poniedziałek, 8 września 2014

Co słonko widziało #18: znów angloamerykańsko

Od ostatniego wpisu zmieniło się niewiele: do zaległych dwóch filmów doszedł tylko jeden (o wiele przyjemniejszy od poprzedników), co daje mi nadzieję na stworzenie posta o jakiejś w miarę normalnej długości ^^. Tym razem nie wymyśliłam sobie żadnego klucza, według którego dobierałabym pozycje, ale i tak wszystkie trzy filmy okazały się być produkcjami angloamerykańskimi. W dzisiejszym programie: Kobieta w ukryciu, Człowiek przyszłości i Zacznijmy od nowa.


1. The Invisible Woman // Kobieta w ukryciu (2013; Wielka Brytania) - 5/10

Do obejrzenia tego filmu zachęciła mnie zapewne występująca tu w tytułowej roli Felicity Jones, która urzekła mnie jakiś czas temu w Opactwie Northanger. Opis fabuły też wydał mi się w miarę ciekawy: wprawdzie nigdy nie interesowałam się specjalnie życiem prywatnym Dickensa i nie słyszałam wcześniej o jego romansie z młodziutką aktorką Ellen Ternan, ale zawsze podoba mi się takie ponowne uczłowieczanie Wielkich Artystów, którzy przez lata zdążyli zmienić się już w świętoszkowate wzory cnót wszelakich. Film jest w dodatku produkcją BBC, wiedziałam więc, że zrealizowany będzie na najwyższym poziomie. Przemyślane kompozycje i zdjęcia, bardzo dobre aktorstwo, dopieszczone w najmniejszych szczegółach dekoracje i kostiumy...

I wszystko to w tym filmie właściwie jest: i piękne suknie, i ciekawe kadry, i detale, i historia dickensowskiego romansu - tyle tylko, że z ekranu, najzwyczajniej w świecie, wieje nudą. I mówię to ja, zazwyczaj rozpływająca się nad każdą "niespieszną narracją". Po długich przemyśleniach i próbach zestawienia tego filmu z obejrzaną parę tygodni temu Jaśniejszą od gwiazd (która niby jest podobna, a jednak, z jakiegoś powodu, podobała mi się o wiele bardziej...) chyba udało mi się odkryć, co najbardziej mnie w tym filmie uwierało. Owszem, lubię wolne tempo akcji, bo dzięki niemu reżyser ma możliwość porządnie zagłębić się w psychikę bohaterów i ukazać ich emocje - ale tu w ogóle tego nie ma. Niby to melodramat, ale nie wzrusza ani nawet nie angażuje emocjonalnie widza. Miałam wrażenie, że reżyser sam nie może zdecydować, co właściwie sądzi o romansie Dickensa i Nelly. Być może celowo starał się pozostać bezstronny - ale przecież melodramat z założenia jest gatunkiem subiektywnym, w którym widz musi kibicować parze głównych bohaterów. Melodramat wyprany z dramatyzmu staje się suchy, beznamiętny i nudny jak flaki z olejem, a Kobieta w ukryciu jest na to doskonałym dowodem.

Szczerze mówiąc, odniosłam wrażenie, że reżyser sam nie lubi własnych bohaterów. Mi też nie udało się ich polubić. Cały ten romans wydał mi się po prostu żałosny: dorosły, żonaty mężczyzna, ojciec gromadki dzieci (ile ich tam było? Z dziesiątka...?) zostawia żonę dla ładniutkiej, pozbawionej jakiegokolwiek talentu aktoreczki, która mogłaby być jego kolejną córką. Reżyser albo nawet nie próbuje, albo próbuje, ale zupełnie mu to nie wychodzi, nadać ich związkowi jakiejkolwiek głębi. Nie ma tu nawet banalnego "żona mnie nie rozumie". Problemy małżeńskie państwa Dickensów sprowadzają się do tego, że pani Dickens jest gruba i nieatrakcyjna (a jak ma wyglądać po dziesięciu ciążach?!), w związku z czym mąż z nią nie sypia (co też nie mogło być do końca prawdą, skądś się te dzieci przecież brały...). Niby pojawia się tu wątły motyw wielkiego entuzjazmu Ellen wobec twórczości Dickensa i jej przekonania, że to coś więcej niż tylko rozrywkowe powieści, ale to trochę za mało. Nie żebym potępiała bohaterów w czambuł - nie, oni po prostu w ogóle mnie nie obeszli, a to chyba najgorsze, co można powiedzieć o melodramacie. O większości innych filmów zresztą też.

Od strony technicznej film jest bardzo dobrze zrobiony i głównie z tej racji dostał ode mnie te pięć gwiazdek. Nie mogę nawet szczerze napisać, że oglądanie go mnie nie bolało. Pod koniec byłam już naprawdę solidnie znudzona, co już dawno mi się nie przytrafiło...

Nie wiem, za co te wyróżnienia, nie wiem, gdzie jest ten "subtelny erotyzm", który mignął mi gdzieś w trailerze. Widocznie był dla mnie zbyt subtelny.


2. Bicentennial Man // Człowiek przyszłości (1999; USA, Niemcy) - 6/10

Film z cyklu "sama bym go nie wybrała, ale mąż chciał, więc niech mu będzie". To historia robota, androida (młodsza córka jego właścicieli nie potrafi wymówić tego słowa i skraca je do andro, przez co przypadkiem nadaje mu ludzkie imię: Andrew), który, w wyniku tajemniczego błędu popełnionego podczas jego produkcji, jest dużo bardziej uczłowieczony niż inne roboty. Wykazuje się kreatywnością, przejawia też coraz więcej ludzkich uczuć. Z czasem również z wyglądu zaczyna przypominać mężczyznę i podejmuje rozpaczliwą - i dosyć beznadziejną - walkę o zostanie pełnoprawnym, oficjalnie uznanym człowiekiem.

Roboty - czy raczej: podejście do nich - są w naszym domu jedną z nielicznych problematycznych kwestii. Męża ten problem ewidentnie fascynuje. Nawet magisterkę chciał o tym pisać (zanim odkrył, że Japończyków filozofowanie na temat sztucznej inteligencji w ogóle nie interesuje, więc nie miałby żadnych źródeł ^^). Mnie nie. Nie chce mi się wierzyć, że ludzki mózg to tylko bardzo skomplikowany komputer i że można by stworzyć robota, który odczuwałby ludzkie emocje. Widzę wyraźną różnicę między człowiekiem, istotą żywą, organiczną, a robotem, który zamiast wnętrzności ma układy scalone. Niezależnie od tego, jak bardzo przypominałby człowieka. Stąd też Człowiek przyszłości nie miał u mnie zbyt wielkich szans. Nie kupuję po prostu samego punktu wyjścia tego filmu: robota z ludzkimi emocjami. W związku z tym trudno było mi kibicować bohaterowi w jego walce o zostanie człowiekiem. Oczywiście Andrew jest przesympatyczny i nie sposób go nie polubić; sama momentami zapominałam, co o tym wszystkim sądzę i trzymałam kciuki za jego romans (bo jest, a jak!)... Ale na sprowokowanie mnie do głębokiej refleksji nad istotą życia nie miał szans.

Odkładając na bok moje prywatne przemyślenia na temat robotów: to całkiem dobry film. Momentami zabawny - zwłaszcza na początku, kiedy Andrew dopiero uczy się życia wśród ludzi. Później całkiem zastanawiający (chociaż na sprowokowanie mnie... etc.), a do tego na wskroś romantyczny. Cała ta walka Andrew o uznanie go za człowieka wypływa z jednego pragnienia: legalnego ślubu z ukochaną kobietą. Gdyby nie to trudno byłoby zrozumieć jego pobudki; bycie człowiekiem wiąże się przecież z wieloma ograniczeniami - ze śmiercią na czele - które robotom są zupełnie obce, po co więc cała ta walka o utrudnienie sobie życia? Muszę przyznać, że motywacja, którą prezentuje nam reżyser, jest dosyć wzruszająca.

Nie mam żadnych zastrzeżeń do aktorstwa. Robin Williams jest bardzo wiarygodnym robotem. A Embeth Davidtz, występująca tu w podwójnej roli, wygląda tak młodo i ładnie, że zupełnie nie rozumiem, jakim cudem twórcom Mansfield Park, powstałego w tym samym roku, udało się ją tak oszpecić...


3. Begin Again // Zacznijmy od nowa (2013; USA) - 7/10

Nie potrafię pisać o tym filmie nie porównując go z poprzednim dziełem Johna Carneya, Once. Skojarzenia nasuwają się same. Znów mamy mężczyznę i kobietę, spotykających się przez przypadek i postanawiających wspólnymi siłami nagrać płytę. Znów w tle - które właściwie wcale niekoniecznie jest tłem... - przewijają się nieudane związki i próby posklejania czegoś, co (nie)dawno się rozpadło. Niektóre sekwencje scen są wręcz identyczne, jak choćby podczas poszukiwania brakujących członków zespołu. Bohaterowie chodzą po mieście i zagadują grupki muzyków, głosu brak, słychać tylko muzykę. Identyczny zabieg jak w Once...

Dobra wiadomość: mimo tych podobieństw Begin Again nie jest kopią Once. Zmiana miejsca akcji miała swoje konsekwencje. To już nie Dublin, a Nowy Jork - głośny, rozpędzony, dający szansę na wielką, oszałamiającą karierę. Wprawdzie to inny Nowy Jork niż ten znany nam z większości amerykańskich filmów, bo przedstawiony raczej jako zbiór zwyczajnych, mało widowiskowych zaułków niż imponujący widok z lotu ptaka (z obowiązkowym zbliżeniem na Manhattan) - ale mimo to zmiana tempa narracji jest wyraźnie wyczuwalna. Piosenki są inne, jakby lżejsze, mniej intensywne niż w Once. Motyw nagłej, wielkiej, iście nowojorskiej kariery też odgrywa tu sporą rolę. Inne są również historie bohaterów, chociaż potraktowane są, na szczęście, równie prawdziwie i niekiczowato jak w przypadku muzyków z Dublina. Wszystko to przekłada się na, po prostu, inny klimat filmu. A i obsadzenie w głównych rolach znanych twarzy (Keira Knightley, Mark Ruffalo, Adam Levine (wokalista Maroon 5)) zamiast nikomu nieznanych debiutantów wpłynęło na mój odbiór całej tej historii...

To dobry film. Naprawdę dobry. Podobał mi się ten klimat, podobały mi się historie, zakończenie (które udało mi się zresztą przewidzieć ^^), muzyka. Dla mnie pozostaje jednak daleko w tyle za Once. Tamta historia wydała mi się bliższa, bardziej autentyczna i poruszająca. Wolę tę prostotę Once od bardziej zamerykanizowanego Begin Again. Muzycznie też jest tu słabiej; nie jestem fanką ani Maroon 5, ani wokalisty tego zespołu i choć teraz, po kilkakrotnym przesłuchaniu, Lost Star zaczyna mi się wkręcać, to jednak tuż po seansie nie potrafiłam zanucić żadnego z utworów. Dla porównania, po pierwszym obejrzeniu Once kładłam się spać nucąc w kółko Falling Slowly... Keira Knightley śpiewa w filmie bardzo delikatnie i subtelnie - i tak pewnie miało być, ale dla mnie było to za delikatne, żeby chwyciło mnie za serce. Niby ładnie, ale bez rewelacji...

Robię krzywdę temu filmowi. Once jest jednym z moich ulubionych filmów - obejrzany trzy razy, 9,5 gwiazdki - nietrudno wypaść przy tym blado. Begin Again spodobał mi się mniej, fakt - ale nie zmienia to faktu, że był to bardzo przyjemny seans. Zdecydowanie najprzyjemniejszy w ciągu minionych dwóch tygodni.

Ach, i samogrające instrumenty! To mi się podobało: magiczna zdolność Dana do usłyszenia pięknej aranżacji do prostej, zwyczajnej piosenki. I jego wizje smyczków samych śmigających po strunach czy uderzających o siebie talerzy. Bardzo udana scena.

A na koniec, rzecz jasna, trochę muzyki. Sami zobaczcie, czy ma szansę przypaść Wam do gustu:




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails