czwartek, 11 grudnia 2014

Co słonko widziało #21

Moje życie znów wywraca się do góry nogami; tuż po Świętach czeka mnie kolejna przeprowadzka i nowe wyzwania, a że czasu zostało niewiele, więc jestem chwilowo zalatana, zestresowana i do niczego nie mam głowy. Do tego ta okropna pogoda (nie wiem jak u Was, ale my mieliśmy wczoraj pierwszy choć trochę słoneczny dzień od dobrych trzech tygodni)! A co można robić, kiedy jest szaro i brzydko, a przy tym chciałoby się na chwilę zapomnieć o problemach...? Dla nas wybór jest oczywisty: rozłożona kanapa, gruby koc, zapas herbaty i kolejny film z długiej, najprawdopodobniej rozmnażającej się przez pączkowanie listy.

Powoli zbliżają się Oscary, ostatnio skupiam się więc coraz mocniej na tegorocznych produkcjach: częściowo po to, żeby potem nie nadrabiać znów wszystkich na ostatnią chwilę, a częściowo po to, żebym mogła przyznać też moje osobiste Oscary ;). Co nie znaczy, że starsze (znaczy... starsze niż 2014) filmy zupełnie odłożyłam na bok. Przeważnie oglądam po prostu to, na co najdzie mnie ochota.

Czas na filmowy raport z ostatnich dni:


1. Before I Disappear // Zanim zniknę (2014; USA, Wielka Brytania) - 8/10

Bardzo spokojny, klimatyczny, niby-zwyczajny film. Jeden z tych, które ogląda się z przyjemnością, ale ciężko wytłumaczyć, co właściwie przykuwa w nich do ekranu. Historia nie jest nadzwyczaj oryginalna - ba, scenarzysta/reżyser/odtwórca głównej roli wykorzystał już wcześniej ten sam pomysł (i tych samych głównych aktorów...) w krótkometrażowej Godzinie policyjnej. Nie jest bardzo wzruszający, bardzo przygnębiający, bardzo optymistyczny ani bardzo podnoszący na duchu. Ma za to wszystkiego tego po trochu (choć przez większość filmu dominuje melancholijne zabarwienie), bardzo dobrych aktorów i ten niedookreślony "klimat", który całkowicie mnie urzekł.

Zniknąć chce on, Richie (Shawn Christensen). Od lat nieutrzymujący kontaktu z rodziną, samotny, niepotrafiący poradzić sobie ze stratą ukochanej kobiety. Nie ma tu jakichś wielkich dramatów czy okrzyków rozpaczy; Richie chce tylko spokojnie pożegnać się ze światem i znów spotkać się z ukochaną, tym razem "po drugiej stronie". Podcina sobie żyły, wchodzi do wypełnionej wodą wanny i czeka na koniec. Nagle, jak na złość, rozdzwania się telefon. Zdumiony mężczyzna słyszy w słuchawce głos siostry (Emmy Rossum), która prosi go o zajęcie się jej córką, Sophią (Fatima Ptacek). Richie postanawia przełożyć samobójstwo do powrotu siostry i, zanim zniknie, zaopiekować się dziewczynką. Dość nieprzystępną i pyskatą, dodam tylko.

Richie niespecjalnie nadaje się na opiekuna i noc, którą spędza w towarzystwie dziewczynki, jest nieco... nieprzeciętna. Bohaterowie pojawiają się w kręgielni, barze, spelunie, w której dawniej mieszkał Richie - zdecydowanie nie w miejscach, w których Sophia chciałaby być. Jednak po bolesnych początkach bohaterowie zaczynają się rozumieć, a nawet darzyć sympatią. Pozostaje tylko pytanie: czy cokolwiek z tego wyniknie? Z czym mamy tu do czynienia: filmem z gatunku "przypadkowe spotkanie dwojga samotnych ludzi zmienia ich życie na zawsze" czy zapisem ostatniego dnia życia zrezygnowanego człowieka, który wróci później do swojej "czerwonej wody"?

Bardzo dobry film, idealny na późnonocny seans. Do tego dobrze zagrany; zwłaszcza Fatima (kojarząca mi się tu trochę z małą Dakotą Fanning w Dziewczynach z wyższych sfer) wypadła, jak na swój wiek, bardzo dobrze. Z czystym sumieniem polecam. O ile, oczywiście, w ogóle lubicie takie klimaty.


2. Cold Monutain // Wzgórze nadziei (2003; USA, Wielka Brytania, Włochy, Rumunia) - 5,5/10

Nie spodziewałam się po tym filmie cudów - ot, oczekiwałam takiego zwykłego, klasycznego melodramatu na siódemkę - a i tak ostatecznie się rozczarowałam. Niby to melodramat, ale romans bohaterów jest praktycznie nieistniejący (do czego zresztą, trzeba reżyserowi oddać, sami się poniekąd przyznają); parę spojrzeń, parę drętwych dialogów, jeden rozpaczliwy pocałunek i (zapewne) dużo chemii, którą Ada i Inman biorą za wielką miłość. Żeby jeszcze było tę chemię widać, to może jakoś bym to przełknęła - ale między aktorami nie iskrzy nic, w ogóle, w najmniejszym nawet stopniu. Nicole Kidman, którą do tej pory nawet lubiłam, jest we Wzgórzu nadziei zaskakująco słaba. Nieprzekonująca jako młoda, bogata dziewczyna z dobrego domu (nawiasem mówiąc, czy ona nie jest/była już za stara do tej roli...?), nieprzekonująca jako zakochana kobieta. Najlepiej radzi sobie jako początkująca, nieporadna farmerka, bo tam rzeczywiście powinna być niedopasowana. Biorąc pod uwagę jej wyczyny w innych wcieleniach Ady nie mogę jednak odpędzić się od myśli, że to nie zasługa jej umiejętności aktorskich, tylko szczęśliwy zbieg okoliczności...

I to właściwie na tyle. Niby jedna niedopasowana postać, a psuje cały film. Szkoda, bo reszcie obsady nie mam nic do zarzucenia. Jude Law radzi sobie bardzo dobrze, ale nie jest przecież w stanie w pojedynkę stworzyć przekonującego romansu. Renee Zellweger pojawia się tu w dość kontrowersyjnej roli, ocenianej albo jako brawurowa, albo przeszarżowana; mi hoża, dosadna Ruby bardzo się podobała i stanowiła miły kontrapunkt dla całego tego niby-romansu. Natalie Portman, którą widzimy tu tylko przez kilka minut, jest fantastyczna (nie mam pojęcia, jak można by zagrać Sarę lepiej...), a chemia między nią a Judem Law jest tak oczywista, że jeszcze bardziej pogrąża romans głównych bohaterów. Trochę śmieszne jest to, że Portman starała się początkowo o główną rolę - bardzo chciałabym wiedzieć, kto uznał, że Kidman będzie tu lepszym wyborem...

5,5 gwiazdek nie wzięło się znikąd: film jest całkiem przyzwoitym dramatem wojennym. O ile romansowy początek zwiastował męczące dwie i pół godziny, o tyle sceny, w których Kidman i Law nie usiłują robić do siebie maślanych oczu, są przynajmniej niezłe. Wątek Inmana ma swoje lepsze i gorsze momenty, ale pojawia się parę poruszających scen (jak choćby cała sekwencja z Portman, ekhm ekhm). Ada w duecie z Ruby staje się za to dużo mniej męcząca, a cały wątek życia na farmie, hodowli, uprawy i generalnie wzięcia odpowiedzialności za własne życie wręcz mi się podobał. Do tego dochodzą przepiękne krajobrazy i muzyka. Ta druga kompletnie od czapy, tak nawiasem mówiąc, ale co tam, ładna była...


3. Belle (2013; Wielka Brytania) - 7/10

Niesamowita historia, która w dodatku wydarzyła się naprawdę. No, może niekoniecznie wszystko wyglądało, w najdrobniejszych szczegółach, dokładnie tak, jak przedstawiono to w filmie, ale Dido Belle, brytyjska arystokratka-mulatka, istniała naprawdę. Jako mała dziewczynka została oddana przez ojca pod opiekę krewnych, którzy pokochali ją jak własne dziecko. Dorastała w przepychu, ale też w pół-ukryciu - bo choć krewni nigdy się jej nie wstydzili ani nie wypierali się jej istnienia, to jednak niespecjalnie się tez swoją podopieczną afiszowali. Po śmierci ojca została dziedziczką sporej fortuny. Teoretycznie mogłaby przebierać w kandydatach do jej ręki. Teoretycznie. Gdyby nie ten nieszczęsny kolor skóry...

Film pozytywnie zaskoczył mnie ujęciem tematu. Dido nie jest pokorną dziewczynką, która nie może uwierzyć, że spotkało ją tyle szczęścia i jest na każdym kroku wdzięczna krewnym za przygarnięcie jej. W pełni zdaje sobie sprawę ze swojej pozycji i czuje się całkowicie córką swojego ojca. Oficjalnie uznaną, noszącą jego nazwisko, a co za tym idzie - mającą dokładnie takie same prawa jak każda inna dziewczyna w jej sytuacji. To, że wygląda inaczej niż reszta brytyjskiej arystokracji, traktuje jak niesprawiedliwe okrucieństwo losu. Podobało mi się też to, jak jej postać z biegiem czasu ewoluowała. To nie tylko film kostiumowy, ale też opowieść o dojrzewaniu do samoakceptacji. Lubię takie historie...

Aktorsko bywa różnie, a największym problemem jest tu, niestety, odtwórczyni głównej roli (Gugu Mbatha-Raw). Zdaję sobie sprawę z tego, że zdążyła już zgarnąć za tę rolę parę nagród i jest nawet wymieniana jako potencjalna kandydatka do Oscara, ale nie bardzo potrafię to zrozumieć. Gugu w żadnym momencie nie gra wybitnie, często gra po prostu zwyczajnie, a nieraz (i wcale nie tak rzadko...) co najwyżej przeciętnie. Irytują zwłaszcza jej wytrzeszczone oczy, którymi próbuje wyrazić każdą emocję inną niż zadowolenie. Na tle reszty obsady wypada bardzo blado. Dużo lepiej radzi sobie jej filmowa kuzynka, Sarah Gadon. Najbardziej bawił mnie zaś Tom Felton, który - po budzącym współczucie występie w In secret - znów jest tu nieodrodnym Draconem Malfoy'em, z całą tą pogardliwą mimiką, manią czystej krwi i całą resztą malfoyowego dziedzictwa.

Historia niezwykła, scenariusz dobry, naprawdę prawie nie mam na co narzekać. Gdyby nie Gugu, byłoby spokojnie osiem gwiazdek.


4. A Long Way Down // Nauka spadania (2014; Niemcy, Wielka Brytania) - 8/10

A to z kolei pozytywne zaskoczenie. Film, po którym nie spodziewałam się niczego specjalnego, a okazał się bardzo pozytywną, niegłupią produkcją. Biorąc pod uwagę, że czworo głównych bohaterów to niedoszli samobójcy, jest to dość... zaskakujące ;). Poważnie, jeśli można w ogóle nakręcić optymistyczny film opierający się na motywie samobójstwa (optymistyczny - nie parodię, satyrę ani nic z tych rzeczy...), to to jest właśnie ten film.

Tym razem od początku wiemy, że mamy do czynienia z filmem z gatunku "przypadkowe spotkanie samotnych ludzi zmienia ich życie na zawsze". Cała czwórka spotyka się bowiem w Sylwestra, na dachu budynku, z którego wszyscy chcieliby skoczyć. Nieoczekiwane towarzystwo krzyżuje ich plany i, chcąc nie chcąc, są zmuszeni odłożyć skok na później. Zakręcona córka znanego polityka, Jess (Imogen Poots), proponuje, żeby poczekali z samobójstwem do Walentynek. Bazgrze umowę na pierwszym lepszym kawałku papieru i nakłania pozostałą trójkę do podpisania. Cała historia przedostaje się jednak do mediów, nieoczekiwanie komplikując życie bohaterów i zmuszając ich do wspólnego stawienia czoła dziennikarskim hienom...

Podobają mi się wnioski płynące z tego filmu. Osoba, której życie wydaje się koszmarem, może być z niego całkiem zadowolona, a najsilniejsze myśli samobójcze mogą dręczyć człowieka, który teoretycznie nie ma powodów do narzekania. Mówiąc prościej: nie oceniaj bliźniego, bo nigdy nie wiesz, co dzieje się w jego głowie. Podoba mi się też spory zastrzyk humoru, jakim doprawiono Naukę spadania. I ten dialog...:
 - Has anyone ever told you you're a bit of an idiot?
 - I'm a politician. That's all they ever tell me.


5. Sofies Verden // Świat Zofii (1999; Norwegia, Szwecja) - 6/10

Książka Josteina Gaardera jest fantastyczna (chociaż, nie powiem, parę lat musiało minąć zanim przeczytałam ją w całości - zazwyczaj poddawałam się przy średniowieczu i dalej czytałam tylko fragmenty fabularne, z wielką stratą dla całej historii ;)), ale zupełnie nie potrafiłam sobie wyobrazić, że ktoś mógłby być na tyle szalony i spróbować ją zekranizować. Sporo w niej przecież podręcznikowych, stosunkowo suchych fragmentów, listów, wykładów etc. Kto chciałby oglądać Zosię czytającą w Zaułku cały ciąg listów na temat Sokratesa i Platona? Kto wysiedziałby w kinie na wykładach Alberta o Kartezjuszu? Reżyser też musiał zdawać sobie z tego sprawę, bo jego Świat Zofii jest dużo bardziej dynamiczny niż książkowa wersja. I sama nie wiem, co o tym sądzić.

Z jednej strony - inaczej się nie dało. I momentami wychodzi to całkiem nieźle. Zosia i Alberto cofają się w czasie przechodząc przez dziurę w ścianie, list na temat mitologii staje się wypracowaniem, które Zosia odczytuje przy całej klasie (i którego wcale nie napisała...), a cynicy przemawiają do dziewczyny z kinowego ekranu. Z drugiej strony, w efekcie film przypomina trzygodzinną podróż po kolejnych epokach, a samej filozofii zostaje w tym bardzo niewiele. Te parę zdań na temat tej czy innej postaci absolutnie nie zasługuje na miano "kursu filozofii" (a Zosia już na początku informuje kolegę (wątek miłosny też wprowadzono, a jakże), że studiuje filozofię...) i nijak nie umywa się do stosunkowo szczegółowych wyjaśnień, którymi książkowy Alberto raczył książkową Zosię. A film o filozofii bez porządnego skupienia się na filozofii nie ma prawa wypaść dobrze...

Nie wydaje mi się, żeby filmowy Świat Zofii miał szansę zainteresować kogoś, kto nie przeczytał książki. Ale może wcale nie ma takiej potrzeby? Twórcy filmu nastawili się pewnie raczej na rodzimy rynek, a tam zainteresowanie powieściami Gaardera jest, o ile mi wiadomo, spore. Fanom książki film może się spodobać; nie jakoś szalenie, bez zachwytów, ale może być to miły sposób na spędzenie czasu i odświeżenie sobie historii Zosi, Hildy i obu Albertów.

Uwaga na marginesie: aktorzy dobrani są fatalnie. Grają dobrze, ale to ma być Zosia? Brunetka o włosach jak len? A Hilda, śliczna dziewczyna z blond lokami, która w dodatku "trochę przypominała Jorunn"? Alberto też jakiś taki niemrawy w porównaniu do książki; jakby nie Zosia to utknąłby w tej swojej Chacie Majora i w ogóle nie pomyślał nawet o ucieczce. Starego piernika z niego zrobili.

Uwaga na marginesie nr 2: w filmie pojawia się Mikołaj Kopernik i - uwaga, uwaga! - mówi po polsku. Twórcy w ogóle wysilili się na różnorodność językową: obok norweskiego można usłyszeć niemiecki, angielski, francuski, rosyjski, włoski, grecki... To akurat bardzo doceniam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails