poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Co słonko widziało #17: baśniowo i magicznie

Dobrze czytacie: w tym tygodniu odpuściłam sobie wszelkie mądre, spokojne i dojrzałe filmy, a zajęłam się dopieszczaniem mojego wewnętrznego dziecka. Było kolorowo, magicznie, odprężająco i zupełnie nierealistycznie. I dobrze. Trzy z tegotygodniowych pozycji to reinterpretacje znanych nam wszystkim baśni: Śpiącej królewny, Roszpunki i Pięknej i Bestii. Dorzuciłam do zestawu również zaległych Strażników Galaktyki, bo to w zasadzie też trochę baśń. Jest magia? Jest. Walka dobra ze złem? Też jest. A że dekoracje trochę inne...

Przyjemnego czytania! I oglądania, jeśli (mam nadzieję!) uda mi się Was do któregoś z tych filmów zachęcić.


1. Guardians of the Galaxy // Strażnicy Galaktyki (2014; USA) - 6/10

Tylko proszę, drodzy ewentualni fani, nie zjedzcie mnie za tę szóstkę. Pisałam już o tym, jakim cudem (i z jak przeogromnym entuzjazmem...) wylądowałam na tym filmie, ale na wszelki wypadek napiszę to jeszcze raz, czarno na białym: nie należę do grupy docelowej Strażników Galaktyki. O Marvelu nie wiem nic - dosłownie, zero absolutne. Nie lubię komiksów o superbohaterach, nie lubię filmów sci-fi, nie lubię, kiedy akcja dzieje się w kosmosie (chyba że to film z gatunku Kontaktu - widzicie różnicę i rozumiecie, prawda?), nie lubię ledwo naszkicowanej fabuły i tuszowania jej braku przez niekończące się ucieczki i pościgi (poważnie, zanudza mnie to na śmierć...) i  nie lubię... No, może nie "nie lubię", ale na dźwięk słowa "3D" zapala mi się w mózgu ostrzegawcza lampka - bo prawdopodobieństwo tego, że dany film jest pozbawionym fabuły gniotem, stworzonym tylko dla efektów specjalnych, gwałtownie wzrasta. W dodatku - wisienka na torcie... - dopiero w drodze do kina uświadomiłam sobie, że tym razem idziemy do multipleksu, ergo - film będzie zdubbingowany. Po niemiecku.
No właśnie.
Wypisałam tu tę litanię nie po to, żeby sobie pomarudzić, tylko żeby uświadomić Wam, że szóstka - według filmwebowej skali ma to znaczyć "niezły" - to w tym przypadku zaskakująco wysoka ocena. Przed seansem nastawiałam się na co najwyżej czwórkę i dwie nudne, ciężkie do wysiedzenia godziny. A tymczasem było naprawdę "nieźle" i mimo paru słabych punktów, mimo że to film nie dla mnie, to - przyznaję z ulgą - po prostu dobrze się na Strażnikach Galaktyki bawiłam.

Zacznę od tego, co podobało mi się w tym filmie najmniej. O dziwo nie są to wcale ucieczki i pościgi, których wcale aż tak dużo tu nie było (+1 dla filmu!), a tandetne, napuszone, kompletnie z księżyca wzięte dialogi. Możliwe, oczywiście, że to Niemcy spaprali swój dubbing i w oryginale brzmiało to lepiej, ale jakoś ciężko mi w to uwierzyć. Nie bardzo wiem, jak można by stworzyć kwiatki w rodzaju Przez całe moje życie otaczali mnie wrogowie. Miło będzie żyć, dla odmiany, wśród przyjaciół, gdyby wersja wyjściowa była mniej patetyczna. Zresztą, cała ta scena, w której drugoplanowi bohaterowie deklarują, że przyłączą się do Petera (Chris Pratt), wygląda jak parodia rady u Elronda z Drużyny Pierścienia. Prawie się zdziwiłam, że Gamora (Zoe Saldana), po wygłoszeniu powyższej deklaracji, nie dodała: You have my sword...

Film ma też parę luk logicznych, które fani Marvela może będą potrafili jakoś załatać, ale taki laik jak ja już nie za bardzo. Pominę już szczegóły związane z samym wszechpotężnym kryształem (czy co to tam było...), ale czy ktoś mógłby wytłumaczyć mi, w jaki sposób "ten zły", czyli Ronan (Lee Pace), miał zamiar stanąć na powierzchni planety, dotknąć jej wszechpotężnym-artefaktem-od-którego-zależą-losy-świata, zniszczyć w ten sposób całą tę planetę, a jednocześnie samemu pozostać nietkniętym? Przecież nie miałby już nawet na czym stać. Pominął ten szczegół czy co?

I jeszcze jedna kwestia - zakładam, że wynikająca z oryginału. Mówimy o planecie położonej miliardy lat świetlnych od Ziemi, na totalnym kosmicznym wywiejewie - jakim więc cudem mieszkańcy tej planety wyglądają jak zieloni albo różowi Ziemianie? Wynika to jakoś z uniwersum Marvela czy komuś tu po prostu zabrakło wyobraźni? Możliwe, oczywiście, że autor jest wyznawcą celowości ewolucji i chciał w ten sposób dać wyraz swoim przekonaniom, ale jakoś... Nie. Nie bardzo w to wierzę.

Co mi się więc podobało? Reszta! Akcja jest wartka, bohaterowie wystarczająco różnorodni, by każdy znalazł tu swojego faworyta, sporo tu humoru (o ile do głosu nie dochodzą te nieszczęsne patetyczne nuty), pojawiają się też - autentycznie zabawne - elementy parodii. 3D jest cieszącym oko dodatkiem, nie zamiennikiem fabuły. Pojawiły się tu też dwie przepiękne sceny - obie z udziałem entopodobnego stwora, Groota; w pierwszej z nich rzeczony Groot wyczarowuje coś na kształt świetlików, w drugiej tworzy kokon wokół bohaterów i znów rozświetla ich "pieczarę" iskierkami światła. Zachwycające, romantyczne, piękne i w zasadzie zupełnie niepasujące do reszty filmu - ale w tym przypadku bardzo mi się ten kontrapunkt spodobał.

I tak, zbierając to wszystko do kupy, przymykając oko na parę niedociągnięć ("To taki gatunek, nie wymagaj za dużo..."), a jednocześnie pamiętając, że z czegoś ta moja niechęć do gatunku samego w sobie wynika ("Siódemka?! Ale pamiętasz, jakie filmy oceniałaś na siedem? Wykluczone, wyżej niż sześć nie dam...!") stanęło na szóstce. I to naprawdę pozytywna, zadowolona szóstka.


2. Maleficent // Czarownica (2014; USA) - 7/10

Oceny (przynajmniej moje ^^) bywają zaskakujące. W poprzednim przypadku wystawiłam "zadowoloną szóstkę" - tu natomiast pojawia się rozczarowana siódemka. "Rozczarowana" nie dlatego, żeby film był zły - przeciwnie, to bardzo ciekawa reinterpretacja baśni o Śpiącej Królewnie, a efekty są tak piękne, że pluję sobie w brodę, że nie poszłam na ten film do kina - ten jeden raz naprawdę chciałabym, i to bardzo, zobaczyć film w 3D! Boli mnie jednak to, że Maleficent mogła być czymś więcej. Naprawdę chciałabym wystawić temu filmowi wyższą ocenę, na to się zresztą nastawiałam - i strasznie żałuję, że nie mogę. Jest dobrze, naprawdę dobrze, ale kurczaki, nietrudno dostrzec, że mogłoby być jeszcze lepiej...

Nie będę streszczać filmu, bo oryginalną baśń zna chyba każdy, a zbytnie odkrycie historii Maleficent zabrałoby Wam dużo przyjemności z oglądania. Disney dokonuje tu rzeczy, jak na to studio, niewyobrażalnej: pokazuje, że zło nie bierze się znikąd. Zła Diabolina, która uwzięła się na słodką, nieszczęsną Aurorę, "bo tak", ustępuje tu miejsca ufnej, kochającej kobiecie, której serce zostaje złamane, a zaufanie zawiedzione. Disney polemizuje nawet z motywem pocałunku prawdziwej miłości, jakże często wykorzystywanym w ichnich produkcjach...! Cud nad cudy, wreszcie do tego doszli...

Najjaśniejszymi punktami filmu są scenografia, efekty specjalne i Angelina Jolie w tytułowej roli. Baśniowa kraina, w której wychowuje się młoda Maleficent, jest tak magiczna, kolorowa, zachwycająca, że aż chciałoby się samemu do niej przenieść. Robiła wrażenie nawet w średniej jakości dwuwymiarze. O aktorstwie Angeliny nie wiem nawet, co napisać; nie znam jej za bardzo jako aktorki (widziałam ją chyba tylko w Tomb Raiderze i Mr and Mrs Smith - trudno tu mówić o aktorstwie...), ale jako Maleficent wypadła niesamowicie wiarygodnie. Zero jakiegokolwiek wrażenia sztuczności.

Z tego co do tej pory wyczytałam, sporo kontrowersji wzbudza obsadzenie Elle Fanning w roli księżniczki Aurory. Jasne, każdy by pewnie chciał, żeby filmowa Aurora była wysoką, wiotką, niebieskooką blondynką, miała idealne rysy, uroczy uśmiech, pięknie śpiewała, żeby sarenki jadły jej z ręki, żeby była, rzecz jasna, dobrą aktorką, a w dodatku miała mniej więcej szesnaście lat. Tylko jakoś nikt taki nie przychodzi mi do głowy. Elle wydaje mi się tu całkiem dobrym kompromisem; najpiękniejszą nastolatką świata nie jest, ale jest całkiem ładną, niebieskooką blondynką, ma szczery i ciepły uśmiech, wiek też się zgadza. Aktorskiego popisu nie dała, bo też i niespecjalnie dużo miała do grania. Wiąże się z tym, co prawda, jeden zgrzyt: dziwił mnie zupełny brak zdziwienia czymkolwiek u Aurory, niezależnie od tego, czy znalazła się nagle wewnątrz magicznej krainy, czy tez dokonała wielkiego odkrycia związanego z przeszłością Maleficent. Nie wiem tylko, czy to wina Elle, scenariusza czy reżysera, chociaż obstawiałabym to ostatnie. Tak czy inaczej, Elle nawet nie próbuje udawać zdziwionej, co w obu tych sytuacjach było dla mnie zupełnie niezrozumiałe...
Film jest dobry i przyjemnie się go ogląda, ale ma jedną zasadniczą wadę: jest zwyczajnie za krótki. Półtorej godziny wystarcza, by opowiedzieć historię Maleficent, ale nie, by pozwolić widzowi się w nią wczuć. W związku z tym nie pozostaje nam nic innego, jak uwierzyć na słowo narratorce, kiedy ta opowiada o uczuciach łączących Maleficent z poszczególnymi bohaterami opowieści. Brakowało mi pogłębienia ich relacji, większej liczby scen, dzięki którym mogłabym prześledzić rozwój tych związków. Filmowi brakuje też porządnego punktu kulminacyjnego - domyślam się wprawdzie, co miało nim być, ale średnio to twórcom wyszło. Po seansie pozostał mi pewien niedosyt, jakby nie udało mi się dotrzeć do sedna opowieści. Maleficent mogła (i powinna!) być bardzo emocjonującym i angażującym widowiskiem - a tymczasem wyszło to dość sucho i chłodno. Czegoś tu brakuje i wydaje mi się, że to właśnie kwestia tych dodatkowych 20-30 minut.

To dobra reinterpretacja, z pięknymi widokami, efektami specjalnymi, ciekawie rozłożonymi akcentami, wartościowym morałem i nietuzinkową, tragiczną postacią Maleficent. Niemniej jednak - i tak jestem na ten film prawie zła. Niby lepsze jest wrogiem dobrego, ale tu do tego "lepszego" brakowało tak niewiele, że nie mogę zrozumieć, dlaczego reżyser nie poszedł o krok dalej i nie nakręcił filmu, który poruszyłby widza i został mu w pamięci na dłużej. Szkoda mi takich zmarnowanych szans. Stąd też ta "rozczarowana siódemka", która miała być co najmniej ósemką, ale jej się nie udało...


3. Tangled // Zaplątani (2010; USA) - 7/10

Tym razem zawyżonych oczekiwań nie miałam, więc mamy do czynienia z najnormalniejszą w świecie, zadowoloną, dobrze się bawiącą siódemką ;).

Jeżeli nie słyszeliście o Zaplątanych i nie macie pojęcia, o co tu może chodzić, zerknijcie na plakat po lewej. Konkretniej - na włosy bohaterki. Konkretniej - na ich długość. Tak, to znana nam skądinąd Roszpunka w nowej, przystosowanej do dzisiejszych realiów wersji. Nie chodzi mi tu o dekoracje - te pozostają baśniowo-klasyczne - ale o charakter i zachowanie głównej bohaterki. Eteryczne mimozy, czekające z utęsknieniem na księcia z bajki, już się dziś nie sprzedają. Współczesne wersje disnejowskich księżniczek są błyskotliwe, mają cięty język, potrafią wziąć los w swoje ręce, a w ostateczności nawet znokautować przeciwnika patelnią.

Zaplątani są uroczym filmem i wprawdzie mojego życia ten seans nie zmienił, ale znalazłam w nim wszystko, czego oczekuję od dobrej bajki. Animacja jest co najmniej dobra, a momentami wręcz przepiękna: scena z lampionami (która widnieje tez na powyższym plakacie...) całkowicie mnie oczarowała i fakt, że to tylko animacja, nijak nie zmniejszył mojego zachwytu. Uroczy są również bohaterowie: Roszpunka jest żywiołowa i pełna pasji (trudno było mi odpędzić się od skojarzeń z Anną z Frozen, zwłaszcza przy bardzo podobnych motywach z życia obu bohaterek: odizolowanie, zamknięcie, wreszcie szansa poznania zewnętrznego świata, pełna ekscytacja, a nawet piosenka z gatunku For the First Time in Forever), a jej "wybawiciel", Flynn, to sympatyczny zawadiaka o szelmowskim uśmiechu i (rzecz jasna...) złotym, wrażliwym sercu. Sceny z udziałem ich obojga - a jest ich tu bardzo dużo - skrzą się lekkim, niezobowiązującym humorem. Do tego dochodzi inteligentny koń o wysoce rozwiniętym poczuciu sprawiedliwości, wytrwale ścigający biednego Flynna, a także najsłodszy bohater filmu - mały kameleon, Pascal, od maleńkości towarzyszący samotnej Roszpunce.

Sama historia jest prosta, co jest mieczem obosiecznym: z jednej strony nie ma tu luk fabularnych czy nieprawdopodobnych zwrotów akcji (vide: Frozen i historia z Hansem...), ale z drugiej - próżno szukać tu czegokolwiek, co by tę opowieść pogłębiło. Jest bunt przeciw autorytetom, pragnienie wolności, spełnianie marzeń, są źli bohaterowie myślący tylko o sobie (tu pojawia się małe ukłucie żalu: Gothel opiekowała się Roszpunką przez 16 lat, czy aby na pewno w ogóle się do niej nie przywiązała? Pomijając jej obsesję młodości, nie była przecież chodzącym potworem. Można by też pójść trochę w tym kierunku...) i wielka, gotowa do najwyższych poświęceń miłość. Wszystko to podane w bardzo ładnych dekoracjach. Zaplątani nieśmiało wracają też na stary, musicalowy szlak, na który kilka lat później - i z dużo większą werwą - wkroczyło również Frozen. Muzyki jest tu mniej niż w przypadku Krainy Lodu i jakoś mniej wpada w ucho - hitu na miarę Let It Go (czy For The First Time In Forever, czy nawet Love Is An Open Door...) brak - ale ładnie wkomponowuje się w całą historię i dla miłośniczki musicali (to ja ^^) stanowi bardzo przyjemny dodatek do bajki:



(Uwaga, to może być mały spoiler!)


Wydaje mi się, że Frozen - mimo jego wad - minimalnie bardziej przypadło mi do gustu. Jakoś bardziej przemawia do mnie historia dwóch sióstr niż wielkiej true love - może dlatego, że to już było, i to tyle razy... Ale to przyjemna bajka i spokojnie mogę ją Wam polecić, jeśli macie akurat wolny wieczór i ochotę na trochę czystej, urzekającej rozrywki :).


4. La Belle & la bête (2014; Francja, Niemcy) - 7/10

Twórcy najnowszej wersji Pięknej i Bestii - w przeciwieństwie do studia Disneya w Maleficent - nie bawili się w stawianie oryginalnej historii na głowie i zamienianie złych bohaterów w dobrych, a dobrych w złych. La Belle & la bête to w miarę wierna adaptacja znanej nam wszystkim baśni. Pozmieniano parę szczegółów, dodano więcej magii (takiej prawdziwie magicznej magii, z nimfami, bogami lasu i uzdrawiającymi źródełkami, nie tylko samotną, zaklętą różę...), namieszano też w przeszłości Bestii (nigdy wcześniej nie spotkałam się z takim wytłumaczeniem klątwy, ale dajcie mi znać, jeśli coś przeoczyłam) - ale istota baśni pozostała taka sama. Ojciec zrywa różę, Bestia wpada w szał i każe mu tylko pożegnać się z rodziną i wrócić, Belle ubiega go i sama wyrusza do zamku.

Miałam wątpliwą przyjemność oglądać ten film z tragicznymi napisami - poważnie, to było najgorsze tłumaczenie filmu, jakie w życiu widziałam i miałam wrażenie, że osoba, która je robiła, nie zna porządnie ani angielskiego (to na pewno...), ani nawet francuskiego. Jako że moja francuszczyzna kończy się na zwrotach z gatunku jamais i d'accord (i nawet zapomniałam już, jak się je poprawnie pisze, haha...), bardzo utrudniło mi to odbiór filmu. Za fabułą, co prawda, nadążałam, zestawiając ze sobą obrazy i to, co być może miały oznaczać te pseudo-napisy, ale nie miałam szans zrozumieć jakichkolwiek niuansów czy subtelności językowych.

Tym bardziej niesamowite jest to, że film i tak się obronił. Przede wszystkim dzięki warstwie wizualnej. Scenografia i kostiumy są dopieszczone w najdrobniejszych szczegółach, a niektóre zdjęcia to małe dzieła sztuki. Pnące róże oplatające schody pałacu Bestii, wystawne kolacje, śnieżne zamiecie, suknie, wiejski domek rodziny Belli - wszystko to jest piękne, nastrojowe, tajemnicze. Magii jest tu sporo, ale takiej właśnie niebezpiecznej, mistycznej magii, z którą trzeba ostrożnie się obchodzić. Bywa też trochę strasznie. Natrafiłam przed chwilą na komentarz oburzonego rodzica, który obejrzał ten film z dzieckiem i aż mnie zatkało wobec takiej ignorancji. To nie jest film dla dzieci. Naprawdę, to, że tytuł to Piękna i Bestia nie znaczy jeszcze, że to film familijny. Ba, powiedziałabym wręcz, że Piękna i Bestia w ogóle nie jest bajką dla dzieci, tylko Disney ją na taką przerobił. A ta Piękna i Bestia absolutnie się dla małych dzieci nie nadaje.

Niestety, fabuła nie jest już dopracowana tak, jak scenografia i kostiumy (po seansie udało mi się znaleźć rozsądne napisy i przeczytałam je "na sucho", w razie wątpliwości ;)). Kuleje przede wszystkim wątek romantyczny, który (ZNÓW) jest zupełnie niewiarygodny. Za mało tu wspólnych scen Belle i Bestii, za mało stopniowego przekonywania się do siebie. Bohaterowie widują się w zasadzie tylko podczas kolacji, kiedy to zamieniają ze sobą kilka słów. Wprawdzie Belle śni o przeszłości Bestii i w ten sposób z czasem poznaje tajemnicę ciążącej na nim klątwy, ale czy to wystarczy do miłości? Brakuje tu romantyzmu i/albo erotyzmu. Czegokolwiek, dzięki czemu widz nie miałby wrażenia, że Belle "pokochała" Bestię z litości.

Sądząc po moich ostatnich doświadczeniach filmowych, stworzenie wiarygodnego wątku romansowego przerasta większość reżyserów...

Fabularnie jest więc przeciętnie albo i gorzej: nie zaprezentowano nam niczego nowego, a w dodatku wyprano starą opowieść z uczuć. Ale te widoki, ten klimat, te kolory...! Swoją drogą, zastanawia mnie symbolika ogniście czerwonej sukni, w której Belle odwiedza rodzinę. A raczej nie tyle sama symbolika, tylko to, czy w ogóle tam jest. Ta czerwień jest bardzo mocno sugestywna, a miny braci Belle dodatkowo utwierdzają mnie w moich przypuszczeniach. Nie wiem tylko, kto komu chce tu coś sugerować: reżyser widzom czy Bestia rodzinie Belle...?

To uczta dla oczu i smakowity kąsek dla fanów magicznych opowieści. Jeśli jesteście w stanie przełknąć wzięte z kapelusza uczucie Belli i Bestii - możecie brać się do oglądania. Życzę Wam szczęścia w poszukiwaniu lepszych napisów :).

1 komentarz:

  1. Przed chwileczką skończyłam wpis o Strażnikach Galaktyki, wchodzę na bloglovin, a tam Ty i u Ciebie też Strażnicy! Ale faaaaaaajnie :))

    Mi się bardzo podobało. Baaaaaaaaardzo dawno tak nie rechotałam w kinie i tak mi się nie podobało.
    Boli mnie to, że oglądałaś z niemieckim dubbingiem. Dubbing to zło.
    Gdybym miała fajną opcję przeniesienia się do kraju, gdzie mogłabym więcej zarabiać, ale filmy aktorskie są dubbingowane to bym podziękowała za tę możliwość, ale ja jestem chora na tym punkcie. Kino zajmuje zbyt dużą część mojego życia. Portfel płacze czasami, ale co tam ;)

    Scena, o której piszesz (rada Elronda :D) to oczywista klisza i twórcy sami się z tej kliszy śmieją tekstami Rocketa. To zdanie przetłumaczone jest kropka w kropkę z oryginału i oczywiście, że to patos jak cholera, ale z takim dystansem, że zwijałam się ze śmiechu. [i co? teraz wszyscy stoimy w kółko! o to ci chodziło?] :P
    Zgadzam się z tym, że powinny być bardziej różnorodne rasy, a nie tylko kolorowi ludzie. Powinni wziąć przykład z Gwiezdnych Wojen i postarać się o większą różnorodność.

    O Maleficent mam podobne danie. To piękny film, świetna Angelina i oryginalna interpretacja baśni, ale czegoś tu zabrakło do pokochania. Możliwe, że to za mało czasu. Może dostaniemy jakąś wersję reżyserską? Bardzo bym chciała.
    Elle jest śliczna, niewinna i ma piękny, szczery uśmiech (zauważyłam to już w Somewhere). Ta dziewczyna kiedy się uśmiecha to nie widać, żeby grała, ale właśnie jakby usłyszała najwspanialszą rzecz na świecie. Nie miała tam za dużo do grania, więc podoba mi się ten casting.

    Żeby docenić aktorstwo Angeliny to polecam Oszukaną (Changeling) i film Gia. bardzo lubię też Original Sin, który jest bardzo dobrym erotykiem, a Angie wygląda tam najlepiej w życiu. Ma jeszcze troszkę ciałka :)

    Tangled uwielbiam! Ale Frozen uwielbiam jednak bardziej ;) Zresztą ja lubię takie bajuchy i piosenki i true love i w ogóleeeee ^^

    La Belle & la bête dopiero przede mną. Niestety nie grają tego u nas w kinach i nie wiem, czy w ogóle będą grać :( Ale obejrzę na pewno! Chociaż nie przepadam za Vincentem Casselem, a i Lea Soydeux to raczej mało ekspresyjna aktorka i jeszcze nie przekonała mnie w żadnej roli. Oglądam czasami kino francuskie i mniej więcej ogarniam, co tam u nich słychać (zostało mi z czasów intensywnej nauki tego języka), więc Piękną i Bestię muszę nadrobić.

    Ale się rozpisałam! ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts with Thumbnails