wtorek, 12 sierpnia 2014

Co słonko widziało #15: tydzień (a nawet trzy) skandynawski

Przyjaciel męża podarował nam wczoraj dwie wejściówki na przedpremierowy (tj. w Niemczech, bo w Polsce premiera już była...) pokaz Guardians of the Galaxy, w związku z czym wolny wieczór diabli wzięli i wpis rzeczywiście mi się opóźnił. O samym filmie napiszę może w tygodniu - może, bo nie wiem, czy jest sens, żeby wypowiadała się na jego temat osoba tak dogłębnie niezainteresowana i niezorientowana w tej materii jak ja. Gdybym miała stworzyć listę najbardziej niezachęcających filmowych doświadczeń, to ekranizacja komiksu, którego akcja dzieje się w kosmosie, obfitująca w pościgi i strzelaniny, w 3D i - co najlepsze - z niemieckim dubbingiem byłaby z pewnością na czele stawki. Co najmniej w pierwszej trójce. Poszłam tam właściwie tylko dla rzeczonego przyjaciela i jego kilkunastominutowej prezentacji tuż przed projekcją. No, i trochę z ciekawości - żeby obejrzeć raz coś innego, może nawet trochę się do tego przekonać.

Fanką raczej nie zostanę, ale bawiłam się całkiem nieźle, a sam film - co mogę zdradzić już teraz - dostał ode mnie całe sześć gwiazdek. Bardziej szczegółowo zajmę się nim później. Może.

Póki co jednak - czas na skandynawski tydzień, który rozciągnął mi się do trzech.


1. Smultronstället // Tam, gdzie rosną poziomki (1957; Szwecja) - 8,5/10

Zaczęłam z wysokiego C: od Ingmara Bergmana, którego do tej pory (wstyd się przyznać...) w ogóle nie znałam. Ze wszystkich jego filmów najbardziej kusiły mnie właśnie Poziomki... - zapewne ze względu na apetyczny tytuł :). Jako że nazwisko reżysera zazwyczaj obijało mi się o uszy w kontekście klasyki kina, spodziewałam się jakiegoś wyrafinowanego do obrzydliwości i śmiertelnie nudnego dzieła. Jak wielkie było więc moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że ten film jest... zabawny. Och, komedia to to nie jest, ale sporo w nim elementów komicznych, zgrabnie przeplatających się z ciepłą nostalgią. O nudzie nie ma mowy. To zdecydowanie najlepszy z tych sześciu skandynawskich filmów, które obejrzałam w ostatnich tygodniach...

Głównym bohaterem filmu jest Isak Borg (Victor Sjöström), emerytowany profesor, który wybiera się w podróż do Lundu, gdzie ma otrzymać tytuł doktora honoris causa. I to właśnie ta jego podróż - i w przestrzeni, i w czasie - stanowi główną oś filmu. Z jednej strony mamy tu zupełnie realistyczne, fizyczne przemieszczanie się: bohater siada za kierownicą i wraz z synową (z którą łączą go raczej chłodne stosunki) przemierza szwedzkie drogi, zatrzymując się raz po raz w ważnych dla niego miejscach i poznając nowych, interesujących (niekoniecznie w pozytywnym znaczeniu tego słowa...) ludzi. Z drugiej - wszystkie te stare, dawno niewidziane miejsca przywołują wspomnienia: raz pełne nostalgii i uroku bezpowrotnie minionych czasów, innym razem przybierające postać quasi-surrealistycznych snów.

Urzekła mnie atmosfera tego filmu, chociaż samej mi ciężko określić, na czym ona właściwie polega. Może chodzi o sposób przedstawienia bohaterów? Daleko im do ideałów, popełniają błędy i zdarza im się ranić się nawzajem, a mimo to wzbudzają sympatię i zrozumienie. Reżyser pozostawia im nadzieję na pojednanie, wybaczenie sobie (samym?) starych win czy okazanie sobie nawzajem serca. Oczarowały mnie wspomnienia z młodzieńczych lat Isaka, a "współczesna" historia trójki zwariowanych autostopowiczów, którzy w pewnym momencie dołączają do Isaka i Marianny (Ingrid Thulin), była zabawnym kontrapunktem wobec tej wspomnieniowej nostalgii. Z całego filmu bije spokój i swego rodzaju elegancja. Nie sposób też nie wspomnieć o urodzie obu młodych aktorek: Bibi Andersson (o ile się nie mylę, występująca tu w podwójnej roli: jako Sara - dawna narzeczona Isaka oraz Sara - wyemancypowana autostopowiczka) jest śmieszna i urocza, a Ingrid Thulin jest tak piękną kobietą, że nie ma chyba potrzeby przekonywać kogokolwiek o jej urodzie...

Przekonałam się do Bergmana i z chęcią sięgnę po inne jego produkcje. Póki co postanowiłam jednak dać szansę również innym reżyserom, a Siódmą pieczęć i resztę filmów z długiej, bergmanowej listy odłożyłam na później.


2. Adams æbler // Jabłka Adama (2005; Dania, Niemcy) - 6,5/10

Tytułowy Adam (Ulrich Thomsen) to neonazista, który - w ramach resocjalizacji - zesłany zostaje do małego, wiejskiego kościółka, zarządzanego przez bardzo pozytywnie nastawionego do życia pastora (Mads Mikkelsen). Adam nie musi robić nic specjalnego - ma tylko wyznaczyć sobie zadanie, którym będzie zajmował się przez najbliższe trzy miesiące. Upiekę ciasto - decyduje bez entuzjazmu Adam. Pastor, Ivan, doprecyzowuje zadanie: Adam ma opiekować się parafialną jabłonką, a następnie upiec jabłecznik z wyhodowanych jabłek. W ten sposób główny bohater dołącza do maleńkiej, zamkniętej społeczności, na którą składają się wyjątkowo nieprzeciętne jednostki. A największym oryginałem okazuje się być właśnie promieniujący optymizmem pastor...

To film, który miał potencjał, ale, niestety, nie w pełni go wykorzystano. Jako czarna komedia spisuje się bardzo dobrze: sporo tu zabawnych kwestii i sytuacji, a zaprezentowany humor jest w istocie czarny. Trudno nie zaśmiać się słuchając kazań Ivana o szatanie, który psuje parafialną kuchenkę, żeby przeszkodzić Adamowi w upieczeniu ciasta czy uprzejmego To twój ojciec?, którym pastor kwituje portret Hitlera. Optymistyczne wywody Ivana i jego uparte zaprzeczanie rzeczywistości oscyluje już gdzieś pomiędzy śmiesznym a strasznym. Jest tu też parę scen, które jednych mogą drażnić kiczowatością, ale innym przypadną do gustu właśnie ze względu na tę zamierzoną kiczowatość. Mi w każdym razie groteskowa scena burzy całkiem się spodobała.

Sporo osób zwraca sporą uwagę na religijną wymowę tego filmu. Nie przesadzałabym z tym. Owszem, tematyka wiary się tu pojawia - czego innego można by się spodziewać po takim miejscu akcji? - ale potraktowana jest bardzo lekko i równie niepoważnie jak wszelkie inne wątki. Nie odniosłam też wrażenia, żeby reżyser próbował opowiedzieć się za lub przeciw wierze w Opatrzność. To tylko dekoracja, pretekst do rozwoju fabuły.

A jednak czegoś mi w tym filmie zabrakło. Jakiegoś głębszego sensu, czegoś więcej niż materiału do pośmiania się. Przyznam też, że nie zawsze odpowiadała mi tematyka filmowych żartów; uważam, że mimo wszystko są tematy, z których nie wypada się naśmiewać, a niepełnosprawne dzieci są jednym z nich. To był chyba ten moment, w którym odniosłam wrażenie, że reżyser aż za bardzo stara się, żeby jego film był zabawny; sama nie potrafiłam śmiać się z tego razem z nim i ta wymuszona wesołość zaczęła mnie męczyć.

Plus za to za widoki i aktorstwo. Zaskoczył mnie zwłaszcza Mads Mikkelsen, którego do tej pory kojarzyłam tylko z wklejanych tu i ówdzie gifów z Hannibala, a tymczasem tu zaprezentował się od zupełnie innej strony - i wypadł w tej roli bardzo wiarygodnie. O w ogóle mogę użyć tego słowa w kontekście tego filmu...


3. Babettes gæstebud // Uczta Babette (1987; Dania) - 7/10

Ekranizacja powieści Karen Blixen (autorki Pożegnania z Afryką), której - uprzedzę na wstępie - nie czytałam, ale zapewne dzięki niej wpadłam w ogóle na trop tego filmu. To historia dwóch samotnych sióstr (Bodil Kjer i Birgitte Federspiel), córek miejscowego proroka i założyciela własnego kościoła, które, odrzuciwszy w młodości szansę na miłość i/lub karierę, całe życie spędziły w małej, nadmorskiej osadzie, w której się urodziły. Jako starsze panie przyjmują pod swój dach uciekającą przed rewolucją Francuzkę, tytułową Babette (Stéphane Audran), uzdolnioną kucharkę. Na co dzień kobieta nie ma możliwości wykazać się swoimi umiejętnościami; mieszkańcy mieściny żyją bardzo skromnie, co znajduje swoje odzwierciedlenie również w ich posiłkach. Kiedy jednak w ręce Babette wpada nieoczekiwanie większa suma pieniędzy, kobieta postanawia przygotować prawdziwie francuską ucztę dla całej wspólnoty...

To bardzo spokojny, w pewien sposób bergmanowski film. Fabuła jest prosta, brakuje w niej większych zaskoczeń, a cały urok obrazu opiera się na dwóch filarach: nostalgicznych wspomnieniach z młodości (tak, lubię ten motyw...) i magicznej sile dobrego jedzenia (ten motyw też lubię ^^). Coś jest w tej prostocie, w tym docenianiu fantazyjnych, przygotowanych z sercem potraw i wyniesieniu gotowania do rangi sztuki. Może to kwestia tego, że sama (przynajmniej w przypływach weny twórczej...) lubię gotować i doskonale rozumiem, jak jedzenie może wpływać na nasz nastrój i postrzeganie świata?

Niestety, parę elementów też w tym filmie szwankuje. Aktorstwo mnie nie przekonało, postaci są ledwie nakreślone, a środkowa część filmu - ta między wspomnieniami bohaterek a ucztą - jest dużo słabsza od obu "filarów". Jako wegetarianka nie poczułam się też szczególnie zachęcona przygotowanymi przez Babette potrawami; sam motyw uczty bardzo mi się spodobał, ale niewiele z tych potraw postawiłabym dobrowolnie na własnym stole.

To dobry film na spokojny, leniwy wieczór. Dla większości zapewne nudny, dla nielicznych wybitny. Mnie nie znudził, ale tytułu arcydzieła też z pewnością mu nie przyznam.


4. Simon och Ekarna // Simon i dęby (2011; Dania, Niemcy, Norwegia, Szwecja) - 7/10

Wbrew oficjalnym opisom to nie jest film o dwóch chłopcach (z których jeden jest Żydem) dorastających w Szwecji w czasie II wojny światowej. To przede wszystkim opowieść o poszukiwaniu własnego ja, swoich korzeni, tożsamości; o walce o prawo do innych zainteresowań niż "jedyne słuszne". Motyw żydowskiego przyjaciela, choć przez pewien czas istotny, w drugiej połowie filmu zupełnie traci na znaczeniu. Samej wojny jest tu na lekarstwo; widzimy jej początki, raz na ekranie pojawiają się hitlerowcy, po czym akcja magicznie przenosi się do roku 1945. Nie przepadam za filmami wojennymi, a motyw traumatycznego, wojennego dzieciństwa uważam za bardzo już oklepany, więc ten magiczny przeskok całkiem mi się spodobał.

Głównego bohatera, Simona (Jonatan S. Wächter), poznajemy jako około 10-letniego, zamkniętego w sobie chłopca o wielkiej wyobraźni. Jego najlepszym przyjacielem jest stary dąb, który - jak twierdzi Simon - opowiada mu różne historie. Chłopiec, ku utrapieniu ojca (Stefan Gödicke), nie przejawia najmniejszego zainteresowania budowaniem łodzi, nie potrafi (ani nawet nie chce umieć) się bronić, nie ma przyjaciół (i w ogóle się tym nie przejmuje...), a jego wielkim marzeniem jest nauka w imponującej, miejskiej szkole. Ostatecznie ojciec wyraża na to zgodę, przykazując jednak Simonowi, żeby zapomniał o starym dębie i poszukał sobie prawdziwych przyjaciół. I rzeczywiście, już pierwszego dnia Simon poznaje Isaka (Karl Martin Eriksson), chłopca z bogatej, żydowskiej rodziny...

Największą wadą Simona i dębów jest wtórność. To wszystko już było, w tych czy innych dekoracjach, i choć ogląda się to dobrze, to jednak niewiele scen zaskakuje czy zapada w pamięć. Mamy tu wyświechtany motyw zamienienia się miejscami: biedny Simon jest zachwycony mieszkaniem Isaka, zaprzyjaźnia się z jego ojcem (Jan Josef Liefers) i najszczęśliwszy jest, kiedy mogą wybrać się razem do opery, Isak natomiast z zapałem pomaga ojcu Simona, Erikowi, w przydomowej stoczni i staje się dla niego synem, jakim Simon nigdy nie był i nie będzie. Od czasu do czasu w fabułę wplecione zostają wydarzenia, które w założeniu mają chyba być tajemnicze - szkopuł w tym, że rozwiązanie tych zagadek nie mogłoby być bardziej oczywiste. Paniczny strach Isaka przed SS-manami wypływa, rzecz jasna, z dawnego gwałtu (obowiązkowy motyw w tego typu produkcjach...), pojawiająca się znikąd kuzynka Isaka musi być młoda, atrakcyjna i mieć romans z głównym bohaterem, a kwestia niedopasowania Simona do jego rodziny wyjaśnia się dobrą godzinę szybciej, niż chciałaby tego reżyserka. Filmowi brakuje pewnej subtelności; widać to zwłaszcza w niektórych dialogach, w których bohaterowie stwierdzają takie oczywistości, że aż niesmacznie się tego słucha. Jakby tłumaczyli krowie na rowie (małżonek twierdzi, że to cecha kina niemieckiego, więc może stąd to się wzięło - w końcu to koprodukcja).

Podobał mi się za to psychologiczny aspekt tego filmu - a konkretniej, cały motyw odkrywania swoich korzeni i próby radzenia sobie z całą tą sytuacją. Reżyserka dokonała tu godnej podziwu rzeczy: zachowanie Simona wobec rodziców - zwłaszcza Bogu ducha winnej matki (Helen Sjöholm) - woła o pomstę do nieba, a jednocześnie nie sposób chłopaka potępić ani nie zrozumieć pobudek, jakimi się kieruje. Bardzo dobry jest też wątek Izy (Katharina Schüttler), żydowskiej dziewczyny, która przeżyła obóz koncentracyjny, co w dość nietypowy sposób skrzywiło jej psychikę. Mimo zbyt oczywistego romansu ex machina.

Ach, no i muzyka. I zdjęcia. Rzadko zwracam na to uwagę, ale tu nie sposób ich zignorować... To właśnie one przekonały mnie ostatecznie do wystawienia siódemki.


5. Festen (1998; Dania, Szwecja) - 8/10

To - jak widać na plakacie po lewej - pierwszy film Dogmy. Naturalistyczny do kwadratu, pełen chaotycznych, rozedrganych ujęć, kojarzący mi się nieco z filmami z rodzinnych imprez, które x lat temu kręcił mój tata. Początkowo zwyczajny, pozbawiony szczególnego punktu zaczepienia i wyraźnej fabuły. Aż w pewnym momencie pada wielka bomba - i od tej pory film trzyma w napięciu aż do końca. Styl przypadł mi do gustu średnio, ale fabuła naprawdę mnie zaintrygowała - na tyle, żeby wystawić Festen ósemkę, co oznacza dla mnie tyle co "chętnie obejrzałabym jeszcze raz"...

Bohaterowie filmu spotykają się podczas wystawnej uroczystości - 60. urodzin seniora rodu, Helgego (Henning Moritzen). Do jego posiadłości tłumnie zjeżdżają się goście. Wśród nich znajdują się dzieci Helgego i jego żony Elsy (Birthe Neumann): wybuchowy i trudny do polubienia Michael (Thomas Bo Larsen) wraz z żoną Mette (Helle Dolleris) i trójką dzieci; spokojny, melancholijny Christian (Ulrich Thomsen), brat-bliźniak zmarłej niedawno Lindy (Lene Laub Oksen); a także niepokorny duch rodziny, Helene (Paprika Steen), do której dołącza później jej czarnoskóry partner, Gbatokai (Gbatokai Dakinah). Christian od początku wyrasta na głównego bohatera opowieści; zawsze opanowany, kulturalny, uczynny (to dzięki niemu Michael, niezaproszony na uroczystość, może w ogóle wziąć w niej udział), wydaje się być wymarzonym najstarszym synem. Do niego należy też wygłoszenie urodzinowej mowy. I w tym właśnie momencie film zaczyna intrygować - spokojny, opanowany, kulturalny i uczynny Christian oskarża w niej bowiem ojca o pedofilię.

Najmocniejszą stroną tego filmu jest to, że do ostatniej chwili nie wiadomo, co tak naprawdę się wydarzyło. W jednej chwili widz jest w pełni przekonany, że Christian mówi prawdę, by za chwilę uwierzyć, że jest chory psychicznie i to wszystko majaki jego chorego umysłu. A może wręcz przeciwnie, może jest, wbrew pozorom, zupełnie zdrowy i to część jakiegoś szatańskiego planu? Patrząc na szczere wyrazy twarzy absolutnie wszystkich członków rodziny trudno zawyrokować, kto mówi prawdę, a kto udaje.

Równie udanie przedstawiona jest znieczulica pozostałych gości przyjęcia. Cóż z tego, że syn gospodarza oświadczył właśnie, że ojciec molestował go w dzieciństwie - najważniejsze, żeby wszyscy pozostali w dobrych humorach. Show must go on. Jedni w ogóle ignorują wyznanie Christiana, inni próbują szybko uciec od ewentualnych nieprzyjemności i wrócić do domu. Prawda - i wspieranie tych, którzy zostali w tej sytuacji pokrzywdzeni - zupełnie ich nie interesuje.

Żałuję tylko, że kopia, którą obejrzałam, była dość słabej jakości i nie mogłam nacieszyć oczu tymi soczystymi barwami, które są ponoć "efektem ubocznym" Dogmy (a konkretniej zakazu używania sztucznego oświetlenia). Mimo to, za samą fabułę, ósemka. Może trochę na wyrost, ale rzadko któremu filmowi udaje się do tego stopnia mnie zaintrygować...


6. En Kongelig Affære // Kochanek królowej (2012; Dania, Szwecja, Czechy) - 8/10

Od bardzo, bardzo dawna miałam chrapkę na ten film, głównie ze względu na przepiękną Alicię Vikander w roli tytułowej królowej. Sądząc po ocenach znajomych spodziewałam się po nim bardzo dobrego romansu historycznego. To, co dostałam, trochę mnie zaskoczyło. Z jednej strony, sam romans jest wybitnie przeciętny. Z drugiej zaś, znalazłam w tym filmie dużo więcej niż tylko miłosne perypetie bohaterów, którym zdarzyło się znaleźć na królewskim dworze...

Angielska księżniczka Karolina Matylda (Alicia Vikander) zostaje żoną duńskiego króla Christiana VII (Mikkel Boe Følsgaard). Małżeństwo - jak to zwykle w historycznych romansach bywa - do szczęśliwych nie należy. Młody król jest trochę nieokrzesany, trochę chory psychicznie i niezależnie od całego współczucia, jakie czuję wobec jego mocno tragicznej, sfrustrowanej postaci,  muszę przyznać, że żadna kobieta nie uznałaby go za wymarzonego partnera. Karolina Matylda też nie. Zachodzi w ciążę, rodzi syna i przestaje kryć się ze swoją niechęcią wobec męża, który szybko zresztą wyjeżdża w podróż po Europie. Szybko jednak musi ją przerwać ze względu na coraz gorszy stan zdrowia. Dwór w panice szuka dla niego nowego osobistego medyka. Zostaje nim nieznany dotąd niemiecki lekarz, Johann Friedrich Struensee (Mads Mikkelsen)...

Jak potoczą się losy Struenseego i Matyldy, nietrudno się domyślić. Nieoczekiwanym (i bardzo cennym!) elementem tego filmu jest za to walka całej trójki bohaterów o wprowadzenie w Danii paru szokujących, oświeceniowych idei - a także reakcja reszty dworu na bulwersujące zmiany. Ze zdaniem królowej mało kto się liczy, król zaś jest znudzony długimi posiedzeniami i nawet gdyby chciał zaproponować własne reformy, nie potrafiłby przeciwstawić się protestom szlachty. Pomyśl o tym jak o aktorstwie - namawia go Struensee, przekonując go jednocześnie do własnych idei. Znosi tortury, cenzurę, wprowadza obowiązkowe szczepionki przeciw ospie, dąży do zniesienia poddaństwa chłopów. Ma po swojej stronie królewską parę. Ale król jest słaby i chwiejny - a niezadowolona ze zmian szlachta pod dowództwem królowej-wdowy (Trine Dyrholm) tylko czeka na pretekst do pozbycia się z dworu niewygodnego Niemca...

Cała ta reformatorska część filmu bardzo mocno kojarzyła mi się z Lady Jane. Tam też mieliśmy dobrych, pragnących zmian bohaterów, którzy musieli ugiąć się przed zaśniedziałym porządkiem społecznym. Kochanek królowej jest jednak od Lady Jane naturalniejszy, lepiej zagrany i przynajmniej równie inspirujący. Sukcesy bohaterów i to, jak pięknie udało im się zagrać na nosie całej zakłamanej, niby-świątobliwej szlachty strasznie mi się podobało - do tego stopnia, że aż zła byłam na bohaterów za cały ten romans, który tylko niepotrzebnie skomplikował im życie i zniszczył to, co z takim wysiłkiem budowali.

W porównaniu do tej części wątek romansowy wypada, niestety, dość blado. Nie mam najmniejszych zastrzeżeń do gry ani Alicii Vikander, ani Madsa Mikkelsena, ale jako para nie przekonali mnie zupełnie. Może to kwestia różnicy wieku? Alicia ma lat 25, Mads - 48... I w filmie również było to widać. Mikkelsen wypadł świetnie jako reformator, ale w jego uczuciowe zaangażowanie w związek z Matyldą nie udało mi się uwierzyć. Nie chodzi nawet o to, żeby wybitnie mi do siebie nie pasowali - po prostu nie wzbudzili we mnie żadnych emocji. Zerowa chemia.

Smutne jest też trochę to, jak poprowadzono cały ten wątek. Początkowo Matylda i Struensee dyskutują o nowych, wywrotowych ideach, dzielą się pomysłami, inspirują się nawzajem - dokładnie jak Lady Jane i jej mąż. Przez pewien czas tworzą nawet zgrany zespół z królem. Ledwie ich związek przechodzi w fazę fizyczną, a intelektualny aspekt wyparowuje z fabuły. Miałam wrażenie, jakby całe to dyskutowanie i inspirowanie służyło tylko wpakowaniu bohaterów do łóżka - a skoro osiągnięto już cel, rozmowy i idee nie są już potrzebne... Mam na takie rzeczy małe uczulenie.

Niemniej jednak, film sam w sobie jest bardzo udany. Piękne zdjęcia, kostiumy, dekoracje, bardzo dobre aktorstwo i udany wątek reformatorski, który przy okazji ratuje tę historię od popadnięcia w banał i wrzucenia do jednego worka z masą innych, podobnych do siebie romansów historycznych. 


***

Nie zdążyłam. Wiem. Senność mię zmogła. Za dużo filmów na raz, wybaczcie :).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails