czwartek, 27 lutego 2014

Oscarowe odliczanie: Nebraska

 
8+/10

Gdyby nie nominacja do Oscara, zapewne nigdy bym Nebraski nie obejrzała. Stylizacja na stare kino nie robi na mnie wrażenia (co najwyżej negatywne - jako próba przebrania zwyczajnego filmu za arcydzieło...), więc szarość zdjęć i ponury, czarno-biały plakat tylko mnie zniechęcały. Do tego dochodził wyświechtany i bardzo przez mnie nielubiany motyw alkoholizmu, widniejący w filmwebowym opisie filmu. Spodziewałam się więc ciężkiego, depresyjnego, męczącego kina. A tymczasem Nebraska tak miło mnie zaskoczyła! Podczas seansu śmiałam się więcej razy, niż przy pozostałych "oscarowych" filmach razem wziętych; żaden z pozostałych obrazów nie miał też w sobie tyle uroku, dobrodusznego kpiarstwa i wyrozumiałości dla swoich bohaterów. W Nebrasce jest przede wszystkim dużo uniwersalnej, życiowej prawdy. I to, że godzinę temu nie wiedziałam nawet, gdzie dokładnie leży Nebraska, nijak nie przeszkadzało mi w odbiorze tego filmu.

Dostaliście kiedyś list od wydawnictwa, w którym próbowano naciągnąć Was na prenumeratę cyklu X, wmawiając Wam jednocześnie, że wygraliście wielką sumę pieniędzy? Musicie tylko zaprenumerować X, a otrzymacie Waszą nagrodę... Ja w każdym razie pamiętam, że swego czasu moja babcia regularnie zostawała milionerką. Taki właśnie list otrzymuje też główny bohater Nebraski, Woody Grant (Bruce Dern). W przeciwieństwie do mojej babci, Woody nie wyrzuca listu do śmieci - ba, jest święcie przekonany, że właśnie został milionerem. A że nie ufa poczcie (w końcu chodzi o milion dolarów!), postanawia osobiście udać się do siedziby firmy, która wysłała do niego list. Do Nebraski. Dwa stany dalej.
Zapędy ojca próbuje ostudzić jego rozsądny syn, David (Will Forte). Po kolejnej ucieczce ojca z domu daje jednak za wygraną i postanawia... Sam zawieźć go do Nebraski. Matka (June Squibb) burzy się przeciw tej jawnej niesprawiedliwości (ona też chciałaby gdzieś pojechać, odwiedzić swoją siostrę, ale nikt jej nigdy do niej nie zawiezie!), starszy brat (Bob Odenkirk) uznaje Davida za wariata. Ale mężczyzna nie rezygnuje i wkrótce wraz z ojcem wyrusza w drogę...

Najpiękniejsze w tym filmie są portrety bohaterów. Nie są idealni, o nie. Woody nie stroni od alkoholu, nie jest wymarzonym partnerem ani ojcem, niewiele mówi, jest uparty i momentami sprawia wrażenie, jakby żył w swoim własnym świecie. Starszy z braci, Ross, jawi się na początku jako przemądrzały, pewny siebie typek. Matka, Kate, jest złośliwa, kłótliwa, marudna i zdaje się nienawidzić wszystkiego i wszystkich. Chyba tylko David nie ma jakiś szczególnie negatywnych cech charakteru. Jest, przede wszystkim, pełen zrozumienia, a przynajmniej chęci zrozumienia. Nie ma do ojca żalu, nie skreśla go - za to dużo pyta i stara się zrozumieć jego motywy. W dużej mierze to dzięki niemu widz czuje sympatię do Woody'ego. Ale pewnie stałoby się tak nawet bez jego pośrednictwa - bo tej czwórki, po prostu, nie da się nie lubić. Pod swoimi drobnymi przywarami skrywają prawdziwie rodzinną więź i nawet jędzowata Kate okazuje się darzyć męża dużo głębszym uczuciem, niż wskazywałyby na to jej słowa.

Lubię ten film za humor - nienachalny, mało widowiskowy i cudowny w swojej zwyczajności. Absurdy codzienności. Kto z nas nigdy nie słyszał rozmów młodocianych kierowców o tym, kto szybciej przejechał tę samą trasę? Kto nie widział zjazdów rodzinnych, na których wszyscy, zamiast rozmawiać, wpatrują się w telewizor? Kto nie musiał spędzać czasu w towarzystwie, w którym czuł się jak piąte koło u wozu? Miny Davida w tych scenach są bezcenne... Kto nie usiłował wytłumaczyć czegoś starszemu człowiekowi, który i tak wiedział swoje i ani myślał słuchać takiego gówniarza? Momentami reżyser idzie o krok dalej, sięgając po absurdy mniej codzienne. Scena kradzieży kompresora powietrza (i następujący po niej dialog w samochodzie!) to, mimo wykroczenia poza tę "zwyczajność" (a może właśnie dzięki temu?) jeden z moich ulubionych fragmentów Nebraski.

Bezcenna mina Davida (pierwszy z prawej)
Ale bywa też poważniej. Mimo tej wesołej otoczki jest w Nebrasce również sporo nostalgii za minionym czasem, jest ludzki materializm i zawiść, są krewni i "przyjaciele", którzy jak sępy rzucają się na Woody'ego, kiedy tylko dowiadują się o jego nagrodzie. Jest też smutna refleksja nad zakłamaniem dzisiejszego społeczeństwa, uderzająca najbardziej w jednych z ostatnich scen filmu:
 - Czy pański ojciec ma Alzheimera albo coś w tym rodzaju...?
 - Nie. On po prostu wierzy w to, co ludzie mu mówią.
 - Och, to niedobrze.
 - Wiem.
Aktorstwo w Nebrasce jest troszkę nierówne. Bywa bardzo dobrze, jak w przypadku dwójki głównych bohaterów. Bywa też nieco sztucznie (tu szczególnie kłuł mnie w oczy Bob Odenkirk, zwłaszcza na samym początku - nie wiem tylko, czy to wina aktora, czy dość topornych kwestii, które musiał wygłosić...). Muzyka jest z kolei przepiękna - lekki, przyjemny, wpadający w ucho motyw country, idealnie pasujący zarówno do miejsca akcji, jak i do motywu drogi samego w sobie. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie wyróżniono go chociażby nominacją do Oscara. 
No i to, o co mam do tego filmu największy żal: zdjęcia. Dlaczego tylko szarość? Szkoda mi tego, strasznie szkoda. Może i reżyser musiał pozbawić ten film koloru, może rzeczywiście coś to dało, pozwoliło mi nie rozpraszać się nadmiarem bodźców, ale... Nie mogę przeboleć wszystkich tych scen "w drodze", z ich otwartymi przestrzeniami, chmurami i światłocieniem. Zasługiwały na więcej niż skala szarości. I przykro mi, że nie dane było mi zobaczyć ich w pełnej krasie.

Absolutnie nie wierzę w Oscara dla Nebraski. To nie jest film konkursowy. Za zwyczajny, za mało efektowny, zbyt prosty. Nie zmienia to faktu, że jestem nim całkowicie oczarowana i - o ile Tajemnica Filomeny nie okaże się nieoczekiwanym arcydziełem - na 99% przyznam mu mojego własnego, prywatnego Oscara. A póki co mogę być wdzięczna Akademii za przedstawienie mi Alexandre Payne'a - bo mam jakieś niejasne przeczucie, że na Nebrasce nasza znajomość się nie zakończy...

wtorek, 25 lutego 2014

Oscarowe odliczanie: American Hustle

7/10

Już kilka tygodni temu miałam ochotę obejrzeć American Hustle, ale mój chłopak uznał wtedy, że nie zmęczy kolejnego Wilka z Wall Street z rzędu. Odłożyliśmy więc seans na "później" - czyli na moment, w którym oboje ochłoniemy już od przekrętów, aroganckich nowobogackich i całego tego ostentacyjnego kiczu. Niepotrzebnie się baliśmy. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, American Hustle to nie "Wilk z Wall Street, którego możecie pokazać babci". To bardzo przyjemny, wysmakowany film, utrzymany (przynajmniej miejscami) w stylistyce retro, z nastrojową muzyką, nutką zadumy w narracji i pełnokrwistymi, wielowymiarowymi bohaterami. Same przekręty zaś (niezależnie od tego, czy to celowy zabieg reżysera, czy też przypadkiem tak mu to wyszło...) stanowią jedynie tło, pretekst do opowiedzenia całej historii.

Główni bohaterowie American Hustle - Irving (Christian Bale) i Sydney (Amy Adams) - spotykają się na przyjęciu u znajomego. On prowadzi pralnię i, od czasu do czasu, wyłudza od ludzi pieniądze, których nie ma najmniejszego zamiaru oddawać. Ona ledwie wiąże koniec z końcem, pracuje jako striptizerka i marzy, żeby być kimkolwiek innym, niż w rzeczywistości jest. Jest atrakcyjna i zagubiona. On z kolei do najprzystojniejszych mężczyzn świata nie należy, ale roztacza wokół siebie aurę sukcesu i pewności siebie, której dziewczynie tak brakuje. Szybko rodzi się między nimi uczucie - wyjątkowo romantyczne jak na warunki, w jakich oboje się znajdują. Nie przeszkadza im to jednak rozpocząć wspólnego "interesu", czyli zorganizowanego wyłudzania pieniędzy, które obiecują cudownie rozmnożyć dzięki znajomościom w angielskich bankach. Sydney staje się brytyjską Lady Edith, a jej urok sprawia, że "biznes" Irvinga rozkwita.

Na tym idealnym, romantycznym obrazku szybko pojawiają się rysy. Pierwszą z nich jest nieoczekiwana wiadomość o żonie i synku Irvinga. Rosalyn (Jennifer Lawrence), nie chcąc zrywać z rodzinną tradycją udanych małżeństw, nie zgadza się na rozwód, a wszelkie rozmowy na ten temat ucina groźbą odebrania mężowi dziecka. Romans Irvinga z Sydney również przechodzi ciężką próbę, kiedy dziewczyna zostaje aresztowana przez ambitnego funkcjonariusza FBI, Richiego DiMaso (Bradley Cooper). Mężczyzna stawia zakochanemu Irvingowi ultimatum: albo oboje zgodzą się z nim współpracować i pomóc w aresztowaniu skorumpowanych polityków, albo Sydney zostaną postawione zarzuty. Chcąc nie chcąc, bohaterowie przechodzą na stronę niedawnego wroga...

Historia opowiedziana w American Hustle w pewnym sensie stoi na głowie - bo sympatię widza wzbudzają zupełnie nie ci, którzy (teoretycznie) powinni. Trudno nie lubić szantażowanego Irvinga, przerażonego wizją negocjacji z legendarnym, bezwzględnym szefem mafii. Skorumpowany polityk (Jeremy Renner) okazuje się przesympatycznym człowiekiem, całym sercem oddanym swoim wyborcom, a wytrwały funkcjonariusz FBI - sfrustrowanym mężczyzną, którego szlachetne ideały przypominają raczej obsesję. Bardzo dobrze przedstawione są też stosunki panujące między bohaterami; w całym filmie nie ma chyba ani jednej pary (i nie chodzi mi bynajmniej o "parę" w znaczeniu romansowym), której relacje wydawałyby się papierowe, sztuczne albo potraktowane po macoszemu. To pełnokrwiści ludzie, z ich sympatiami i antypatiami, zaletami i przywarami.

Aktorstwo w filmie stoi - standardowo - na wysokim poziomie, chociaż ten wysyp nominacji trochę mnie dziwi. Ciężko mi wypowiedzieć się na temat Christiana Bale'a, którego prawie nie znam (wierzcie mi lub nie, ale widziałam go tylko w roli Johna Rolfa w przynudnawej Podróży do Nowej Ziemi) - zwłaszcza, że przez cały film walczyłam z poczuciem, iż mam przed oczami Bartosza Opanię (aka doktora Latoszka). Najbardziej utkwiła mi w pamięci jego... komiczna fryzura (vide jedna z pierwszych scen filmu). To samo tyczy się zresztą również cholerycznego Bradley'a Coopera, kręcącego włosy na wałkach. Oboje dobrze wpasowali się w swoje role, ale nie są to kreacje, którymi można by się zachwycić. Amy Adams jest przepiękna jako Sydney (duże zaskoczenie po Her, gdzie wyglądała na starzejącą się szarą myszkę; nie wierzcie plakatowi, przez większość filmu jest o wiele ładniejsza!), ale chyba trochę zbyt chłodna, opanowana i nieprzenikniona. Polubiłam ją bardzo na początku filmu, ale z czasem coraz ciężej było mi darzyć ją jakimikolwiek uczuciami.

Zdecydowanie najwięcej emocji wzbudziła we mnie Jennifer Lawrence. Jej Rosalyn inteligencją, trzeba przyznać, nie grzeszy, ale nijak nie odbiera to tej postaci tragizmu. Po początkowych scenach, kiedy to Irving usiłuje przekonać widza, że żona nie chce pozwolić mu na rozwód tylko przez swój ośli upór, stopniowo staje się jasne, że Rosalyn cierpi przez jego obojętność. Nie walczy o jakieś swoje wyimaginowane zasady - walczy o niego. Mimo że Irving chyba nie zdaje sobie z tego sprawy. Jest szalona i nieraz bezmyślna, ale chce po prostu być szczęśliwa. W rzeczywistości pewnie nie wytrzymałabym z nią pięciu minut, ale widząc ją na ekranie było mi jej po prostu przeraźliwie żal. Scena łazienkowej konfrontacji Rosalyn z Sydney - szczera i bolesna - jest dla mnie jednym z najlepszych fragmentów filmu. I tylko ciężko mi uwierzyć, że dwie tak piękne, młode kobiety mogą tak zaciekle walczyć ze sobą o względy łysiejącego Irvinga...
Lawrence idealnie oddała charakter swojej bohaterki. Aż żałuję, że dostała już Oscara rok temu, bo z chęcią przyznałabym jej go właśnie za Rosalyn - to lepsza i trudniejsza rola niż ta z Poradnika pozytywnego myślenia. Ale ciężko mi uwierzyć, że Akademia przyzna jej statuetkę drugi raz z rzędu - zresztą sama muszę przyznać, że byłoby to trochę nudne.
 
Utkwiła mi w pamięci również przyjemna dla ucha, nastrojowa muzyka. Nazw utworów, oczywiście, nie kojarzę, ale ładnie wpasowały się w klimat filmu - na tyle ładnie, że nawet zarejestrowałam ich istnienie. A to już bardzo dużo.

American Hustle spodobało mi się od pierwszej (dosłownie!) sceny - żartobliwego napisu 'Some of this really happened'. To dobry, przyjemny film; jego oglądanie nie boli, a przy odpowiednim nastawieniu może nas nawet wzbogacić o parę refleksji natury psychologicznej. I tylko jedno pytanie nie daje mi spokoju: 
 
Jak kończy się historia o łowieniu ryb w przerębli???

piątek, 21 lutego 2014

Oscarowe odliczanie: Ona // Her

7/10

Pisanie o Her przypomina mi trochę łapanie baniek mydlanych: bardzo staram się ująć moje myśli w jakąś zgrabną, spójną całość, "złapać" je, ale zupełnie mi to nie wychodzi. Może dlatego, że sam ten film jest poniekąd taką właśnie bańką. Jest bardzo delikatny, nieco oniryczny, przepełniony melancholią i oddziałujący na widza głównie poprzez swój klimat. Próby analizy odzierają go tylko z tego pół-baśniowego uroku. Ciężko mi samej - nawet na własny użytek - ustalić, co mnie w tym filmie oczarowało i czego właściwie mi w nim zabrakło. Jednego jestem pewna: przy całej swojej delikatności ta "bańka" nie wyparowuje widzowi z głowy pięć minut po seansie. 

Akcja filmu dzieje się w bliżej nieokreślonej przyszłości, ale - ku mojej wielkiej uldze - nie uświadczymy w Her typowych elementów kina science-fiction. Wątek futurystyczny został tu ograniczony do minimum i służy właściwie tylko temu, żeby cała przedstawiona w filmie historia miała szansę zaistnieć. Główny bohater, Theodore, (Joaquin Phoenix) związuje się bowiem ze swoim... systemem operacyjnym. Z tym, że nie jest to nasz skromny Windows, a rozbudowany twór o zaawansowanej sztucznej inteligencji, potrafiący gromadzić doświadczenia i samodzielnie się dzięki nim rozwijać, empatyczny, inteligentny, przyjaźnie nastawiony, a przede wszystkim: mówiący głosem Scarlett Johansson. Theodore jest oszołomiony naturalnością rozmów z "Samanthą" - bo takie imię wybiera sobie system - i szybko zapomina o tym, że ma do czynienia z maszyną. Zresztą - czy to ma jakieś znaczenie? Samantha, choć wirtualna, rzeczywiście jest dowcipna, empatyczna, inteligentna etc. Wydaje się być bratnią duszą Theodora. A wobec tego, czy fakt, że nie ma ciała, że jest poniekąd "uwięziona" w technologii, ma aż takie znaczenie? Jest ważniejsze od tego, że bohater na nowo odkrywa dzięki niej radość życia i uczy się śmiać?

Wszystkie te pytania sprowadzają się de facto do pytania o istotę człowieczeństwa, o to, co (albo czy coś w ogóle?) odróżnia nas od skomplikowanych komputerów. Rzecz jasna, raczej nie da się na nie odpowiedzieć po parosekundowym namyśle. Her zmusza więc widza do bezustannej pracy szarych komórek, ciągłego zastanawiania się i podawania własnych sądów w wątpliwość. Co myślę o tym, co właśnie widzę i dlaczego tak myślę? Może mam zbyt ograniczone horyzonty? A może przeciwnie, szybko dałam się omamić i uwierzyłam w iluzję? Ciężko tu dojść do ostatecznych wniosków...

Od tygodnia zastanawiam się, co właściwie nie do końca spodobało mi się w tym filmie. Może to kwestia tej niezmiennej melancholii, przesycającej każdą scenę, od pierwszej po ostatnią? Bohaterowie są przytłaczająco samotni, a jednocześnie przerażająco nieporadni w tej samotności. Zupełnie jakby zanikł u nich instynkt stadny, umiejętność nawiązywania więzi z innymi. OSy - czyli systemy operacyjne - zdają się być dla nich jedynym ratunkiem. Dają im szczęście - albo przynajmniej jego namiastkę. Ale nawet te szczęśliwe sceny są melancholijne, bo - nie oszukujmy się - związek człowieka z komputerem nie może skończyć się dobrze. Od początku wiadomo, że to rozwiązanie tymczasowe i zupełnie nieprzyszłościowe.

A może to raczej kwestia głównego bohatera, którego ni w ząb nie potrafię zrozumieć. Całe to jego brnięcie w "romans" z Samanthą było dla mnie od początku absurdalne i... tchórzliwe. Wygodniej jest kupić sobie system operacyjny, który - przynajmniej w momencie zakupu - jest przyjazny, inteligentny, współczujący, który potrafi wysłuchać, doradzić, segreguje i analizuje naszą pocztę, a w dodatku mówi seksownym głosem - niż starać się zbudować związek z kobietą, która przeżyła już sporo lat bez nas, ma swój bagaż doświadczeń, przyzwyczajeń, lęków, może nawet jakichś traum. Trzeba by się wysilić. Postarać się zrozumieć druga osobę. Poświęcić trochę (albo i dużo) czasu na wzajemne docieranie się. Po co się fatygować, skoro można kupić sobie Samanthę? Siedziałam więc sobie przed ekranem i śledziłam ten dziwny romans bez szczególnie ciepłych uczuć, zastanawiając się tylko, kiedy i dlaczego Theodore w końcu się obudzi.

Jako że głównymi bohaterami Her są Theodore i Samantha, a ona jest jedynie płynącym z komputera głosem, prawie cały film spoczął na barkach Joaquina Phoenixa. Należą mu się brawa, bo w pełni ten ciężar udźwignął. Ja sama uważam wprawdzie jego występ za "tylko" dobry, bo Theodore przez większość czasu ma klasyczną minę zbitego psa aka życiowej niedorajdy, która nie tylko mnie irytuje, ale też niespecjalnie pozwala aktorowi rozwinąć skrzydła, ale już mój chłopak bardziej docenił Joaquina i jest nieco niepocieszony brakiem nominacji dla niego za pierwszoplanową rolę męską. Reszty aktorów prawie nie ma, jedynie Amy Adams pojawia się na ekranie na dłużej niż kilka chwil.

Ach, i uwaga bez związku z czymkolwiek, ale muszę się nią podzielić: uwielbiam obie przedstawione w filmie gry! Szczególnie spodobała mi się ta bardziej współczesna, ze zbieraniem punktów supermamy - pomysł o tyle zabawny, co ironiczny. Gra Theodora raczej by mnie nie wciągnęła, ale nie obraziłabym się, gdybym kiedyś mogła coś takiego przetestować.

W pewien sposób Her kojarzy mi się z Once i Lost in Translation. Z Once zapewne przez cały ten spokojny, refleksyjny, dla niektórych pewnie zbyt powolny klimat i przez nieszablonową, romantyczną historię, stanowiącą główną oś fabuły. Z Lost in Translation - przez motyw samotności i Scarlett Johansson. Mam niejasne przeczucie, że fani obu tych tytułów na Her też się nie zawiodą.

środa, 19 lutego 2014

Oscarowe odliczanie: Dallas Buyers Club // Witaj w klubie

8/10

Dallas Buyers Club zaczęłam oglądać bez większego przekonania. Historia chorego na AIDS kowboja, który postanawia nie poddać się tak łatwo i za wszelką cenę ratować swoje życie - nie, nie brzmiało to szczególnie fascynująco. Pierwsze minuty filmu rzeczywiście mijały mi dość boleśnie. Główny bohater niesympatyczny, jego kumple nie lepsi, wokół bieda z nędzą, a w dodatku wszyscy mamroczą tak, że ciężko w ogóle ich zrozumieć... Ale, na szczęście, do czasu. W połowie filmu oczy świeciły mi się już blaskiem świeżo rozbudzonej nadziei na znalezienie wśród nominowanych tego jednego, "mojego" obrazu, któremu mogłabym kibicować. A po seansie pomyślałam z ulgą i radością: nareszcie. To jest ten film.

Fabuła Dallas Buyers Club w największym skrócie przedstawia się właśnie tak, jak ujęłam to wyżej. Główny bohater, Ron Woodroof (Matthew McConaughey) - który jest tak naprawdę elektrykiem, a z kowbojem kojarzy mi się przez swój nieodłączny kapelusz - żyje sobie niezbyt przykładnie w małej, homofobicznej społeczności. W wolnych od pracy chwilach chodzi na rodeo, sypia z panienkami do towarzystwa, pija i wciąga bliżej niesprecyzowane proszki. Aż pewnego dnia traci w pracy przytomność, trafia do szpitala i dowiaduje się, że ma AIDS. W bardzo zaawansowanym stadium. Lekarze dają mu jeszcze co najwyżej trzydzieści dni życia.
Ron początkowo próbuje wyprzeć problem ze świadomości i wraca do swoich proszków, alkoholu i panienek. W końcu AIDS miewają tylko geje i inni dziwacy, a nie normalni ludzie - musiała więc zajść jakaś pomyłka. Nieopatrznie jednak dzieli się swoimi przemyśleniami z przyjacielem, który zaczyna odnosić się do niego z pewną rezerwą. Po kilku dniach Ron zdaje sobie sprawę z tego, że dotychczasowi koledzy, idąc podobnym tokiem rozumowania co on, uznali go za "pedała" i na dobre wykluczyli ze swojego grona. Powrót do starego życia i udawanie, że nic się nie stało jest już więc niemożliwe. Ron przyjmuje do wiadomości przerażającą diagnozę i rozpoczyna poszukiwania leku - w czym służba zdrowia, wbrew pozorom, wcale nie zamierza mu pomóc...

W Dallas Buyers Club nie chodzi - przynajmniej nie w pierwszej kolejności - o AIDS. Najważniejsza w tym filmie jest właśnie walka z systemem, w którym najbardziej liczy się nie ludzkie dobro, a zysk. Leki, które bohaterowi udaje się zdobyć w Meksyku, są w USA zakazane, mimo że wszystkie ich składniki są oficjalnie uznane za bezpieczne. Jedynym wyjściem jest przemycanie ich ukradkiem przez granicę. Z kolei leku, który jest w Stanach właśnie w fazie testów, meksykański lekarz każe Ronowi unikać jak ognia. Szkodliwe - przynajmniej w jego mniemaniu - substancje znajdują się nawet w jedzeniu. Cała ta tematyka bardzo przypadła mi do gustu, jako że ostatnio sama jestem dość mocno zakręcona na punkcie zdrowego stylu życia, jak największej naturalności, czytania składów i innych takich - i, choć nie jestem fanką teorii spiskowych, coraz mocniej zastanawiają mnie niektóre posunięcia branży kosmetyczno-farmaceutycznej. Scena, w której Ron i jego transseksualny przyjaciel Rayon (Jared Leto) robią zakupy w supermarkecie, przyglądając się dokładnie kolejnym etykietom, szczególnie mnie rozbawiła - tak właśnie muszę wyglądać podczas każdej wizyty w drogerii!

Ciekawie przedstawiona jest też ewolucja głównego bohatera. Matthew McConaughey miał spore pole do popisu (które zresztą w pełni wykorzystał): Ron przeobraża się z obleśnego, rozlazłego homofoba w całkiem prężnego biznesmena, kumplującego się (może nawet przyjaźniącego?) z transseksualistą i wzbogacającego się na desperacji innych, by na koniec stać się prawie bojownikiem o prawo człowieka do leczenia się na własną rękę. Główny bohater - po doszczętnie obrzydzających go pierwszych minutach - szybko zdobywa sobie sympatię widza. A jednocześnie wcale nie jest kryształowy. Jego próby rozpowszechniania zakazanych leków nie wynikają bynajmniej ze szlachetnego porywu serca; przeciwnie, kilkakrotnie powtarza, że nie jest organizacją charytatywną i cała ta operacja przynosi mu spory zysk. Trudno jednak nie doceniać go za wytrwałość i bezkompromisowość, z jaką prowadził nierówną walkę z ludźmi o wiele od siebie potężniejszymi.

Wielkim plusem Dallas Buyers Club jest aktorstwo - bo i Matthew McConaughey, i Jared Leto są w swoich rolach znakomici. Przydałby się dla nich wręcz specjalny Oscar dla najlepszego duetu. Jako że go nie ma, kibicuję obu panom osobno. McConaughey zdecydowanie wygrywa i z Chiwetelem Ejioforem, i z Christianem Balem, i z Leonardo DiCaprio (który - chociaż osobiście nie mam pojęcia dlaczego - w ogólnej opinii jest jego najpoważniejszym konkurentem). Skoro już nie może dostać tego Oscara Tom Hanks, to powinien trafić w ręce Matthew. Z kolei Jared Leto jest tak fenomenalny w roli Rayona, że nie wyobrażam sobie, co mogłoby skłonić członków Akademii do przyznania nagrody za drugoplanową rolę męską komuś innemu. Konkurencja jest wprawdzie całkiem godna (nie bardzo wiem tylko, co robi tam Jonah Hill...), ale Leto zostawia wszystkich daleko za sobą. Przy okazji oddaję tu swój zdecydowany głos na jego charakteryzatorów. Nie wiem właściwie, komu w większym stopniu zawdzięczamy efekt końcowy: właśnie nim czy samemu aktorowi? Tak czy inaczej, Jared Leto jest w tym filmie tak kobiecy, że gdybym nie wiedziała, że to on, to nie tylko bym go nie poznała, ale wręcz byłabym skłonna uwierzyć, że mam przed oczami nieco dziwnie wyglądającą kobietę.

Co tu dużo pisać - to bardzo dobry film i z chęcią kiedyś do niego wrócę. W znakomitym stylu przełamał moją złą "oscarową" passę i nadal - mimo obejrzenia kolejnych dwóch dobrych filmów - uważam go za swojego faworyta. Niespecjalnie wierzę wprawdzie w jego zwycięstwo 2. marca, ale... tak naprawdę mało mnie to obchodzi. Zależy mi tylko na tym, żeby mieć za kogo (z przekonaniem!) trzymać kciuki. A teraz, nareszcie, mam!

poniedziałek, 10 lutego 2014

Oscarowe odliczanie: Kapitan Phillips // Captain Phillips

7/10

Dzięki Kapitanowi Phillipsowi nareszcie coś drgnęło w mojej "oscarowej" skali ocen. Wątłe światełko nadziei na znalezienie wśród nominowanych filmów czegokolwiek, co przypadnie mi do gustu, też zaczęło błyskać nieco odważniej. Kapitan Phillips to nie arcydzieło, tematyka też szczególnie mnie nie porwała, ale to pierwszy z czterech opisanych do tej pory filmów, któremu nie mogę zarzucić niczego konkretnego. Sens jest. Zamysł reżysera też. Napięcie jest. Aktorstwo jest (i to jakie...!). Dobre dialogi są. Przewidywalność... No tak, to chyba najsłabszy punkt - jak to bywa w przypadku filmów opartych na faktach - ale zaskoczeń jest na pewno więcej niż w przypadku Zniewolonego. Jest naprawdę dobrze i zdziwiłabym się, gdyby Kapitan Phillips nie spodobał się miłośnikom gatunku. A że ja się do nich akurat nie zaliczam - cóż, to nie wina filmu...

Fabuła Kapitana Phillipsa jest raczej mało skomplikowana (somalijscy piraci napadają na amerykański statek handlowy i porywają dla okupu jego kapitana), ale nietrudno zauważyć, że film dzieli się na dwie, dość odmienne i nierówne części. Początek filmu jest - przynajmniej pod względem fabularnym, bo końcowe wyczyny Toma Hanksa to osobna bajka... - ciekawszy i bardziej urozmaicony niż druga połowa. To tu marynarze zauważają zbliżający się do statku punkcik, próbują przed nim uciekać, przestraszyć napastników, a wreszcie pozbyć się ich z pokładu. Jest w tym trochę przerażenia, trochę opanowania, trochę brawury i trochę tchórzostwa. Marynarze ze statku kapitana Phillipsa to nie komandosi, a zwyczajni (nieuzbrojeni!) mężczyźni, którzy zaciągnęli się na rejs, bo chcieli zarobić i nie mają najmniejszej ochoty na bohaterską walkę z napastnikiem. W tej części Kapitan Phillips zahacza lekko o film psychologiczny i prezentuje widzowi przekrój ludzkich zachowań w ekstremalnej sytuacji - zarówno wśród załogi, jak i piratów. Bywa nawet zabawny. Tymczasem druga połowa to już sam motyw porwania kapitana. Powstrzymam się od spojlerów, ale - ogólnie rzecz biorąc - dzieje się tu o wiele mniej. Akcja rozgrywa się w jednym miejscu (Tom Hanks praktycznie nie rusza się z fotela) i ewidentnie traci swoją dynamikę, a sam film zaczyna robić się lekko przydługawy. Kilka scen z tej części filmu chętnie bym przycięła (czy wręcz wycięła...).

W Kapitanie Phillipsie bardzo spodobał mi się sposób przedstawienia postaci. Bohaterowie nie są (całe szczęście!) czarno-biali: kapitan i jego załoga są niezbyt heroiczni, amerykańskie służby specjalne - przerażająco beznamiętne, a piraci sprawiają wrażenie raczej ofiar systemu niż prawdziwych złoczyńców. Trudno pałać nienawiścią do Muse, mając jednocześnie świadomość tego, że Somalia od lat prowadzi w rankingach najbiedniejszych państw świata. Przecież musi istnieć coś pomiędzy łowieniem ryb a piractwem! - wykrzykuje w pewnym momencie kapitan, na co Muse odpowiada gorzko: W Ameryce może i tak. Pieniędzy z okupów nie zdobywa zresztą dla siebie - to coś w rodzaju haraczu dla tych, którzy stoją wyżej od niego. Mi było go (i reszty piratów też, poza ewidentnym "tym złym") po prostu żal i wcale niespecjalnie zależało mi na tym, żeby misja odbijania kapitana zakończyła się powodzeniem.

Ale to, co najbardziej przykuwa uwagę w Kapitanie Phillipsie, to aktorstwo. Odtwórca roli Muse, Barkhad Abdi, poradził sobie dość dobrze, ale wypadł jednak blado przy Tomie Hanksie, który w tym filmie przeszedł samego siebie. Od lat go lubię i cenię, ale w takiej roli jeszcze go nie widziałam. Nie wiem, jak członkowie Akademii mogli tego nie zauważyć i nie przyznać mu nawet nominacji - dla mnie to najlepsza (!) pierwszoplanowa rola męska w sześciu nominowanych filmach, jakie do tej pory obejrzałam. Bez niego Kapitan Phillips byłby zwyczajnie nudny, tymczasem film (no, poza tymi dłużyznami...) kipi od emocji, które nie chcą opuścić widza nawet po zakończeniu seansu. Ja przynajmniej czułam, że coś przewraca mi się w żołądku. Bardzo, bardzo wiarygodna i trudna kreacja. Im bliżej końca, tym wyraźniej to widać, a sama końcówka to już absolutny majstersztyk. Akademio, wstydź się!

Zdjęcia i muzyka, standardowo już, w ogóle nie zapadły mi w pamięć. Czyli: nic specjalnego.

Podsumowując: Kapitan Phillips mnie nie zachwycił, ale też nie rozczarował - w przeciwieństwie do poprzedzającej go trójki. A to już coś. Przez krótki czas był nawet moim oscarowym faworytem. Wprawdzie nadal bardziej z braku laku, bo akurat cały film zasłużył na wyróżnienie dużo mniej niż sam Tom Hanks (nie, nie mogę tego przeboleć...), ale jednak był to najlepszy z czterech nominowanych filmów, które udało mi się zobaczyć. W miniony weekend obejrzałam jednak kolejne dwa filmy i Kapitan... stracił palmę pierwszeństwa, a ja wreszcie znalazłam film, któremu mogę z pełnym przekonaniem kibicować... Ale o tym w następnym odcinku ;).
Related Posts with Thumbnails