poniedziałek, 2 czerwca 2014

Co słonko widziało #10

Cudem udało mi się zmyć z wieczornego spotkania autorskiego (tak, tak, to wątpliwa przyjemność, jeśli regularnie musi się na nich siedzieć...), dzięki czemu już dziś mogę podzielić się z Wami kolejnym filmowym postem. W ciągu ubiegłego tygodnia obejrzałam trzy filmy, w tym dwa japońskie - ale to właśnie ten nie-japoński najbardziej przypadł mi do gustu. Po szczegóły zapraszam dalej :).


1. Sztuki wyzwolone // Liberal Arts (2012, USA) - 7,5/10

Chciałam obejrzeć ten film właściwie tylko ze względu na Elizabeth Olsen, o której naczytałam się wcześniej wiele dobrego, ale nie miałam okazji zobaczyć jej w akcji. Sama fabuła raczej by mnie nie zachęciła; z opisu wynikało, że będę mieć do czynienia z oklepanym romansem doprawionym równie oklepanym "odkrywaniem sensu życia". Zdążyłam już nawet zaliczyć ten film do mojej "filmoteki słomianej wdowy" i mało brakowało, a obejrzałabym go w pojedynkę. Cieszę się (mąż zresztą też), że tego nie zrobiłam. Wbrew niskiej średniej ocenie i opisowi, Liberal Arts to bardzo przyjemny film. Nie jest to żadne arcydzieło i nie zmieni Waszego życia o 180 stopni, ale jeśli macie ochotę obejrzeć coś lekkiego, lecz nie głupkowatego czy pozbawionego treści, to Sztuki wyzwolone są bardzo dobrym wyborem.

Główna oś fabuły skupia się na relacji 35-letniego Jessego (Josh Radhor, reżyser i scenarzysta filmu) i Elizabeth - czy raczej Zibby (Elizabeth Olsen) - która dopiero zaczyna naukę w college'u. Mimo sporej różnicy wieku bohaterowie rozumieją się zaskakująco dobrze i nietrudno domyślić się, w co prędzej czy później przekształci się ich nieoczekiwana przyjaźń. Rzeczywiście pojawia się tu więc wątek romansowy - ale, na szczęście, nie jest ani dominujący, ani schematycznie przedstawiony. To nie jest jedna z tych historii, w których bohaterowie zmuszeni są walczyć z przeciwnościami złego losu, by na koniec móc wreszcie żyć długo i szczęśliwie. Nie chodzi tu też, na szczęście, o mityczny happy ending. Najważniejsza w Sztukach wyzwolonych jest sama relacja bohaterów - bardziej zresztą przyjacielska niż romantyczna. Bardzo zwyczajna, ciepła i wiarygodna.

Sztuka - w najróżniejszych wydaniach - też zalicza się do głównych bohaterów filmu. Pojawia się tu muzyka klasyczna, opera, tradycyjna epistolografia, poezja romantyczna i rozmowy na temat literatury. Znalazłam w Sztukach wyzwolonych sporo dyskusji, które zdarza mi się prowadzić z sobą samą w głowie i wiele opinii, pod którymi mogłabym się podpisać. Najchętniej przytoczyłabym tu je wszystkie, ale powstrzymam się od spoilerów - przekonajcie się sami. Piękne jest w tym to, że reżyser nie próbuje przekonać widza do jedynego słusznego zdania. Bohaterowie dyskutują, każdy z nich ma swoje argumenty i tylko od nas zależy, po czyjej stronie się ostatecznie opowiemy...

Nie wierzę, że to piszę, ale wielkim pozytywnym zaskoczeniem tego filmu okazał się... Zac Efron. Jego nazwisko w obsadzie działało na mnie dość odstraszająco i nigdy bym nie przypuszczała, że będę wyczekiwać scen z jego udziałem - a dokładnie tak było! Zac występuje w niezbyt wprawdzie oryginalnej (ale czy w ogóle da się wymyślić coś, czego jeszcze w kinie nie było...?), ale bardzo zakręconej roli i wypada w niej bardzo przekonująco. Oficjalnie pozbywam się uprzedzeń wobec tego aktora.

Elizabeth Olsen też mi się spodobała. Rola Zibby nie była może szczególnie wymagająca, ale nie zmienia to faktu, że Elizabeth poradziła z nią sobie bardzo dobrze. Z chęcią zobaczę ją w czymś jeszcze, w czym będzie miała większe pole do popisu niż tu. Choćby w niedawnym In Secret...


2. Zen (2009, Japonia) - 4,5/10

O ile o Sztukach wyzwolonych mogłabym pisać i pisać, o tyle tu zupełnie brakuje mi słów. I to bynajmniej nie z zachwytu. Przychodzą mi do głowy tylko porównania. Pamiętacie moją opinię o Spacerze w chmurach? Zen prezentuje dokładnie ten sam poziom naturalności. Jeżeli oglądaliście kiedykolwiek anime One Piece, to możecie spodziewać się podobnej "poetyki". Ten film bardzo mocno kojarzył mi się z komiksem o życiu innego buddyjskiego mnicha, Saicho, który mój mąż kupił podczas jednej z naszych japońskich wycieczek. Przerysowane emocje, pseudo-dramatyzm i przedstawienie głównego bohatera jako absolutnego wzoru cnót wszelakich. O ile do formy komiksu całkiem to pasuje, o tyle w przypadku filmu jest już mocno niestrawne. Przypomnijcie sobie fragmenty żywotów świętych, przez które na pewno też musieliście przedzierać się na licealnych lekcjach polskiego. Zastąpcie chrześcijaństwo buddyzmem i wymieńcie scenerię, a otrzymacie to nieszczęsne Zen.

W filmie przedstawiono życie japońskiego mnicha Dogena, założyciela najsłynniejszego chyba odłamu buddyzmu: szkoły (bądź sekty, ale to dość mylące tłumaczenie; jak stwierdził znajomy buddysta, "kiedy moja babcia słyszy, że należę do sekty, to chce mnie natychmiast ratować"...) zen. I to właściwie jego największy plus. Momentami pojawiają się też całkiem ładne widoki (chociaż do zachwytu było mi daleko...), a Uchida Yuki (filmowa Orin) nieźle radzi sobie ze swoją rolą. Niestety, to by było na tyle. Dialogi są sztuczne, aktorzy drewniani, średniowieczne miasta wyglądają jak makiety, Dogen jest kryształowo dobry (w co jeszcze od biedy mogę uwierzyć), a jego przeciwnicy do szpiku kości źli (w to już niezbyt). Nawet aspekt informacyjny szwankuje: całkowicie pominięto w filmie (bardzo istotne) lata, które Dogen spędził na górze Hiei, studiując buddyzm tendai, i nie pokuszono się o przedstawienie powodów, dla których ją opuścił. Nie uświadczymy tu więc żadnych szczegółów dotyczących japońskiego buddyzmu i różnic pomiędzy poszczególnymi odłamami - choćby tylko między szkołami tendai i zen. Dowiadujemy się jedynie tyle, że Dogen postanowił propagować "prawdziwy buddyzm", a źli mnisi z góry Hiei robili co mogli, żeby mu w tym przeszkodzić. Ale czym ten buddyzm Dogena miał się różnić od wcześniejszego buddyzmu tendai? Próżno szukać w filmie innej odpowiedzi niż "Dogen był dobry, a mnisi z góry Hiei - źli". Jeden, jedyny raz przywódcy bandy mnichów wymsknęło się coś o braku sutr czy jakichkolwiek innych pism, które potwierdzałyby naukę Dogena. I to na tyle...

To nie jest raczej odpowiednie miejsce na rozpisywanie się na temat buddyzmu, ale wyjaśniając skrótowo to, co film pominął: Dogen, w przeciwieństwie do mnichów ze starszych szkół, odrzucił inne drogi osiągnięcia oświecenia niż poprzez medytację. Stąd ogromny nacisk położony na siedzenie godzinami przed gołą ścianą. Inni mnisi przepisywali sutry, wdawali się w teologiczne dyskusje, recytowali raz za razem Namu Amida Butsu, wyruszali na pielgrzymki, wierząc, że zbierają dzięki temu duchowe punkty i zapewniają sobie miejsce w raju. Dogen uznał to wszystko za niepotrzebne. Ważną kwestią jest też brak odpowiedniego udokumentowania korzeni buddyzmu zen/chan. O ile pozostałe szkoły - jak tendai czy shingon - opierały się na konkretnych, starożytnych sutrach, o tyle nauki buddyzmu zen miały być przekazywane z pokolenia na pokolenie, od czasów samego Śakyamuniego. Czyli, według pozostałych szkół: wzięły się znikąd. Stąd właśnie to zdanie, które wymsknęło się wojowniczemu mnichowi z góry Hiei.

Nie rozumiem średniej oceny tego filmu na Filmwebie i IMDb. Nie rozumiem zachwytów nad nim. Nawet osoby zafascynowane buddyzmem nie mogą być chyba tak ślepe na formę, w jakiej zaprezentowano całą tę historię...? Przyznałam mu 4,5 gwiazdki głównie za aspekt edukacyjny - bo naprawdę, ciężko dopatrzyć się w tym dziele czegokolwiek więcej. Trudno mi wręcz uwierzyć, że reżyser nakręcił go na poważnie. To typowa laurka dla narodowego bohatera: naiwna, przedstawiająca czarno-białą wizję świata, z papierowymi bohaterami, a w dodatku bardzo słabo zrealizowana. Dogen - i cały buddyzm zen - zasługuje na o wiele lepszy film.

 3. Lalki // Dolls (2002, Japonia, Francja) - 7/10
To bardzo piękny i bardzo japońsko smutny film. Miałam na niego chrapkę od paru dobrych lat (plakat całkowicie mnie oczarował...) i ogromnie się ucieszyłam, kiedy znalazłam go w filmotece Instytutu Japońskiego. Obejrzałam go bez żadnych oczekiwań, nie wiedząc nawet, czego ma dotyczyć. Może gdybym wcześniej doczytała, że jego głównym tematem ma być śmierć, nie wyczekiwałabym aż tak bardzo tego seansu...

Reżyser (Kitano Takeshi) sięga po sprawdzoną formę trzech opowieści, luźno powiązanych ze sobą wspólną tematyką. Pierwszą (i najważniejszą) z nich jest historia porzuconej dziewczyny, która w wyniku nieudanej próby samobójczej traci rozum, oraz jej byłego narzeczonego, który na wieść o jej wypadku rezygnuje z małżeństwa z bogatą, ale obojętną mu córką szefa i całkowicie poświęca się opiece nad ukochaną. Druga to opowieść o bezwzględnym szefie yakuzy, odnajdującym swoją miłość z młodzieńczych lat. Bohaterami trzeciej jest popularna piosenkarka, Haruna, i zakochany w niej nieśmiały fan. Wiadomość o wypadku idolki zmusza go do podjęcia nieodwracalnej decyzji...

Nie ma tu bardzo rozbudowanej fabuły - jest za to emocjonalnie i bardzo nastrojowo. Historie wszystkich bohaterów są przejmująco, okrutnie smutne. Reżyser nie bawi się w pozostawianie im nadziei. Przypominają tytułowe lalki z klasycznego japońskiego teatru bunraku - bezbronne wobec okrutnego losu, nieszczęśliwe i naznaczone tragizmem. Jednym się to spodoba, innym nie. Ja akurat nie przepadam za takim celebrowaniem smutku; słodko-gorzkie obrazy trafiają w moje gusta o wiele celniej niż wysysająca radość życia beznadzieja. Nie da się jednak ukryć, że Lalki robią wrażenie. Warto je obejrzeć dla samych widoków, które nie tylko podkreślają emocjonalny stan bohaterów, ale też same w sobie zapierają dech w piersiach. Kitano prezentuje nam przekrój przez wszystkie cztery pory roku, wybierając z każdej z nich najpiękniejsze - i charakterystycznie japońskie - sceny. Istna uczta dla oczu.

Jedyne, co mogłabym temu filmowi zarzucić (bo moją niechęć do celebrowania smutku trudno uznać za zarzut...), to zbyt ostentacyjne sugerowanie widzowi analogii między parą głównych bohaterów a lalkami z bunraku. Odniesienia i tak są aż nazbyt wyraźne - po co jeszcze wklejać do historii Matsumoto i Sawako sceny z teatru? Miałam nieprzyjemne wrażenie, że reżyser potraktował mnie jak idiotkę, której trzeba wszystko wyłożyć na tacy, bo inaczej niczego nie zrozumie.

Po inne filmy Kitano Takeshiego raczej nie sięgnę. To ponoć jedyny jego film o takim nasyceniu barw - a na samą melancholię i smutek przemijania, w dodatku w odcieniach szarości, nie mam szczególnej ochoty. Do Lalek też już pewnie nie wrócę. Niemniej jednak - dobry film...

2 komentarze:

  1. Obejrzałam z tych dwóch tylko lalki, i powiem, że mam okropnie mieszane uczucia. Dla mnie film byl po prostu nudny. :( Jak czytam wszystkie recenzje tego filmu, to nie wiem skąd ten zachwyt. Do mnie film po prostu nie trafił :(
    Ika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale mnie to nie dziwi, szczególnie wartkiej akcji to on nie ma ;). Spodobał mi się artystycznie, ale jakby tak wyciąć te wszystkie kolorowe liście i kwitnące wiśnie, to i moja ocena byłaby pewnie sporo niższa. Do zachwytu też mi daleko...

      Usuń

Related Posts with Thumbnails