przetłumaczone napisy są absolutnie niezbędne!

Przed seansem miałam pewne obawy co do odtwórcy głównej roli, który zdecydowanie nie należy do moich ulubionych aktorów, a w dodatku dość mocno kojarzy mi się tylko ze swoją Życiową Rolą. I rzeczywiście, w pierwszej scenie, kiedy kamera najechała na twarz Elijah Wooda, głos w mojej głowie oznajmił: Chodź tutaj, Frodo, chłopcze, opowiem ci dobry kawał... Ale już po paru minutach zupełnie przestałam kojarzyć Jonathana Foera, zafascynowanego zbieractwem i historią własnej rodziny amerykańskiego Żyda, z hobbitem Bagginsem. Ze swoimi czarnymi włosami i okrągłymi okularami przypominał mi bardziej - pozostając w tych magicznych klimatach - Harry'ego Pottera ;).

Umierająca babka podarowuje Jonathanowi zdjęcie, które należało do jego zmarłego już dziadka. Rzeczony dziadek - wtedy jeszcze młody chłopak - stoi na nim gdzieś w ukraińskim polu, w towarzystwie pięknej dziewczyny. Podpis na odwrocie fotografii głosi: ja i Augustine. Jako że babcia umiera zanim jej wnukowi udaje się wyciągnąć z niej jakiekolwiek informacje, Jonathan postanawia odwiedzić rodzinne strony dziadka i dowiedzieć się, kim jest ta tajemnicza kobieta. Na miejscu czeka na niego ekipa przewodników: wrogo nastawiony starszy pan, który udaje ślepego, jego równie wrogo nastawiony pies-przewodnik Sammy Davis Junior Junior oraz wnuk Alex, posługujący się momentami wyrafinowanym, bardzo specyficznym angielskim.

Jak nietrudno się domyślić, humor filmu jest w dużej mierze oparty na różnicach kulturowych. Nie wiem, na ile prawdziwy jest przedstawiony tu obraz ukraińskiej mentalności, chociaż mam wrażenie, że to bardziej stereotypowe wyobrażenie Amerykanów na temat Europy Wschodniej niż rzeczywistość... Ale, o dziwo, nie przeszkadza mi to. Efekt jest przekomiczny. Wisienką na torcie są dyskusje Jonathana z Alexem i określenia używane przez tego ostatniego. Moim ulubionym jest chyba Odpocząłeś? jako Did you repause?... A w odpowiednim momencie, kiedy cały ten humor zaczyna ocierać się o głupkowatość, film staje się poważniejszy. Pojawia się problem antysemityzmu, holocaust, bolesna historia i tajemnica z przeszłości dziadka, który z czasem staje się coraz mniej nieprzyjazny.

Jest śmiesznie, poważnie, bajkowo, strasznie. I bardzo wciąga. Must watch.


3. Spacer w chmurach // A Walk in the Clouds (1995) - 4/10

Miałam ten film na liście do obejrzenia już od dłuższego czasu. Pamiętałam, że kiedyś natknęłam się na niego w telewizji, ale nie obejrzałam go do końca. Jak okazało się podczas ostatniego seansu, zobaczyłam wtedy właściwie tylko krótki fragment. I chyba wiem już, dlaczego.

Nie spodziewałam się po tym filmie jakichś cudów na kiju. Plakat mówi sam za siebie. Miało być ciepło, uroczo, romantycznie; miała być wielka miłość, winnice i odnalezienie sensu życia. Takie Pod słońcem Toskanii, tylko z mężczyzną w roli głównej. Może coś w stylu Dobrego roku, tylko bardziej nostalgicznego. Coś, od czego zrobiłoby mi się cieplej na sercu. Naprawdę miałam niewielkie wymagania i myślałam, że wiem, na co się piszę. Ale to, co dostałam... Jest tak, jak głosi napis na dole polskiego plakatu: to bardzo szczególny film. Bardzo szczególnie kiepski.

Początek nie zapowiada się jeszcze źle, ale od momentu, w którym Paul (Keanu Reeves) poznaje Victorię (Aitana Sánchez-Gijón) - a następuje to dość szybko - zabawa zaczyna się na całego. Już po pierwszej pół godzinie usłyszałam z boku szept: Mam dziwne wrażenie, że dialogi w tym filmie są troszkę nienaturalne... Początkowo traktowałam to jako drobne potknięcia, ale im dalej w las, tym było gorzej. Moment, w którym Keanu oznajmia poważnym tonem: It is not easy. [dramatyczna pauza] It's complicated. ostatecznie pogrzebał moje nadzieje na jakąkolwiek poprawę i zmusił mnie do pierwszego wybuchu śmiechu. Chociaż moment, w którym Victoria spontanicznie dziękuje Paulowi wygłaszając napuszone Paul Sutton, you are the most honorable man I have ever met też jest w ścisłej czołówce najlepszych tekstów tego filmu...

Aż nie wiem, kogo winić za ten stan rzeczy. Scenarzystów, za idiotyczne dialogi? Aktorów, za wygłaszanie kwestii tak, jakby czytali je z kartki? Reżysera (notabene, to znów Alfonso Arau, który już przy Przepiórkach w płatkach róży miał lekkie kłopoty z dialogami...), który kompletnie nie potrafił ich poprowadzić? Nie wiem, ale ten film jest naprawdę, naprawdę TAK  sztuczny, że w połowie oboje - i mąż, i ja - absolutnie poważnie zaczęliśmy się zastanawiać, czy to przypadkiem nie ma być parodia filmów tego typu. To przecież niemożliwe, że oni tak na serio...

A w dodatku ta dialogowa sztuczność - chociaż sama by wystarczyła... - to jeszcze nie wszystko. Bohaterowie są kompletnie płascy, jednowymiarowi, albo przerysowani, albo zupełnie bez jakiegokolwiek charakteru. O wczuciu się w ich sytuację nie ma mowy, bo ani na chwilę nie dają widzowi zapomnieć o tym, że są tylko aktorami wygłaszającymi swoje kwestie. Nieliczne zawirowania fabularne rozwiązują się same, dzięki magicznej mocy Imperatywu Narracyjnego. Nawet krajobrazy są w tym filmie sztuczne. Dobrze, że przynajmniej ładne...

Najgorsze jest to, że ten film miał potencjał. Mógł być po prostu miły, ciepły i wzruszający. Mógł być nawet głębszy, z motywem osierocenia, zespołu stresu pourazowego, traumatycznych wydarzeń rozdzielających ludzi, którzy kiedyś się kochali (jest to też w Mandeli - o, panie Arau, tak się to powinno robić!). A wyszło takie coś, przy czym można się tylko śmiać...

Mąż powiedział, że dałby Spacerowi w chmurach trzy gwiazdki: jedną za dobre chęci, jedną za muzykę i jedną za zdjęcia. Ja dorzucam jeszcze jedną, za pewien urok nieporadności. Ten film jest tak nieudolny, że aż pocieszny.

Dla pozytywnych ocen tego filmu znajduję tylko jedno wyjaśnienie: większość ludzi widziała go w telewizji, w wersji z lektorem, który miał lepszy tekst i zagłuszał oryginalne dialogi. Nie widzę innej możliwości.


 4. Kiedy świnie mają skrzydła // When Pigs Have Wings (2011) - 7/10

To jeden z filmów z gatunku: jesteśmy tacy inni, a jednak tacy podobni. W tym przypadku ten motyw jest wykorzystany nawet podwójnie, bo główny bohater - Palestyńczyk Jafaar - mieszka w strefie Gazy. Mamy tu więc dwie "opozycyjne" pary: bohater vs. widz i Palestyna vs. Izrael. I w obu przypadkach reżyser wyraża ten sam pogląd: jesteśmy mniej różni, niż na pierwszy rzut oka może się wydawać.

Jak na film poruszający problem Izraela i Palestyny, Kiedy świnie mają skrzydła jest wyjątkowo lekki i przyjemny. Nawet zamach terrorystyczny jest tu zaprezentowany w konwencji komediowej. Głównym problemem filmu jest zaś... świnia, którą pewnego dnia wyławia z morza główny bohater. Muzułmanie świń nie jedzą, nie hodują i generalnie się nimi brzydzą, nieszczęsny Jafaar zupełnie nie wie więc, co z tym zwierzakiem zrobić. Zabić? Nie umie. Sprzedać? Komu? Wreszcie udaje mu się znaleźć rozwiązanie - z tym, że interes ubija z rosyjską Żydówką, z którą spotykają się po obu stronach granicznego płotu...

Podobno bliskowschodnie realia są tu słabo przedstawione. Nie taka zabudowa, nierealne sytuacje, a sam film kręcono na Malcie i w Kolonii (u mnie! :D). Jako kompletnemu laikowi w tej materii, zupełnie mi to nie przeszkadzało. Uwierzyłam w realność tego, co mi zaprezentowano, w to, że właśnie tak to wygląda. Choć ktoś bardziej obeznany mógłby mieć o to pretensje.
Nie jest to może najbardziej wyjątkowy film, jaki w życiu widziałam, ale trafił do mnie, dostarczył mi trochę rozrywki i dodał kolejną cegiełkę do mojej wiary w ludzkość. Zwłaszcza piękne wersy, które wygłaszają na koniec Jafaar i Yelena - a przynajmniej ich melodia, bo samych słów, rzecz jasna, nie zrozumiałam - utkwiły mi w głowie na długo.
 

5. Mary i Marta // Mary & Martha (2013) - 8/10
To bogata historia. O szykanowanym przez rówieśników chłopcu i jego matce, która postanowiła ratować go przed zatraceniem się w wirtualnym świecie. O Nauczaniu przez duże "N", wykorzystującym naturalną ciekawość świata, którą każdy z nas gdzieś tam w sobie kryje. O studencie, szukającym swojego miejsca w życiu na krańcu świata. O dalekiej podróży. O stracie, bólu, poczuciu winy, odwadze, walce o lepszy świat. O Afryce. I o malarii.

Podoba mi się kompozycja Mary i Marty. Jestem przyzwyczajona do dramatycznych momentów na początku lub na końcu filmu - a tu serwuje się go nam w samym środku. To jest punkt zwrotny, w którym obie bohaterki spotykają się, a Mary - która jest trochę bardziej główną bohaterką niż Marta - zaczyna dostrzegać wokół siebie inny świat niż ten, który do tej pory widziała.

Podoba mi się to, jak - dzięki tej właśnie kompozycji - przedstawiono Afrykę. Z obu stron, tak dobrze znanych nam ze stereotypów. Mamy tu i piękne, słoneczne sawanny, przyjaznych i otwartych ludzi, dziką przyrodę na wyciągnięcie ręki, safari - i tę biedną, smutną Afrykę, pełną groźnych chorób i przepełnionych szpitali. Obie równie prawdziwe.

Film jest, nie da się ukryć, nieco tendencyjny. Chcemy pokazać, jak próżne, pozbawione znaczenia jest życie koleżanki Mary? Każmy jej kaprysić na nie taki model samochodu, który dostała od męża. Każmy Mary wyraźnie stwierdzić, że to głupie, że jej ograniczona koleżanka żyje w jakimś szalonym świecie, nie mając pojęcia o prawdziwym życiu. Nie może zabraknąć, rzecz jasna, Wielkiej Przemowy w końcowych scenach filmu. To mi się nie podobało. Ale...

...ale kurczę, jakoś mnie ten film chwycił. Jest naładowany takim ładunkiem emocjonalnym, że po zakończeniu seansu aż się trzęsłam. I po raz kolejny przyszło mi do głowy, że gdzieś tam, daleko, jest zupełnie inny świat, któremu kiedyś - zanim przywiązałam się do mojej "normalności" - bardzo chciałam pomagać.


***


I co Wy na to? Widzieliście coś z dzisiejszej piątki? Macie podobne wrażenia? A może coś Was zaciekawiło i chętnie dodacie to do własnych filmowych list?

Miłego tygodnia i do usłyszenia najpóźniej w niedzielę!

Edit: Mąż domaga się sprostowania fragmentu o rosyjskim i ukraińskim: we Wszystko jest iluminacją pojawiły się oba, stąd początkowy zonk :).

piątek, 18 kwietnia 2014

Co słonko widziało #3

Wielki Piątek jest w Niemczech - a przynajmniej w mojej Nadrenii-Westfalii - ustawowo wolny od pracy (ponoć dzięki ewangelikom, dla których ma to być najważniejszy dzień w roku). Korzystając z okazji, podzielę się z Wami opinią o kolejnych pięciu filmach, które niedawno obejrzałam. Znowu nie nadgonię wszystkich, ale ta piątka na raz to dla mnie absolutne maksimum - jeden film więcej i sama nie dam rady przebrnąć przez własnego posta...

Następny wpis pojawi się zapewne w poniedziałek. Chciałabym zrobić z tych filmowych podsumowań coniedzielny cykl (i mam nadzieję, że od przyszłego tygodnia mi się to uda!), ale z okazji Wielkanocy przesunę następną notkę o ten jeden dzień. W końcu w niedzielę większość z nas będzie miała inne zajęcia niż czytanie blogów :).

Filmy z poprzedniej puli były bardzo wyrównane - mój mąż aż zaczął się śmiać przy którejś siódemce z rzędu. Tym razem również ich nie zabraknie (co ja poradzę, że trafiam na dobre filmy?), ale nie będzie aż tak monotonnie jak ostatnio. Zapraszam serdecznie :).


1. Przepiórki w płatkach róży // Como Agua Para Chocolate (1992) - 7/10

Film na podstawie magicznej powieści Laury Esquivel o tym samym tytule, którą przeczytałam kilka lat temu. Historia Tity, która - jako najmłodsza córka - ma obowiązek do śmierci opiekować się matką (a co za tym idzie, pozostać panną) i jej zakazanej miłości do Pedra, który postanawia oszukać rodzinną tradycję poślubiając siostrę ukochanej, na długo zapadła mi w pamięć. Zwłaszcza, że opowieść doprawiona była licznymi przepisami meksykańskiej kuchni i sporą dawką realizmu magicznego, który z całego serca uwielbiam. Aż do teraz nie wiedziałam jednak, że nakręcono również film na podstawie tej książki. Rzuciłam się na niego, gdy tylko odkryłam jego istnienie.

Scenariusz napisała sama autorka powieści, a reżyserią zajął się... jej mąż, Alfonso Arau. Zapewne temu właśnie film zawdzięcza niespotykaną wręcz zgodność z literackim pierwowzorem. Żadna scena nie jest dodana czy zmieniona (choć kilka zostało usuniętych), bohaterowie mówią cytatami z książki, mamy nawet narratorkę, opisującą uczucia bohaterów w kluczowych momentach! Z wiekiem nauczyłam się doceniać inwencję twórczą reżyserów wszelakich adaptacji i pogodziłam się z faktem, że film i książka nigdy nie będą tym samym, ale najwyraźniej pozostała we mnie jakaś tęsknota za ekranizacją idealną. Ta niespodziewana wierność Przepiórek w płatkach róży całkowicie mnie zachwyciła. Nie sądziłam, że coś takiego jest w ogóle możliwe.

Doceniam więc w tym filmie wierność adaptacji, doceniam klimat i magię - równie zwyczajnie-niezwyczajną jak w powieści. Łzy zatruwające ciasto, miłość wyczuwalną w tytułowych płatkach róży, namiętność płonącą tak silnie, że aż wzniecającą pożar. Doceniam dobór aktorów - Lumi Cavazos jest przepiękną Titą, Marco Leonardi jako Pedro też jest całkiem uroczy. Są w tym filmie fragmenty, o których zdążyłam zapomnieć i które, ponownie odkryte, bardzo mi się spodobały - jak piękna (i, jak na mnie, prawdziwa!) opowieść Johna Browna o pudełku zapałek. A jednak...

... a jednak nie jestem Przepiórkami... tak zachwycona, jak myślałam, że będę. Minęło już trochę czasu odkąd przeczytałam powieść i najwyraźniej coś się we mnie przez ten czas zmieniło, bo nie potrafiłam już tak mocno wczuć się w sytuację bohaterów. Nie mogłam odpędzić od siebie myśli, że kochankowie wpakowali się w tę sytuację na własne życzenie, że już na samym początku Pedro popełnił wielki błąd, żeniąc się z Rosaurą, że właściwie wyrządził obu siostrom wielką krzywdę. Może też same miłosne perypetie nie są już dla mnie wystarczającą siłą napędową filmu - a przecież Przepiórki w płatach róży to romans pełną gębą. Męża raziła też pewna sztuczność dialogów, która mi jednak szczególnie nie przeszkadzała; jak się chce mieć wierną ekranizację i dialogi żywcem wyjęte w książki, to trzeba przecierpieć ich lekką nienaturalność...

No i to zakończenie, uch! W książce wyszło to subtelnie, tu - zdecydowanie zbyt wyraźnie, dosłownie. To chyba jedyny fragment filmu, który ewidentnie mi się nie spodobał.


2. Sens życia według Monty Pythona // Monty Python's The Meaning of Life (1983) - 5/10

Lubię Monty Pythona i jego oryginalne poczucie humoru. Lubię jego dwie pozostałe pełnometrażówki. Żywot Briana był całkiem dobry, Święty Graal nawet bardzo dobry... Ale Sens życia sromotnie mnie rozczarował. Brakuje mu jakiejś myśli przewodniej, czegoś, co spajałoby ze sobą kolejne sceny. Nawet jeśli cały ten "sens życia" miał być tylko pretekstem do nakręcenia filmu, nawet jeśli w założeniu miało go tam być niewiele, nawet jeśli bohaterowie sami się z tego faktu natrząsają... To jednak przydałoby się cokolwiek. A tu nie ma absolutnie niczego i ciężko nawet uznać to za film pełnometrażowy - bardziej przypomina toto luźny zlepek skeczy.

Pół biedy, gdyby tylko o te skecze chodziło, ale Sens życia rozczarował  mnie w zupełnie nieoczekiwany sposób. Krótko mówiąc: nie był śmieszny. Miał parę lepszych momentów (skecz z rozmową o filozofii, rozmowa protestanckiego małżeństwa...), ale też całą masę przeciętnych czy wręcz słabych. Chwilami zastanawiałam się, po co ja to w ogóle oglądam. Wzdychałam, przewracałam oczami i niecierpliwie wyczekiwałam końca. Co rzadko mi się zdarza.

Ciężko mi uwierzyć, że to ten sam Monty Python, który powołał do życia irytujących wieśniaków i dzielnego Sir Robina. Dałam mu piątkę ze względu na te nieliczne lepsze momenty, pewnie też trochę z sympatii, ale gdybym miała szczerze powiedzieć, co sądzę o tym filmie jako o całości, najprawdopodobniej ujęłabym to jako: szkoda czasu.


3. Dziewczyna z lilią // L'ecume des jours (2013) - 6/10

Do obejrzenia Piany dni (Dziewczyna z lilią ma być zapewne "błyskotliwym" nawiązaniem do Dziewczyny z perłą, ale nijak się ma do oryginalnego tytułu - nawet ja to widzę...) zachęciło mnie nazwisko Audrey Tautou i piękny, nastrojowy plakat. Nie wpadłam wówczas na to, żeby - zanim dodam film na listę "Do obejrzenia" - sprawdzić nazwisko reżysera. Gdybym to zrobiła, odkryłabym, że twórcą filmu jest Michel Gondry, twórca Zakochanego bez pamięci, który niespecjalnie wpasował się w mój filmowy gust. Być może podarowałabym sobie wówczas ten seans. Albo przynajmniej wiedziałabym, czego się spodziewać. Cóż - nie zrobiłam tego i to był mój wielki błąd. Zasiadłam do oglądania oczekując nastrojowej historii o miłości, zupełnie nieprzygotowana na to, co ostatecznie mi zaserwowano.

Mamy w tym filmie samotność, poszukiwanie miłości, zakochanie, chorobę, walkę, bezsilność. Teoretycznie nic nadzwyczaj oryginalnego. Ale w tym przypadku ważne jest nie to, co reżyser przedstawia, ale jak. Opowiedziana przez Gondry'ego historia jest na wskroś surrealistyczna - w najbardziej szalonym znaczeniu tego słowa. Na ekranie pojawiają się węgorze wyskakujące z kranów, dzwonki-karaluchy, długie, gumowate nogi czy lilia rozkwitająca w piersi Chloe. Jest też parę motywów, które dziwnie kojarzą mi się z Zakochanym bez pamięci: miniaturowe postaci, kurczące się domki... Wszystko to składa się na niezwykłą, jedyną w swoim rodzaju mieszankę. Pytaniem jest tylko, czy lubicie taki styl, czy nie.

Ja, niestety, nie lubię. Nie odmawiam reżyserowi wizjonerstwa, artyzmu czy wyobraźni. To wszystko jest bardzo pomysłowe i historia Colina i Chloe wyróżnia się dzięki temu na tle innych melodramatów... Ale nie lubię. Początek był dla mnie zbyt szalony, koniec zbyt ponury. Całość sprawia dla mnie wrażenie przerostu formy nad treścią. Gdyby mniej było w Pianie dni efekciarstwa, bawienia się rzeczywistością, gdyby bardziej przypominała to, co sugeruje plakat - miałaby szansę skraść moje serce. A tak jest tylko sześć gwiazdek - i to głównie z uczciwości wobec oryginalności reżysera ("naprawdę dobre miał te pomysły, nie mogę tego nie docenić!") niż z uczucia wobec jego dzieła...


4. The Young and Prodigious T.S. Spivet (2013) - 7,5/10

Uwielbiam filmy, których głównymi bohaterami są dzieci. Jest w nich - a przynajmniej w pewnej ich części - jakaś taka lekkość, wiara w to, że wszystko jest możliwe, odrobina naiwności i niesamowita obojętność wobec przeciwności losu. Dzieci nie zdążyły jeszcze "nauczyć się" świata. Żadne marzenie nie jest dla nich mniej ani bardziej możliwe do spełnienia od innego, absurdalne sytuacje nie różnią się od normalności, a zwariowane pomysły wydają się im zupełnie zwyczajne. To samo tyczy się również ewentualnych niesprawiedliwości - przyjmują to po prostu jako kolejny element świata, którego dopiero się uczą. A że ja akurat bardzo cenię sobie takie niezwykłe podejście do zwykłego życia (wspominałam już, że uwielbiam realizm magiczny?), to i filmy z dziećmi w roli głównej darzę wielką sympatią...

Gdyby uznać "film o dzieciach" za odrębny gatunek filmowy, to The Young and Prodigious T.S. Spivet miałby sporą szansę stać się za kilka lat klasykiem gatunku. Mamy tu wszystko, co w tego rodzaju filmach najlepsze: niezwykłe warunki, w jakich dorasta bohater, specyficzną rodzinę, ponadprzeciętne zdolności, szalony i brawurowy plan - a wszystko to przedstawione oczami dziecka, które w żadnej z tych rzeczy nie widzi niczego niezwykłego. Tak jest i już. Młody T.S. Spivet - wbrew temu, co próbuje mu wmówić zakompleksiony nauczyciel - nie uważa się wcale za genialnego naukowca; po prostu poświęca nauce każdą wolną chwilę i czerpie z tego przyjemność. Kiedy Instytut Smithsonian przyznaje mu nagrodę za wynalezienie perpetuum mobile, chłopiec postanawia pojechać do Waszyngtonu i odebrać ją podczas uroczystej gali. Zostawia w domu list z wyjaśnieniem i sam, z wielką walizą, rusza w kierunku stacji kolejowej...

Ujmę to krótko: nie ma w tym filmie absolutnie niczego, co by mi się nie podobało. Krajobrazy zapierają dech w piersiach - Spivetowie mieszkają na ranczu w Montanie, kamera raz po raz prezentuje nam więc rozległe przestrzenie, o pięknych, głęboko nasyconych kolorach (ktoś tu chyba majstrował przy obróbce... ale co tam, niech obrabiają, jeśli tak ma wyglądać końcowy efekt...!). Aktorstwo jest wyśmienite; Kyle Catlett, mimo młodego wieku, gra bardzo wiarygodnie, a Helena Bonham-Carter nareszcie ma szansę zaprezentować się w jakiejś normalnej (no, prawie...) roli - z którą radzi sobie równie dobrze jak ze stereotypowymi wariatkami. Film jest zabawny, ale z poważniejszą nutą i zahacza o uniwersalne problemy akceptacji, samotności, poczucia winy i wzajemnego niezrozumienia. To doskonały wybór, jeśli macie ochotę obejrzeć coś lekkiego, ale nie głupkowatego i pozbawionego treści...

A jeśli nadal Was nie przekonałam, to dodam tylko, że film wyreżyserował Jean-Pierre Jeunet, twórca Amelii. I to naprawdę widać.


5. Kraina Lodu // Frozen (2013) - 7/10

Nasłuchałam się i naczytałam o tej bajce tyle, że musiałam w końcu sama ją obejrzeć. Absolutnie tego nie żałuję. Nie wiem, na czym polega magia Frozen, ale nie mogę wyrzucić z głowy tej historii. Może to za sprawą piosenek, których słucham na okrągło? Dziwnym trafem nie zwróciłam uwagi na to, że to musical - i w czasie seansu zostałam tak mile zaskoczona! Oscarowe Let It Go wcale mnie początkowo nie zachwyciło (miałam wrażenie, że Idina Menzel momentami krzyczy zamiast śpiewać - zresztą, nadal mam takie wrażenie, tylko że przestało mi to tak przeszkadzać...) i dopiero teraz zaczynam je doceniać. Nie uważam jednak, żeby była to lepsza piosenka od innych zaprezentowanych w filmie; równie chętnie słucham obu części For The First Time In Forever, Do You Want To Build A Snowman czy Love Is An Open Door...

Frozen jest luźno - bardzo luźno - oparte na andersenowskiej baśni o Królowej Śniegu. Tu jednak królowa nie jest złą i pozbawioną serca postacią, a przeraźliwie samotną nastolatką, którą przerażają jej własne moce. Elsa boi się skrzywdzić swoich najbliższych i dobrowolnie się od nich odizolowuje, bezskutecznie starając się ukryć swoje magiczne zdolności. Oczywiście nadchodzi dzień, w którym prawda wychodzi na jaw. Wówczas do akcji wkracza młodsza siostra Elsy, Anna, zdeterminowana, by odzyskać siostrę, którą de facto utraciła wiele lat temu. A przy okazji odczarować pogrążone w śniegu królestwo...

Po obejrzeniu tego filmu zapytałam męża, jaki - jego zdaniem - jest jego główny morał. To, że miłość może roztopić najtwardszy lód - odpowiedział, czym wprawił mnie w spore osłupienie, bo "mój" morał jest zupełnie inny. Gdybym miała ująć go w jednym zdaniu byłoby to zapewne coś w rodzaju: nie ukrywaj tego, kim jesteś, nawet jeśli jesteś w jakiś sposób "dziwny". Całe to conceal it, don't feel it, którego nauczyli Elsę spanikowani rodzice, nic nie dało, a wręcz pogorszyło sytuację. Natknęłam się też na interpretację zamknięcia Elsy jako depresji, co brzmi całkiem wiarygodnie... Może właśnie dlatego ta - bądź co bądź - bajka tak utkwiła mi w głowie. Daje spore pole do interpretacji.

Przeciwwagą dla Elsy (i całej związanej z nią dramaturgii) jest nie tylko Anna, ale też zaczarowany bałwan, Olaf. Nie rozumiem, jak ktokolwiek mógł go nie polubić (chyba że traci w dubbingu?). Oryginalny Olaf raz po raz rzuca tekstami, po których trudno powstrzymać się od śmiechu; moim ulubionym jest chyba I'm not sure if it'll solve your problem, but I've found a staircase leading to exactly where you want to go... i radosne Let's go kiss Hans! Nie wspominając o minie, jaką robi, kiedy Kristoff zaprowadza ich grupę do swojej "rodziny"!

Jedyne, co mnie w tym filmie rozczarowało, to wątek romantyczny. Naczytałam się wcześniej (uwaga, sypię spojlerami!!!) o tym, jak to Disney naśmiewa się w tym filmie z własnej koncepcji miłości od pierwszego wejrzenia - i chyba za dużo oczekiwałam. W ogóle nie kupiłam całej tej historii z Hansem. Po pierwsze, wyszło to wszystko zupełnie nieprawdopodobnie. Jeżeli Hans rzeczywiście był badassem, to czemu nie pozwolił tym żołnierzom zabić Elsy? Nikt nie mógłby go winić, wręcz pozbyłby się tego denerwującego dziadka, a droga do tronu stałaby przed nim otworem - czy to z Anną, czy bez niej... Poza tym, akurat w przypadku Hansa i Anny ich zauroczenie polegało na czymś więcej niż na maślanym patrzeniu się sobie w oczy. Co z jinx, jinx again!? Co z mental synchronisation? Tego nie da się tak po prostu oszukać. Reżyserzy zapędzili się w tym przekonywaniu widza, że Hans + Anna = true love i wyszło im to aż zbyt wiarygodnie.
Po drugie, rozumiem, że takie a nie inne rozwiązanie wątku Hansa miało dowieść słuszności słów Elsy, ale akurat w tym przypadku to, że znali się tylko jeden dzień, nie ma nic do rzeczy. Jeśli facet był zdeterminowanym oszustem, to Anna mogłaby go równie dobrze znać od roku i nic by to nie dało. Na to samo by wyszło.
Po trzecie, jak się ma do tego cała ta akcja z Kristoffem? Jak długo Anna go znała - dwa dni? Ledwie jeden true love okazuje się oszustem, a już się dzieweczka pakuje w ramiona innego. Notabene, uczucia Anny są w tym momencie zupełnie nieistotne; Olaf wyjawia, że Kristoff ją kocha, skoro jej pomaga (to przecież niemożliwe, że po prostu ma dobre serce i nie chce, żeby dziewczę umarło...) i nic więcej nikogo nie interesuje. Skoro on ją kocha, to ona jego automatycznie też, a jak!
A po czwarte, szkoda, że Disney nie zrobił wyjątku i znów musiał wprowadzić do bajki czarny charakter. Miałam nadzieję, że ten jeden raz zamiast jasnego podziału na dobro i zło dostaniemy ludzi, którzy nie potrafią się wzajemnie porozumieć i z tego wynikają ich późniejsze kłopoty. Była na to spora szansa i szkoda, że jej nie wykorzystano.

Cały ten wątek romantyczny zepsuł mi odbiór filmu - i to przez niego film dostał tylko 7 gwiazdek. Nie zmienia to faktu, że podobało mi się bardzo.

A na koniec trochę muzyki - jak może jej zabraknąć przy wpisie o musicalu?







Widzieliście któryś z tych pięciu filmów? Podobały Wam się?

Do usłyszenia w poniedziałek!

niedziela, 13 kwietnia 2014

Co słonko widziało #2

Moja świeżo odkryta pasja filmoznawcza nadal ma się dobrze. Oglądam sporo, co wcale niekoniecznie musi być zaletą - bardzo chciałabym napisać o każdym z filmów chociaż parę zdań, a w takim tempie szybko robią mi się zaległości. Najstarszy z dzisiejszych obrazów oglądałam 22 marca! Marzą mi się podsumowania tygodniowe, które byłyby o wiele łatwiejsze do ogarnięcia - i mam nadzieję, że niedługo uda mi się "nadgonić materiał" na tyle, żeby rzeczywiście móc to małe marzenie zrealizować.

Póki co czas na ostatni łyk ciepłego kakao (u Was też zrobiło się tak chłodno?) i filmowe podsumowanie minionych trzech tygodni :).

1. No (2012) - 7/10

Natknęłam się na ten film już parę miesięcy temu - był wyświetlany w jakimś lokalnym kinie studenckim. Prawie zdecydowaliśmy się tam pójść, ale, na szczęście, w porę zdałam sobie sprawę z tego, że hiszpański + niemieckie napisy to chyba wciąż trochę za dużo jak na moje możliwości. Zanotowałam sobie w głowie tytuł i odłożyłam na półkę "do obejrzenia później". O dziwo, tym razem pół-mityczne "później" rzeczywiście nadeszło. 

No dotyczy (nawiązuje do?) rzeczywistych wydarzeń: rozpisanego pod presją opinii międzynarodowej plebiscytu, w którym Chilijczycy mogli opowiedzieć się za lub przeciw dyktaturze Pinocheta. Referendum poprzedza kilkudziesięciodniowa kampania wyborcza. Obie frakcje - "Si" i "No" - otrzymują 15 minut czasu antenowego dziennie na przekonanie obywateli do swoich racji. Obóz przeciwny Pinochetowi - grupa "No" - zatrudnia młodego, zdolnego i cenionego eksperta od reklamy, René Saavedrę (Gael García Bernal), który ma pomóc im... No właśnie, w czym? Już tu zaczynają się problemy. Obóz "No" zupełnie nie wierzy bowiem w swoje zwycięstwo - jeden z bohaterów stwierdza na początku filmu, że "najstraszniejsze jest to, że on [Pinochet] mógłby wygrać nawet nie oszukując". Opozycjoniści chcą przede wszystkim wykorzystać swój czas antenowy w celu uświadomienia obywatelom, jakich zbrodni dopuszcza się rząd. Z kolei Saavedra, na co dzień zajmujący się tworzeniem reklamowej papki i wciskaniem ludziom tego, co akurat polecono mu im wcisnąć, traktuje referendum jak kolejny produkt. Ma być miło, kolorowo, budzić pozytywne skojarzenia, a w efekcie - sprzedać się. Jego projekt kampanii, której naczelnym hasłem ma być "radość", niektórzy z opozycjonistów odbierają wręcz jako obraźliwy.

No byłoby ciekawe nawet tylko jako film historyczny. O Chile nie wiem absolutnie nic, Pinochet co najwyżej kiedyś obił mi się o uszy i nigdy nie zastanawiałam się nad tym, jak właściwie obalono jego dyktaturę. Warto obejrzeć ten film choćby dla samych walorów edukacyjnych. A jednocześnie nie jest to nudna, uładzona historia o walce z reżimem, którą można by usypiać uczniów na lekcjach historii. Na pierwszym miejscu jest tu nawet nie Saavedra, ale... sama kampania. Marketingowe przepychanki między oboma obozami, próby manipulowania widzami, zderzenie światopoglądów Saavedry i jego współpracowników. To ostatnie zaciekawiło mnie chyba najbardziej. Politycy nie potrafią zrozumieć chłodnego podejścia Saavedry, jego kategorycznego odrzucania ich konkretnego, uświadamiającego projektu i zastąpienia go "reklamą Coca-Coli"; on z kolei nie rozumie ich sprzeciwu wobec radosnego projektu, który ma być przecież przepustką do zwycięstwa w referendum. 

(Dodam od siebie, że w tym konflikcie opowiadam się raczej po stronie polityków - niekonkretny, "coca-colowy" styl Saavedry jest dziś wszechobecny w spotach wyborczych i mocno irytuje człowieka, który, dla odmiany, chciałby zagłosować na ludzi, z których poglądami się zgadza, a nie na tych, którzy nakręcili najlepszy filmik...)

Ciekawa jestem, jak rzeczywiście wyglądały spoty reklamowe w tamtej kampanii. Czy użyto w filmie autentycznych materiałów? Jestem skłonna w to uwierzyć. Cały film stylizowany jest na VHS, co tym bardziej dodaje mu autentyzmu.

A Gael García Bernal jest naprawdę dobrym aktorem. Kolejny z filmów tylko mnie w tym przekonaniu utwierdził.


2. Miasto ślepców // Blindness (2008) - 7/10

Dziwi mnie nieco tytuł tego filmu - dlaczego miasto? Przecież nie chodzi tu tylko o nie, a o całą ludzkość, która pada ofiarą epidemii ślepoty. Tajemniczej, groźnej i - z medycznego punktu widzenia - zupełnie niezrozumiałej. Zaczyna się od pewnego Japończyka, który nagle zaczyna widzieć wokół siebie jedynie biel. Jego ślepota rozprzestrzenia się niczym wirus; dotyka ludzi, którzy próbowali mu pomóc, jego żonę, lekarza. Każdy z nich przekazuje "wirusa" swoim partnerom, przyjaciołom, pacjentom... W końcu rząd postanawia umieścić zakażonych w odizolowanym budynku. Początkowo jest to niewielka grupka ludzi, zaopatrywanych wprawdzie w żywność, ale poza tym zdanych zupełnie na samych siebie. Z czasem do "szpitala" trafia coraz więcej osób, a ekstremalna sytuacja, w jakiej się znaleźli, wyzwala w części z nich pierwotne instynkty...

To ciężki film. Intrygujący, przykuwający uwagę, ale trudny do zinterpretowania. Z jednej strony mamy piękne zdjęcia, przesycone bielą (właśnie: ślepota nie jako czerń, ale jako biel; zamiast zamknięcia "kanałów" - kontaktu z rzeczywistością, światem, prawdą? - mamy tu ich maksymalne otwarcie, przez co bohaterowie nie widzą niczego poza światłem...). Mamy motywy głębokich przyjaźni, zadzierzgniętych przez ludzi, którzy w normalnym świecie - ze względu na rasę, wiek, pozycję społeczną - nigdy nie zwróciliby na siebie uwagi. Przychodzi mi więc do głowy oczywista interpretacja tytułowej ślepoty jako swego rodzaju lekcji (notabene, główna bohaterka - postać w założeniu niewątpliwie pozytywna - jako jedyna jest na wirusa uodporniona; może nie choruje, bo nie musi?). Ale jednocześnie mamy też ludzi, dla których nie jest to żadna "lekcja", w których pod wpływem nowej sytuacji budzą się najniższe, prymitywne odruchy. Pojawia się głód, brud (jakże kontrastujący z tą sterylną bielą!), choroby i bezradność, a później także okrucieństwo, represje, eskalacja przemocy. Dodając do tego wyznanie samego Jose Saramago (autora powieści Miasto ślepców), który porównał utratę wzroku bohaterów do utraty rozumu, zupełnie nie wiem już, jak mam ten film interpretować. Może lektura powieści naprowadzi mnie na jakiś trop...

Dzięki Miastu ślepców pierwszy raz zobaczyłam Gaela Garcię Bernala w roli czarnego charakteru. Nie dziwię się, że ludzie, którzy poznali tego aktora właśnie jako króla trzeciego oddziału, mogą mieć do niego trwały uraz. Przerażająca rola.

Swoją drogą, wiąże się z tym filmem mała zagadka. W wersji, którą oglądałam, w ogóle nie ma ostatniego monologu narratora - tego, który kończy się słowami 'I'm getting blind, she thought'. Szukałam jakichś informacji na ten temat, ale niczego nie znalazłam. Może ktoś z Was wie, o co tu chodzi? Alternatywne zakończenie? Wersja reżyserska? Nie zauważyłam w filmie żadnych braków, wszystko było w pełni spójne...


3. Pociąg do Darjeeling // The Darjeeling Limited (2007) - 7/10

Tym razem film z zupełnie innej beczki. Wes Anderson - to mówi samo za siebie. Pokochałam jego Moonrise Kingdom i z chęcią zasiadłam do oglądania Pociągu do Darjeeling, który jest chyba jego najbardziej sztandarowym dziełem. Spodziewałam się Indii, kolorów, przygód i absurdalnego poczucia humoru. Wszystko to dostałam - i choć nie jestem Pociągiem... zachwycona tak, jak swego czasu Kochankami z Księżyca, to i tak seans wspominam bardzo miło.

Bohaterami Pociągu do Darjeeling jest trójka braci, pragnących odwiedzić matkę, z którą jakiś czas temu stracili kontakt - również (czy raczej: przede wszystkim) emocjonalny. Jako że matka zaszyła się w klasztorze na północy Indii, bracia wsiadają w niezwykły, tytułowy pociąg i ruszają w egzotyczną podróż. Każdy z nich jest inny i, na swój sposób, zabawny. Najmłodszy z braci nieustannie przygnębiony jest ciążą swojej żony - zawsze sądził bowiem, że kiedyś się rozwiedzie. Średni dochodzi do siebie po zerwaniu z dziewczyną i pisze uszczypliwe powieści, w których wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest absolutnie przypadkowe. Najstarszy dochodzi do siebie po wypadku, który skończył się o wiele mniej tragicznie niż mógł. To cudowne ocalenie sprawiło, że postanowił nadać swojemu życiu więcej duchowej głębi. Zaplanował więc dokładnie cały harmonogram pobytu w Indiach, ze szczególnym uwzględnieniem odwiedzenia wszystkich świętych miejsc, aby zadbać o rozwój duchowy całej ich trójki.

Lubię Andersona za dostrzeganie absurdów codzienności. Za to, że u niego wszystko może się zdarzyć, a jego bohaterowie są trochę jak dzieci, których nic nie dziwi. Za te tylko lekko przerysowane portrety psychologiczne. Najstarszy z braci szczególnie przypadł mi do gustu; jest żywą parodią wszystkich tych turystów z Zachodu, którzy udają się do Indii w poszukiwaniu oświecenia i duchowych doznań, co po niedawnej lekturze Alfabetu zakochanego w Indiach było dość odświeżającym przeżyciem.

Lubię Andersona też za to, że nie ze wszystkiego się śmieje. Pod tym wariactwem kryje się tu i ówdzie odrobina smutku. I reżyser dobrze wie, kiedy przyhamować ten szalony, rozpędzony pociąg.


4. Walka żywiołów // The Squid and the Whale (2005) - 7/10

Walkę żywiołów zaproponował mój mąż, twierdząc, że to kolejny film Wesa Andersona. Ostatecznie okazało się wprawdzie, że Anderson był w tym przypadku tylko producentem, ale dzięki tej małej pomyłce mieliśmy okazję obejrzeć kolejny dobry film, o którym wcześniej nawet nie słyszeliśmy. A przynajmniej ja nie słyszałam.

The Squid and the Whale (nie wiem, skąd wziął się polski tytuł...) to film o emocjach. O tragedii tak już w dzisiejszych czasach częstej, wręcz normalnej, że mało kto zastanawia się już nad jej wpływem na ludzkie życie: o rozwodzie. W tym przypadku para, która postanawia się rozstać, ma dwóch synów: wciąż małego, dziecinnego Franka, który przywiązany jest przede wszystkim do mamy i nastoletniego, zapatrzonego w ojca Walta. Obaj na swój sposób (nie) radzą sobie z nową sytuacją. Każdy z nich, bardziej lub mniej mimowolnie, obwinia o rozwód mniej lubianego rodzica i męczy się, kiedy jest zmuszony spędzać z nim wyznaczony czas.

Dla mnie najciekawszy w tym filmie był motyw wpływu, jaki rodzice wywierają na swoje dzieci. Nieraz destrukcyjnego, ograniczającego, ogłupiającego wręcz. Nastoletni Walt (bardzo dobra rolla Jessego Eisenberga!) do tego stopnia polega na zdaniu ojca, że zupełnie przestaje samodzielnie myśleć. A ojciec - zapatrzony w siebie, domorosły pisarz, obrażony na świat, który nie poznał się na jego domniemanym geniuszu - nie tylko nie próbuje tego procesu zatrzymać, ale wręcz jest zadowolony, że syn do tego stopnia go podziwia. Walt wyrasta więc na małoletniego pozera, rzucającego od niechcenia nazwiskami znanych pisarzy, wygłaszającego sądy na temat ich dzieł, których... nigdy nie przeczytał. Jest w zasadzie odpowiednikiem swojej partnerki z Zakochanych w Rzymie - tyle tylko, że pseudo-oczytanie Monici było zabawne, a tu jest raczej tragiczne.

Jednocześnie - za co reżyserowi dziękuję - film nie jest szczególnie przygnębiający. Refleksyjny i owszem - ale bez nadmiaru smutku, a czasem nawet z całkiem zabawnymi wstawkami.


5. Duchy Goi // Goya's Ghosts (2006) - 8/10

Film o malarstwie, inkwizycji i rewolucji francuskiej. O okrucieństwie, fanatyzmie i oportunizmie. A także o malarzu i o pewnej kobiecie, na której życiu Wielka Historia odcisnęła wielkie piętno.

Cykl grafik Goi Gdy rozum śpi, budzą się upiory nie przypada do gustu świętej inkwizycji. Jeden z kapłanów, brat Lorenzo, występuje jednak w obronie artysty, kierując gniew współbraci na modelki malarza - w jego mniemaniu kurtyzany i prostytutki. Po krótkim czasie kapłani aresztują jedną z nich, widząc, że odmawia jedzenia wieprzowiny. Torturowana dziewczyna przyznaje się do praktykowania judaizmu i zostaje wtrącona do lochów inkwizycji, gdzie czeka na proces. Zrozpaczona rodzina staje na głowie, by odzyskać córkę - posuwa się nawet do "przesłuchania" brata Lorenzo i audiencji u króla. Tymczasem w sąsiedniej Francji rozjuszony lud przejmuje władzę w państwie i wkrótce postanawia podzielić się szlachetnymi ideami rewolucji z innymi uciśnionymi narodami...

Uderzyło mnie w tym filmie podobieństwo obu idei: inkwizycji i rewolucji. Coś, co w założeniu ma wypływać ze szlachetnych pobudek, coś wymyślonego ponoć dla dobra ludzkości - okazuje się terrorem, metodą ucisku, zastraszania i demonstrowania swojej władzy. Zupełnie nie rozumiem, jak ludzie, którzy nie zauważyli w Duchach Goi krytyki rewolucji, oglądali ten film. Czy scena, w której narrator-Goya mówi o żołnierzach, którzy "przynieśli nam wielkie idee rewolucji: wolność... równość... i braterstwo", a na ekranie widać przewalające się trupy, jest zbyt mało dosłowna? To nie jest film potępiający w czambuł religię, a gloryfikujący świecką władzę, która się jej pozbyła. To film o mrocznej stronie człowieczeństwa, o ludziach, którzy, usprawiedliwiając się jakąkolwiek ideą posuwają się do wielkich okrucieństw. Nie wiem, jak ten fakt mógł komukolwiek umknąć, zwłaszcza wobec takiego a nie innego poprowadzenia postaci brata Lorenzo.

Dzięki Duchom Goi odzyskałam wiarę w Natalie Portman. Dawno nie widziałam równie dobrego filmu z jej udziałem (co do Czarnego łabędzia mam mieszane odczucia, związane z całym tym oscarowym skandalem...). Nie dość, że wypadła bardzo wiarygodnie jako Ines - a bycie tą Ines, która po latach wychodzi na wolność, nie mogło być proste... - to jeszcze wystąpiła w podwójnej roli. Jako Alicia zachwyca już mniej, bo też i o wiele mniej miała tam do zagrania, ale udało jej się rozdzielić te dwie postacie. Javier Bardem jest równie dobry, chociaż to akurat niespecjalnie mnie zaskoczyło - to zapewne wątpliwy komplement, ale ten człowiek jest stworzony do ról psychopatów. O ironio, z trójki głównych bohaterów najsłabiej pamiętam samego Goyę...

***

Na dzisiaj chyba wystarczy. Nie nadgoniłam, oczywiście. Trzymajcie kciuki, żeby w przyszłym tygodniu mi się udało :).

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Jean-Claude Carriere, "Alfabet zakochanego w Indiach"

3/6

Dwa polana płyną po oceanie, spotykają się
i od razu rozchodzą w dwie strony.
Tak samo twoja matka i ty, twój brat i ty,
twoja żona i ty, twój syn i ty.
Mówisz do nich: żono, ojcze, przyjacielu,
a przecież tylko spotkałeś ich w drodze.
Ten świat się obraca jak koło,
to przechód w wielkim oceanie czasu,
w którym krążą dwa rekiny, starość i śmierć.
Nic nie trwa, nawet twoje ciało.
Rozkosz, ból - wszystko jest nadane.
Nic nie pozostaje, nic nie powraca.
Masz, czego pragniesz,
masz, czego nie pragniesz,
a nikt nie wie dlaczego.
Nic nie zapewni szczęścia człowiekowi.
Gdzie jestem? Dokąd pójdę? Kim jestem? Dlaczego?
I nad czym miałbym płakać?
Nie chciałabym skrzywdzić tej książki. Pewnie są ludzie, dla których była pasjonującą lekturą, którzy wiele z niej wyciągnęli i potrafili docenić jej zalety. I bardzo dobrze, niech doceniają - ale ja nie potrafię. Alfabet zakochanego w Indiach mnie rozczarował, znudził i okropnie zmęczył. Nie pamiętam, kiedy ostatnio jakąkolwiek książkę czytało mi się tak źle, wolno, ewidentnie na siłę. Męczy mnie nawet samo myślenie o niej i przypominanie sobie, co dokładnie mam jej do zarzucenia. Nie lubię pisać takich "marudnych" postów, ale w tym przypadku nie potrafię inaczej...

Problem z Alfabetem zakochanego w Indiach zaczyna się już przy widniejącym na okładce tytule, niezbyt przystającym do tego, co dostajemy w środku. Autor jest bowiem zakochany nie tyle w Indiach, co w Mahabharacie. O tym, że ten starożytny epos był dla niego kluczem do poznawania Indii, pisze zresztą wprost, na samym początku książki. Na początku zaintrygowało mnie to i potraktowałam to jako zaletę; uznałam, że w parze ze znajomością Mahabharaty idzie też zrozumienie mitologii i źródeł tradycji, a to z kolei powinno przełożyć się na głębsze zrozumienie dzisiejszych Indii, wszelkich "dziwnych" zachowań, które dla przeciętnego nie-Hindusa są wciąż niepojęte. Niestety, już po pierwszych kilku literach alfabetu zrozumiałam, że mogę pożegnać się z nadziejami na jakikolwiek pogłębiony obraz Indii. Mahabharata przysłoniła autorowi rzeczywistość - do tego stopnia, że tych "dzisiejszych Indii" prawie w tej książce nie ma.

Rozumiem, że można być zafascynowanym religią - nic mi do tego. Ale jeżeli pisze się książkę o Indiach, to wypadałoby jednak napisać o czymś więcej niż o Mahabharacie i hinduistycznych bogach. Tymczasem autor wciska tematy religijne absolutnie wszędzie, niezależnie od tematu, który niby miał właśnie poruszać. Wyobraźcie sobie książkę o Polsce, w której 90% tematów miałoby ścisły związek z Biblią, a otrzymacie dość dobry obraz tego, czego możecie spodziewać się po Alfabecie...

Resztki cierpliwości straciłam przy haśle "Japończyk Jednodniowy", które - po jednym akapicie rzeczywiście przystającym do tematu - nagle zmieniło się w krótki wykład o buddyzmie. I o jego wyższości nad chrześcijaństwem, rzecz jasna. To kolejna sprawa, która mnie w tej książce raziła: niech sobie autor nie lubi chrześcijaństwa, jego sprawa; niech napisze o tym książkę, jeśli tak go ta niechęć męczy; ale po co umieszczać te wywody w książce na zupełnie inny (w założeniu) temat? Żeby to jeszcze było chrześcijaństwo w Indiach czy wpływ chrześcijaństwa na historię Indii - ale nie, nic z tych rzeczy. Dostajemy tu tylko ogólne przemyślenia na temat "bałwanów" (gdzie autor najpierw krytykuje deprecjonowanie cudzych wierzeń, a na koniec uznaje religie monoteistyczne za gorsze od politeistycznych) czy równie ogólne informacje o nieufności, z jaką Francuzi (Europejscy. Z Francji.) podchodzili do buddyzmu. Ani to odkrywcze, ani szczególnie głębokie, a przede wszystkim - gdzie w tym wszystkim Indie?

We wstępie autor informuje czytelnika, że starał się, żeby jego miłość do Indii nie była ślepa - ale dokładnie taka jest. Nie ma tu informacji o problemach społecznych, o niesprawiedliwościach; autor ledwie ociera się o gorsze strony Indii, by szybko skupić się na rzeczach przyjemniejszych. Hasło "Kobieta", po którym obiecywałam sobie trochę więcej niż po pozostałych (i które sromotnie mnie rozczarowało) jest dobrym przykładem sposobu pisania i rozumowania autora. Zaczyna on (niespodzianka!) od hinduistycznej mitologii i podkreślenia (kolejna niespodzianka!) jej wyższości nad mitem o Adamie i Ewie. Następnie przyznaje ze smutkiem, że sytuacja kobiet w Indiach jest o wiele gorsza, niż wynikałoby to z Mahabharaty, wspomina o złej sytuacji wdów i problemie wiana. Sati, czyli tradycja (samo)spalania wdów, jest już w jego oczach dobrowolnym bohaterstwem. Hasło kończy się radosną anegdotką na temat "piękna starych kobiet" i zwyczaju Hindusów określania tylko ich mianem beautiful. I to wszystko. Żadnej głębszej analizy, dokładniejszego przedstawienia problemów (choćby tych dwóch, o których wspomniano). Ślizganie się po powierzchni... I tak, niestety, wygląda to w przypadku większości haseł.

Nie polubiłam autora.  Bardzo go nie polubiłam. Wydał mi się nadęty, uduchowiony na siłę, dumny ze swojej domniemanej oryginalności. Popularne wśród turystów miejsca mu nie odpowiadają, a większość haseł dotyczących zwiedzania zawiera w sobie opisy w rodzaju: przyjeżdżam tam wczesnym rankiem albo późnym wieczorem, kiedy nie ma jeszcze takich tłumów, siadam na trawie, chłonę ten klimat, nie spieszę się, chodzę bez celu uliczkami, omijając z daleka utarte turystyczne szlaki. Wszystko to brzmi niby rozsądnie, ale przedstawione jest w taki sposób, jakby autor sam nie mógł wyjść z podziwu nad tym, jaki jest wspaniały.

Nie bardzo wiem, z myślą o kim pisana była ta książka. Dla ludzi, którzy trochę już o Indiach wiedzą, będzie zapewne wtórna i jeszcze nudniejsza, niż dla mnie. Dla laików - takich jak ja - jest zbyt chaotyczna. Autor pisze o tak wielu różnych miejscach, że ciężko zapamiętać nawet same nazwy, nie mówiąc już o połączeniu ich w głowie z opisami. Sporą winę za ten stan rzeczy ponosi też wydawca. Dlaczego w publikacji nie ma ani jednego zdjęcia? Dlaczego przy hasłach dotyczących konkretnych miejsc nie umieszczono miniaturowych mapek z ich zaznaczoną lokalizacją? Dlaczego jedyna mapa - ta ze strony 4. - jest angielska, tzn. pisownia różni się od tej przyjętej w książce? Dlaczego nawet na niej nie oznaczono wszystkich miejsc, o których pisze autor?

Podobnie niedbale potraktował wydawca obowiązek korekty tekstu. Zwykle podchodzę do takich błędów z wyrozumiałością, każdemu może przecież coś umknąć - ale w tym przypadku niechlujstwo językowe od początku aż rzucało mi się w oczy. Tylko na ostatnich czternastu (!) stronach natknęłam się na potworki w rodzaju:
Zdawało się, że śmierć znosi wszystkie nasze problemy. Okazuje się, że wcale
(...) turystyka przyczyniła się do uratowania niektórych dziedzin rzemiosła, jak wyrób przedmiotów z brązu, srebra, lokalne garncarstwo, tak zwanej sztuki ludowej.
No i zapis japońskich nazwisk - w Alfabecie... występuje niejaki Toszi Tsuszitori. Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać; wydawco, ja tylko żartowałam z tym Szoheiem Toczimoto...

Jedno muszę autorowi oddać - na Mahabharacie i hinduskiej mitologii rzeczywiście się zna. A w każdym razie wie o niej dużo więcej niż ja. I gdyby ta książka nazywała się Alfabet zakochanego w Mahabharacie, gdybym sięgnęła po nią z rozmysłem, mając ochotę dowiedzieć się czegoś o hinduizmie, to może i moja ocena byłaby inna. A może nie. Może te pseudo-uduchowione wstawki nadal by mnie zniechęcały.

W każdym razie - jest jak jest. Co najwyżej przeciętnie. Sama mogłabym napisać taką książkę o Japonii, ale wstyd by mi było.
Po Alfabet zakochanego w Meksyku zapewne nigdy nie sięgnę.
Related Posts with Thumbnails