niedziela, 17 sierpnia 2014

Co słonko widziało #16: Musicale!

Wiem, aż trudno w to uwierzyć, ale nareszcie opublikuję niedzielnego posta w niedzielę! Tym razem wzięłam na tapetę musicale, postaram się więc zastąpić moje zwykłe gadulstwo piosenkami, które powiedzą Wam sto razy więcej niż moje wywody. Filmy są trzy, wszystkie dość stare, a dwa z nich spokojnie można zaliczyć do filmowej/musicalowej klasyki. I każdy z nich - nawet jeśli niekoniecznie z tych samych powodów - warty był poświęconego mu czasu.


1. Jesus Christ Superstar (1973; USA) - 7/10

Oboje z mężem nabraliśmy ochotę na ten musical kiedy odkryliśmy, że jedna ze znanych nam i dość popularnych kościelnych piosenek (pieśń brzmi jak na to trochę zbyt dostojnie...) pochodzi właśnie stąd. Ba, nawet na ślub ją sobie wybraliśmy, bo jest na tyle popularna, że ma i niemiecką, i polską wersję :). Fabuła musicalu nikogo chyba nie zaskoczy: to dość luźno potraktowana relacja z ostatnich dni Jezusa. Mamy tu Judasza, który uważa, że tłumy wyznawców zaczynają wymykać się Jezusowi spod kontroli i trzeba coś z tym zrobić; zagubioną Marię Magdalenę, która nie potrafi zrozumieć, czym jest to, co czuje; zaniepokojonych faryzeuszy, bojących się ingerencji Rzymu; zblazowanego Heroda; i, przede wszystkim, samego Jezusa - zrezygnowanego i zmęczonego po trzech latach nauczania.

Początkowo nie byłam zachwycona. Delikatnie mówiąc. Historia była przerabiana już tyle razy, że nie ma tu mowy o oryginalnej fabule, piosenki brzmiały przeciętnie, teksty też nie raziły głębią. Dopiero po czasie pojawiło się kilka zapadających w pamięć utworów, w których aktorzy mogli pochwalić się umiejętnościami wokalnymi. Zwłaszcza grający Jezusa Ted Neeley dopiero w Gethsemane - a.k.a. modlitwie w Ogrójcu - mógł zaprezentować mocny, robiący wrażenie głos. Piosenka z Ostatniej Wieczerzy również jest jedną z najlepszych z całego musicalu, aczkolwiek trochę dziwi mnie śpiewanie jej w kościołach - oryginał ma dosyć ironiczny wydźwięk, który w tłumaczeniu (na pewno zupełnie przez przypadek...) wyparował.

Gdybym miała wytypować idealną grupę docelową tego musicalu, postawiłabym na chrześcijan, którzy potrafią podejść do swojej wiary bez nabożnego zadęcia. Co nie znaczy, że nie-chrześcijanom się nie spodoba (z kolei ortodoksyjni chrześcijanie mogą poczuć się zgorszeni tak rozrywkowym potraktowaniem tej historii). Pod względem religijnym film jest, w moim odczuciu, bardzo neutralny. Jezus jest tu przedstawiony jako pełen mądrości duchowy przywódca, który bezskutecznie próbuje przekazać swoje ideały uczniom; ewidentnej fizyczności - jak w ociekającej krwią Pasji Gibsona - brak; a jednocześnie twórcy omijają biblijne wątki cudów, zmartwychwstania i wszelkich innych zdarzeń nadprzyrodzonych. Tu i ówdzie pojawia się stylizacja na dzisiejsze czasy; jerozolimski tłum przypomina zgraję hippisów, a Herod i jego towarzysze są żywą parodią współczesnego show-biznesu. Od siebie dodam też, że bardzo podobała mi się mimika Jezusa; przez większość filmu wyglądał, jakby szykował się do gigantycznego facepalma (co, biorąc pod uwagę kompletny brak zrozumienia wypisany na twarzach apostołów, niespecjalnie mnie dziwi).

Dość gadania, czas na muzykę!







2. My Fair Lady (1964; USA)

To tak znany musical, że nie wiem, czy jest sens, żebym w ogóle cokolwiek o nim pisała. Sama obejrzałam go wiedząc dokładnie, czego się spodziewać: piosenek (z najsłynniejszym I Could Have Danced All Night na czele) słuchałam wcześniej wielokrotnie i nawet zdarzyło mi się widzieć ten musical na żywo - w dość śmiesznej wersji językowej, bo po polsku z oryginalnymi napisami nad sceną. Dość karkołomny pomysł, bo to niestety jeden z tych filmów/musicali, których nie da się porządnie przetłumaczyć na jakikolwiek język obcy. Cała fabuła zasadza się właśnie na zmaganiach ulicznej kwiaciarki, Elizy Doolitle, z językiem angielskim; spotkany przypadkiem znany fonolog zakłada się bowiem z przyjacielem, że w ciągu pół roku wykształci Elizę na damę z wyższych sfer i jako taką zabierze ją ze sobą na królewski bal. Główną przeszkodą w całej mistyfikacji jest właśnie język, jakim posługuje się Eliza - nawet nie słownictwo, ale jej wymowa. I jak coś takiego przetłumaczyć na polski...? Oryginalna wersja ma w sobie kilkakrotnie większą dawkę humoru niż tłumaczenie, które oglądałam...

Wysiłki Elizy i profesora Higginsa są momentami bardzo zabawne, podobnie jak sztucznie dystyngowany akcent, którego nabiera Eliza w połowie filmu. Sporo tu też rozbrajającej ironii; ad hoc przychodzą mi do głowy komentarze Higginsa na temat Francuzów, którym obojętne jest, co mówią, byleby tylko wymówili to poprawnie czy Amerykanów, którzy od lat nie mówili po angielsku, a także cała postać ojca Elizy, biednego pijaczyny, który - jak sam twierdzi - nie ma sumienia, bo go na to nie stać. Audrey Hepburn jest, standardowo, piękna, wykonaniom nie można niczego zarzucić (może poza tym, że Audrey na pewno nie śpiewała aż tak źle, żeby w ostatniej chwili wycinać jej głos...) i nawet różnica wieku między głównymi bohaterami niezbyt mi przeszkadzała.

Co mi się natomiast nie podobało to słaba synchronizacja dźwięku i obrazu - film jest zdubbingowany i to widać, bo ruchy ust średnio mają się do tego, co ucho w danym momencie słyszy. Sama historia też jest średnio realistyczna i zalatuje nutką szowinizmu; Henry Higgins jest, w gruncie rzeczy, niezbyt sympatyczną postacią i sposób, w jaki odnosi się do Elizy, nie spodobałby się chyba żadnej szanującej się kobiecie. Plus z kolei za to, że Eliza dzielnie walczy o swoje. Chemii między bohaterami nie ma w ogóle, ale chyba jeszcze nie widziałam musicalu, któremu udałoby się obejść ten problem, więc średnio mi to przeszkadza. Przyjmuję tę musicalową umowność...

I znów, czas na muzykę!


(Tu powinno pojawić się Loverly, ale YouTube mnie znów zawodzi, więc muszę przekierować Was TU. Warto, naprawdę. Chyba lubię ją nawet bardziej niż I Could Have Danced..., co czyniłoby ją moim numerem 1.)



(I Could Have Danced All Night jest, o zgrozo, niedostępne. Zerknijcie na Wasze normalne, polskie YouTuby, powinno tam być - znowu warto! W Niemczech połowa filmów jest zablokowana, stąd pewnie ten niespotykany nieurodzaj...)




3. The Sound of Music // Dźwięki muzyki (1965; USA) - 7,5/10

Kolejny klasyk, ale tym razem, dla odmiany, do wczoraj kompletnie mi nie znany. No, może fragmentami kilku piosenek, które dosłownie parę razy obiły mi się o uszy. Dzięki dawnej koleżance wiedziałam tylko tyle, że to historia młodej prawie-zakonnicy, która opuszcza klasztor i zostaje guwernantką w domu owdowiałego kapitana.

Od razu na wstępie uprzedzę: fabuła - a zwłaszcza sposób jej przedstawienia - jest do bólu naiwna. Wojskowy rygor, jaki panuje w domu kapitana zaprezentowany został w bardzo przerysowany sposób. Dziewczyna, Maria, jest młoda i ładna, kapitan owdowiały - nietrudno domyślić się, co z tego wyniknie. Wprawdzie kapitan jest surowy i nieprzystępny, a w dodatku ponoć ma się żenić z pewną bogatą baronową, ale cóż to dla imperatywu narracyjnego? Surowość i wojskowy rygor odchodzą w niepamięć w jednej chwili, kiedy kapitana wzrusza śpiew jego dzieci, a baronowa nagle okazuje się być nieodpowiednią kandydatką na żonę. Uczucie, którym ponoć darzy się para głównych bohaterów jest kompletnie niewiarygodne i nawet przymknięcie oka niewiele tu daje.

Z drugiej strony, przesłanie filmu jest piękne. Muzyka leczy zranione dusze, przywraca w domu kapitana radość i miłość, pozwala uczuciu bohaterów (ekhm...) rozkiwtnąć. Jedynymi naprawdę negatywnymi postaciami są pojawiający się pod koniec filmu hitlerowcy; reszta jest w najgorszym wypadku neutralna, a większości z nich nie sposób nie lubić. Wspaniałą bohaterką drugoplanową jest matka przełożona klasztoru, która wręcz zabrania Marii ucieczki do zakonu i zmusza ją do stawienia czoła jej problemom. Chyba każdemu z nas przydałaby się taka osoba, która znałaby nas lepiej niż my sami i nie pozwoliła nam robić głupot, których tak naprawdę wcale nie chcemy... Mi w każdym razie na pewno. Gdzie jest moja matka przełożona?

Fabularna naiwność razi, ale pod względem muzycznym to najlepszy z tych trzech musicali. Bez dwóch zdań. Piosenek jest dużo, wykonane są pięknie, wpadają w ucho i od rana nie mogę przestać ich nucić :). Są też chyba najlepiej wkomponowane w całą opowieść. Stąd też najwyższa ocena - bo musicale oglądam przede wszystkim dla muzyki!





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails