niedziela, 14 września 2014

Co słonko widziało #19

W minionym tygodniu znów udało mi się obejrzeć (tylko?) trzy filmy. Dwa dosyć klasyczne, (prawie) bardzo dobre, i jeden bardziej nietypowy, dokumentalny, który przypadł mi do gustu o wiele mniej. Po raz kolejny wszystkie filmy to produkcje angielskie albo amerykańskie, za to całkiem multikulturowe pod względem treści. In Secret to ekranizacja opowiadania/powieści/dramatu Zoli Teresa Raquin, akcja filmu rozgrywa się więc (niby) we Francji, a Piękna i Bokser to film o parze mieszkających w Ameryce Japończyków. Z tej trójki tylko The Thirteenth Tale (oficjalnego tłumaczenia tytułu jeszcze nie ma, ale ciężko mi wyobrazić sobie inne niż Trzynasta opowieść...) jest typowo angielską, tajemniczą opowieścią, utrzymaną w poetyce dzieł sióstr Bronte.

Po szczegóły zapraszam poniżej :).


1. In Secret (2013; USA) - 7,5/10

Na początku spodobał mi się plakat - tajemniczy, stonowany i wyróżniający się spośród otaczających go, hałaśliwie kolorowych grafik. Potem rzuciły mi się w oczy nazwiska młodych aktorów. Elizabeth Olsen, która ponoć ma kilkakrotnie więcej talentu aktorskiego niż jej obie słynne siostry razem wzięte, widziałam do tej pory tylko w Sztukach wyzwolonych i wprawdzie zagrała tam dobrze, ale nie miała szczególnego pola do pochwalenia się swoimi umiejętnościami. Ciekawa byłam, jak poradzi sobie w bardziej ambitnej roli. Dodatkowym smaczkiem był Tom Felton, do tej pory kojarzący mi się jedynie z dość antypatycznym Draconem Malfoyem z Harry'ego Pottera - zwłaszcza, że miał wystąpić tu w roli niewinnej ofiary, co raczej ciężko było mi sobie wyobrazić. Opis fabuły brzmiał całkiem intrygująco. Mrocznie, trochę strasznie, ale intrygująco...

Główną bohaterką filmu jest półsierota Therese (Elizabeth Olsen), od dziecka mieszkająca z ciotką (Jessica Lange) i jej chorowitym synem, Camillem (Tom Felton). Dziewczyna, choć dobrze traktowana, jest samotna i bezradna. Ciotka nie poświęca najmniejszej uwagi uczuciom bratanicy i nie umie okazać jej serca; widzi w niej przede wszystkim "opiekuńczego anioła", bez słowa protestu troszczącego się o słabowitego kuzyna. Wreszcie podejmuje decyzję o połączeniu dwójki swoich podopiecznych węzłem małżeńskim. Nawet nie przyjdzie jej do głowy, że mogłaby skonsultować te plany z Therese, zaś sama zainteresowana jest już tak bezwolna, że - jak zwykle - posłusznie robi to, co jej kazano.
Ani ciotka, ani Camille nie przypuszczają nawet, że posłuszna, opiekuńcza Therese skrycie marzy o wielkiej namiętności. Nie znajduje jej w małżeństwie: Camille nazywa żonę "swoją małą Therese" i widzi w niej tylko dziewczynkę, z którą się wychowywał. Pewnego dnia przyprowadza do domu przyjaciela z dzieciństwa, Laurenta (Oscar Isaac). Przystojnego, intrygującego - i wyraźnie zainteresowanego bezbarwną Therese. Niewiele czasu mija, nim tuż pod nosem surowej ciotki i naiwnego, niepodejrzewającego niczego Camille'a wybucha ognisty romans...
Spełnienie marzeń? Początkowo tak. Ale ukradkowe spotkania szybko przestają kochankom wystarczać, a pojawiające się nagle widmo rozdzielenia zmusza ich do podjęcia desperackich kroków. Chciałabym, żeby po prostu zniknął - wyrzuca z siebie wtedy zrozpaczona Therese. Laurent podchwytuje tę myśl. I choć oboje się jej boją, nie potrafią nie dostrzec w niej ostatecznego rozwiązania swoich problemów. Mimo wyrzutów sumienia, mimo całego przerażenia tym, co zamierzają, decydują się pomóc Camille'owi zniknąć... Na zawsze.

Nie znałam wcześniej tej historii i spodziewałam się raczej wątku pół-kryminalnego, który nastąpiłby po "wypadku" Camille'a. Ciotki odkrywającej prawdę, kochanków usiłujących ją ukryć, może nawet uciekających w nieznane. Bardzo mile zaskoczyło mnie więc skupienie uwagi przede wszystkim na psychice bohaterów i zepchnięcie wątku ukrywania tajemnicy na dalszy plan. Podoba mi się też morał wypływający z całej tej historii. Miłość Therese i Laurenta - do tej pory jasna, promienna, radosna - zostaje nieodwracalnie skażona złem. Myślenie, że po śmierci Camille'a wreszcie będą mogli żyć długo i szczęśliwie, jakby nic się nie stało, okazuje się czystą naiwnością. Stało się. Zabili człowieka. A że ani Therese, ani Laurent nie są bezdusznymi potworami, nie potrafią udźwignąć ciężaru zbrodni, którą popełnili.

Najsmutniejsze w tym filmie jest to, że bohaterowie nijak nie mieli szansy stworzyć udanego związku. Bardzo chciałam, żeby Therese na dobre przestała być smutną, cichą dziewczyną kryjącą w rogu pokoju. Jak ona potrafiła błyszczeć! Podczas ich ukradkowych schadzek wręcz promieniała. Ani powrót na prowincję i nudne życie u boku męża-kuzyna, ani sprawienie, żeby Camille zniknął, nie dawało jej jednak szansy na szczęście. Morderstwo nie rozwiązało problemu. Przez pół seansu zastanawiałam się: Dlaczego nie uciekli? To byłoby o tyle prostsze. Nie musieli zabijać. Nadal tego nie rozumiem...

Młodzi aktorzy mnie nie zawiedli. Felton jest w swojej roli bardzo przekonujący i absolutnie nie miałam wrażenia, że widzę na ekranie młodego Malfoy'a. Elizabeth Olsen z kolei bardzo kojarzyła mi się z młodą Kristin Scott Thomas. Ten sam delikatny wytrzeszcz, podobna mimika... Ta rola była o wiele trudniejsza niż Zibby ze Sztuk wyzwolonych i - jak na mnie - dziewczyna w pełni ją udźwignęła. Nie wiem, czy większa w tym zasługa jej, czy charakteryzatorów, ale różnica między przygaszoną Therese siedzącą w kącie a Therese spotykającą się z Laurentem jest kolosalna. Z przyjemnością będę śledzić jej dalszą karierę.

To bardzo dobry film, o gęstej, mrocznej atmosferze. Do ósemki zabrakło mi... Bo ja wiem, jakiegoś związku z moim życiem? Wszystko to jest bardzo poruszające i beznadziejne, ale ciężko mi było wyciągnąć z tego seansu cokolwiek dla siebie. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że zamordowanie współmałżonka jest dobrym sposobem na ułożenie sobie życia z kochankiem. Problem chyba w ogóle się już przeterminował - w dzisiejszych czasach Therese wystąpiłaby po prostu o rozwód. Nawet unieważnienie ślubu kościelnego by dostała.


2. Cutie and the Boxer // Piękna i Bokser (2013; USA) - 5/10

Wykopałam ten film z odmętów internetu przy okazji ostatniego Berlinale. Zapowiadało się ciekawie. Noriko, żona artysty i boksera Ushio Shinohary, miała zrzucić z barków ciężar narzuconej jej roli wzorowej japońskiej żony i zacząć własną karierę. Byłam tego filmu naprawdę ciekawa, bo poszczególne elementy układanki zupełnie mi do siebie nie pasowały. Bokser i artysta? Bokser-Japończyk? Podstarzały artysta-Japończyk? Japonka, która walkę o niezależność zaczyna będąc babcią, a w dodatku wyraża swoją indywidualność poprzez rysowanie komiksów? Zapowiadało się intrygująco.

Główny problem tego filmu: brak wyraźnej fabuły. Ja wiem, że to dokument, ale nawet w dokumencie musi istnieć jakaś myśl przewodnia, kierunek, w którym film się rozwinie. Tu mamy trochę teraźniejszości, trochę przeszłości, trochę problemów materialnych, trochę alkoholizmu, trochę problemów z synem, trochę frustracji Noriko wyrażonej w komiksowej historii niejakiej Cutie. Nie ma żadnego momentu przebudzenia, buntu; momentu, w którym zmęczona Noriko powiedziałaby "dość". Nie ma też triumfalnego sukcesu. Dostajemy raczej portret nieszczęśliwej, rozczarowanej życiem kobiety, która robi dobrą minę do złej gry. 

Ushio zrobił na mnie fatalne wrażenie. Nie przemawia do mnie ani jako artysta (sztuka nowoczesna, brrrr!), ani (tym bardziej!) jako mąż i ojciec. Nieodpowiedzialny alkoholik, który wszystko ma głęboko w czterech literach i nie potrafi zadbać nawet o własnego syna. Te sceny, w których chłopiec przemykał się chyłkiem z jednego pokoju do drugiego, podczas gdy ojciec balował z kolegami... Okropne. Żałosne.

Samej Noriko też nie udało mi się w pełni polubić. Była na to zbyt złośliwa, zbyt zgorzkniała. Nie dziwię jej się, też bym zgorzkniała, gdybym wkopała się w małżeństwo z takim dziadem, ale trudno było mi poczuć do niej sympatię. Podobały mi się za to rozmowy Shinoharów; Ushio uważa się za organ decyzyjny w rodzinie (przecież jest mężem!), a Noriko raz po raz sarkastycznie wyprowadza go z błędu. Jest to tak oschłe i obojętne, że aż śmieszne. A może nie, może jednak straszne. To coś niesamowitego, że Noriko postanowiła publicznie poskarżyć się na swój los, tworząc historię Cutie i Bully'ego na kanwie własnego życia. Jak strasznie ona musi(ała) go nie znosić...! Jak olbrzymi musi(ała) mieć do niego żal!

Wszystko to sprawia, że ogląda się to gorzko. Film jest w dodatku lekko nudnawy. Brakuje tu po prostu punktu zaczepienia. Ciężko powiedzieć, o czym ten dokument jest. O buncie Noriko? Przecież ona historię Cutie rysuje od samego początku filmu.

I najbardziej zastanawiające mnie pytanie: jak oni to filmowali? Ukrytą kamerą...?


3. The Thirteenth Tale (2013; Wielka Brytania) - 7,5/10

Odkryłam ten film wczoraj i z miejsca wiedziałam, że muszę go obejrzeć. Teraz! Zaraz! Powieść Diane Setterfield bardzo mi się podobała i miałam nadzieję, że w filmie odkryję tę samą magię. Do tego Sophie Turner w jednej z głównych ról! Należę do tego 1% populacji, który nie lubi Gry o tron - poważnie, próbowałam, obejrzałam jeden sezon i uznałam, że kompletnie mnie to nie kręci... - ale najwyraźniej zostało we mnie jakieś ziarenko sympatii do Sansy Stark, bo nazwisko Sophie w obsadzie zadziałało na mnie jak magnes.

To stosunkowo nowa historia, ale wyraźnie wzorowana na starych powieściach gotyckich. Biografka-amatorka, Margaret Lea, zostaje poproszona o wysłuchanie historii życia słynnej, umierającej już pisarki, Vidy Winter. Problem w tym, że panna Winter wielokrotnie opowiadała już o swoim życiu, za każdym razem wymyślając inną historię. Jest utalentowaną bajarką, potrafi budować napięcie i tworzyć piękne opowieści. Jaką gwarancję może mieć Margaret, że to wszystko nie jest tylko podstępem? Dlaczego akurat ona, zupełnie obca kobieta, miałaby poznać prawdziwe losy Vidy Winter? Dawno, dawno temu były sobie bliźniaczki... - mówi książkowa panna Winter (ta filmowa ogranicza się do It's about twins) i to jedno zdanie zmusza Margaret do wysłuchania dziwnej, poplątanej historii bliźniaczek Angelfields.

Bardzo łatwo byłoby napisać o tej historii o parę słów za dużo, więc ograniczę się do haseł. Jest tu dwór: potężny, dawniej imponujący, teraz jednak popadający w ruinę. Są zaniedbane dziewczynki, wychowujące się praktycznie bez rodziców. Jest kazirodcza miłość. Jest agresywna, porywcza Adeline i potulna, schludna Emmeline. Są tajemnicze wypadki, halucynacje, nawet morderstwa. Podobno jest też Duch. Kobieta w bieli.

Oczywiście, że wszystko to wyobrażałam sobie inaczej. Dwór, Hester, pokój Margaret u panny Winter, bliźniaczki. A przede wszystkim samą Margaret. Nie pamiętam, czy autorka powieści opisała kiedykolwiek jej wygląd, ale te krótkie włosy i zdeterminowane spojrzenie nie pasują mi do rozmemłanej kobiety, która całe dnie spędza otoczona książkami i na okrągło pija gorące kakao (o rety, jaką ja miałam fazę na kakao po skończeniu tej książki!). Namieszano też w jej biografii, co akurat uważam za wielki plus. Książkowa Margaret bez przerwy bredziła o swojej utraconej siostrze, która zmarła tuż po porodzie, chociaż bohaterka w życiu jej na oczy nie widziała i dowiedziała się o jej krótkim istnieniu zupełnie przez przypadek. Filmowa Moira zmarła jako dziecko, dość duże, by jej siostra-bliźniaczka zapamiętała to traumatyczne wydarzenie.

Oczywiście, że sporo wycięto. Historia panny Winter zaczyna się w momencie powrotu Isabel do Angelfields, a więc dużo później niż w książce. Mocno poskracano też wątki współczesne. Augustus Love pojawia się tylko w jednej scenie, kiedy do Angelfields przyjeżdża policja - nie ma tu więc całego motywu ich przyjaźni, tęsknoty za posiadaniem matki etc. Też uważam to za plus; więcej się w tym filmie nie dało upchnąć, a te współczesne wtręty nawet w książce były dużo mniej interesujące od właściwej historii.

Oczywiście, że film jest gorszy od książki. Taki już los ekranizacji (może z małymi wyjątkami). Film i literatura rządzą się zupełnie innymi prawami i nie da się tak łatwo zamienić jednego w drugie. Po raz kolejny wysunę ten sam zarzut: film jest za krótki. Wydarzenia zbyt szybko następują po sobie. To, co w książce było pełne napięcia, co sprawiało, że serce przez dobre dziesięć minut tłukło jak szalone, tu przedstawione jest w jednej, krótkiej scenie. Emocje są przez to nieporównywalnie słabsze. Gdyby tak dodać parę minut, dorzucić kilka ziarenek niepewności i dramatyzmu...

Zgrzytało mi też aktorstwo, zwłaszcza dzieci. Oliia Colman jako Margaret Lea też była jakaś taka... Mało ekspresywna. Za to młodej Sophie Turner nie mam nic do zarzucenia. Vanessie Redgrave też nie, ale to akurat żadne zaskoczenie.

Niemniej jednak, to prawie bardzo dobry film. Słabszy od książki, ale i tak warty obejrzenia. Absolutnie nie żałuję poświęconego mu czasu i z czystym sumieniem polecam!

3 komentarze:

  1. Na In Secret czekam już długo z naiwną nadzieją, że będą grali u nas w kinach, ale nie wiem, czy się doczekam. Elizabeth Olsen widziałam pierwszy raz w Martha Marcy May Marlene i byłam pod wrażeniem. Bardzo różni się od sióstr i ona chyba jako jedyna z nich ma talent aktorski. Ciekawie wnika w swoją postać i nie widzisz popularnej buźki, ale właśnie bohaterkę filmu.
    In Secret na pewno obejrzę. Wydaje mi się, że ma w sobie wszystko to, co lubię.

    Drugi film kompletnie do mnie nie przemawia.
    Za to bardzo dziękuję za trzeci! Lubię Sophie Turner i obserwuję jak z sezonu na sezon w Grze o tron jest co raz lepsza i świetnie wyraża dojrzewanie i siłę Sansy. Zaczynała od zapłakanej dziewczynki z głową pełną marzeń, a teraz jest kobietą, którą ukształtowała tragiczna przeszłość i życie pomiędzy wrogami.
    Ale ja lubię Grę o tron, więc może nie jestem do końca obiektywna. Książki lepsze oczywiście, ale i serial daje radę :)

    Nie czytałam The Thirteenth Tale, ale film na pewno obejrzę! Szkoda tylko, że ostatnio jedyne na co mam czas to jeden odcinek w tygodniu Doctor Who, bo mam do ogarnięcia przeprowadzkę, pracę i milion innych spraw -_-

    Ta książka jest może przetłumaczona na polski, czy czytałaś ją w oryginale?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przetłumaczona! Jako "Trzynasta opowieść". Koniecznie poszukaj, jak już trochę się u Ciebie uspokoi :).

      "In Secret" było dobre, tylko takie... Strasznie mroczne. Myślę, że warto ten film obejrzeć, ale dobrego wpływu na samopoczucie to on nie ma.
      W multikinach etc. raczej go nie puszczą (baaardzo bym się zdziwiła, gdyby zaryzykowali...), ale w kinach studyjnych powinien się pojawić. Zwłaszcza, że (o ile dobrze pamiętam) Ty mieszkasz w Warszawie, prawda? Czy skończyłaś studia i uciekasz ze stolicy?

      Do "Martha Marcy May Marlene" też się przymierzam, ale jakoś jeszcze się za niego nie zabrałam. Za dużo filmów czeka na liście, nie nadążam ;).

      Do mnie też ten drugi nie przemówił. Wprawdzie byłam wtedy bardzo zmęczona, więc może po prostu nie mogłam się doczekać, kiedy wreszcie pójdę spać ^^...

      Pozdrowienia!

      Usuń
    2. Nie uciekam ze stolicy! Kocham Warszawę, jest moja i zostaję. Nie wyobrażam sobie już mieszkać gdzie indziej. Przeprowadzam się tylko do innej dzielnicy. Z Targówka na Wilanów :) Skończyłam studia, ale pracuję i tu będę się za niecały miesiąc meldować. Rodzinę też planuję tutaj :D

      "Martha Marcy May Marlene" nie należy do poprawiaczy nastroju. To ciężkie i smutne kino.
      In Secret MOŻE pokaże Muranów, ale to i tak pewnie puszczą na Walentynki, żeby jeszcze bardziej różnić się od sieciowych kin, gdzie będzie słodko i różowo :D

      "Trzynastą opowieść" pewnie najpierw obejrzę. Czy polecasz najpierw przeczytać książkę?

      Usuń

Related Posts with Thumbnails