niedziela, 2 marca 2014

Oscarowe odliczanie: Tajemnica Filomeny // Philomena

 7/10

Oscarowa gala tuż-tuż, spieszę więc z paroma linijkami na temat ostatniego z filmów nominowanych do głównej nagrody: Filomeny (podaruję sobie tę Tajemnicę, która nie wiadomo skąd wzięła się w polskim tytule).

Nie lubię takich filmów. Nie lubię. Nie lubię oglądać niesprawiedliwości, krzywdy, głupoty, znęcania się. Nigdy nie wiem też, co z takimi filmami zrobić. Z jednej strony są niewątpliwie ważne i dobrze, że historia Filomeny Lee nie tylko ujrzała światło dzienne, ale też została spopularyzowana w tak znakomitej formie. Ale z drugiej... To zdecydowanie nie był przyjemny seans. Najchętniej przewróciłabym oczami i zawołała: jakie to tendencyjne! Jakie płaskie portrety psychologiczne! Czarne charaktery są tu tak nieludzkie, że aż ciężko mi uwierzyć w istnienie takich ludzi. Ckliwa, tania sensacja! Tyle tylko, że... To prawdziwa historia. Film jest oparty na książce, książka przedstawia rzeczywiste wydarzenia. I jak tu go w ogóle ocenić...?

Rzecz dzieje się w latach 50', w hiper-katolickiej Irlandii. Filomena Lee (Sophie Kennedy Clark), nastoletnia pół-sierota, zachodzi w nieślubną ciążę. Ojciec - wielki nieobecny filmu, którego osobiście uważam za głównego sprawcę całej późniejszej tragedii - woli wyrzucić córkę z domu i udawać, że umarła, niż przyznać się do takiej hańby. Pozostawiona sama sobie dziewczyna znajduje tymczasowe schronienie w klasztorze - a raczej w czymś w rodzaju przyklasztornej bursy dla ciężarnych panien. W zamian za wyżywienie, dach nad głową i (wyjątkowo nędzną) opiekę przy porodzie zobowiązuje się do czteroletniej pracy na rzecz klasztoru. Po kilku miesiącach rodzi syna, Anthony'ego. Kolejne lata upływają jej na pracy w pralni. Aż pewnego dnia nagle, bez żadnego ostrzeżenia, dowiaduje się, że amerykańskie małżeństwo, które dopiero co przyjechało z wizytą, postanowiło adoptować jej syna. Nikt nie pyta jej o zdanie, nikt nie pozwala jej nawet pożegnać się z dzieckiem. Przerażona Filomena może tylko dopaść do zamkniętej bramy klasztoru i przez zakratkowane okienko patrzeć na odjeżdżający samochód, w którym siedzi jej trzyletni synek.

Źródło
Pięćdziesiąt lat później dorosła Filomena (Judi Dench) po raz pierwszy opowiada tę historię swojej córce. Ta z kolei spotyka przypadkiem byłego korespondenta BBC News, Martina Sixsmitha (Steve Coogan) i prosi go o pomoc w odnalezieniu przyrodniego brata. W pierwszej chwili mężczyzna odmawia, ale ostatecznie zmienia zdanie i zgadza się spotkać z Filomeną. Z czasem zaczyna coraz mocniej angażować się w całą historię. Znajduje zainteresowanego wydawcę, który (a właściwie która...) - licząc na dobrą, chwytającą za serce opowieść - obiecuje sfinansować poszukiwania Anthony'ego. Martin i Filomena wyruszają więc w podróż: najpierw do klasztoru, a potem aż do Ameryki...

To, co w tym filmie uderzyło mnie najbardziej - i to tak, że mam ochotę wejść w monitor i porządnie przyłożyć delikwentkom - to postawa zakonnic. Teoretycznie to wszystko nie brzmi aż tak strasznie. Owszem, oddały dziecko bez zgody matki, to było bez wątpienia niegodziwe. Ale przecież zgodziły się nią zaopiekować, kiedy nie miała dokąd pójść. Pomagały przy porodzie. Zajmowały się jej dzieckiem, kiedy pracowała. A że młode matki musiały pracować - no cóż, pieniądze na drzewach nie rosną, zakonnice musiały przecież za coś ten tabun dziewczyn utrzymać. Czyli - chrześcijański uczynek miłosierdzia, z nutką praktycyzmu i wielkim błędem na końcu? Otóż nie.
Klasztor, do którego trafia Filomena, jest przede wszystkim bardzo ponury. Młode matki są dla zakonnic "upadłe", w związku z czym nie należy im się nic (od serdeczności poczynając...). Nie mają praw do swoich dzieci, widują je tylko przez godzinę dziennie. Nie wolno im nawet radośnie biec na spotkanie z nimi. Nie obejmuje ich żadna taryfa ulgowa z racji okresu, a nawet - tu już nóż otwierał mi się w kieszeni - znieczulenie podczas porodu. Wiele z nich go zresztą nie przeżywa. Zmarłe kobiety (i ich dzieci) chowane są na zaniedbanym, porośniętym chwastami cmentarzyku, którym nikt się nie zajmuje. Na straży klasztornej bezduszności stoi siostra Hildegarda, główny czarny charakter filmu. Z idealną obojętnością przechodzi nad cierpieniem swoich podopiecznych, traktując je jako karę za grzechy dziewcząt. To, że sama jest nieraz sprawczynią tego cierpienia, jakoś umyka jej uwadze. Jej późniejszego zachowania już w ogóle nie umiem - i nawet nie próbuję - zrozumieć. Nie wiem, jakie chrześcijaństwo wyznaje, ale na pewno nie to samo co ja. Trudno nie zgodzić się ze wściekłym Martinem, kiedy mówi pod koniec filmu: "Gdyby Jezus tu był, wykopałby cię z tego wózka".

Na szczęście ponury klasztor pojawia się głównie we wspomnieniach Filomeny. Część "współczesna" jest dużo pogodniejsza, głównie dzięki uroczemu kontrastowi między Filomeną a towarzyszącym jej Martinem. On jest dość cyniczny, nieszczególnie przyjaźnie nastawiony do świata, podający wszystko w wątpliwość, uparty, trochę znudzony życiem, walczący z depresją. Ona - wręcz przeciwnie. Kocha ludzi, pogawędki z nieznajomymi, o nikim - nawet o siostrach, które odebrały jej syna! - nie mówi źle, uwielbia Harlequiny (czyżby echo młodzieńczego zakochania, marzenie o tym, co mogłoby być, gdyby żyła w innym świecie, bardziej otwartym na miłość?), zachwyca się drobiazgami i wciąż, z niezachwianą pewnością, wierzy w Boga. Nie będąc przy tym zdewociałą starszą panią. Filomena w tym filmie jest po prostu aniołem i jeżeli prawdziwa Filomena Lee rzeczywiście jest do niej podobna, to przywraca mi to wiarę w człowieka i prawdziwe chrześcijaństwo (mocno podkopaną przez wszystkie siostry Hildegardy tego świata)...

Filomena nie okazała się czarnym koniem tegorocznych Oscarów i plasuje się w moim osobistym rankingu dużo niżej niż Nebraska. Za to Judi Dench jest w swojej roli doskonała i warto obejrzeć ten film choćby dla niej. Ani przez chwilę nie czułam, że patrzę tylko na aktorkę, że prawdziwa Filomena Lee jest gdzie indziej. I ten jej wzrok, kiedy obserwuje w Ameryce roześmianą parę zakochanych... Wspaniale odmalowała emocje swojej bohaterki i z chęcią przyznałabym jej za tę kreację statuetkę. Z drugiej strony, nie widziałam ani Meryl Streep, ani Cate Blanchett, więc niespecjalnie mogę wydać tu jakikolwiek werdykt...

Skończę tak, jak zaczęłam: to ważny film, dobry, ale drugi raz go raczej nie obejrzę. Za bardzo frustrowało mnie oglądanie tego klasztornego okrucieństwa, wypaczenia wszelkich chrześcijańskich ideałów. Oscarowej gali nie obejrzę (sen wygrywa ze wszystkim! :P), więc wyniki poznam dopiero jutro... Ciekawe, jak bardzo będę rozczarowana. A przede wszystkim - mam olbrzymią nadzieję, że wyniki rozdania statuetek będą największą wiadomością jutrzejszego dnia. Bo przyznam szczerze, że czuję się trochę jak idiotka, pisząc post za postem o "świecie w zwierciadle", nieistniejącej rzeczywistości, podczas gdy sytuacja w tym rzeczywistym świecie robi się coraz bardziej nieciekawa.

3 komentarze:

  1. Odpuściłam sobie ten film, bo za bardzo przypomina mi fabułą Siostry Magdalenki - film, który jest bardzo dobry, ale tak ciężki, smutny i depresyjny, że odczuwałam go jeszcze długo.
    Judi Dench na pewno gra świetnie, bo to dobra aktorka, ale ja już się wymęczyłam Oscarowymi filmami i odetchnęłam z ulgą, że to już koniec :D Wyniki ogłoszone, film i gala obejrzane. Teraz taki maraton za rok ;)

    Nie musisz czuć się jak idiotka. Pisanie o kulturze (książkach, filmach, teatrze, serialach) jest pewnego rodzaju ucieczką od rzeczywistości. Poświęcamy czas na oglądanie/czytanie, mamy swoje przemyślenia i przelewamy je na klawiaturę. Świat jest szalony, a zasady nim rządzące chore. Mocarstwa teraz prężą muskuły i pokazują ile niby mogą zrobić. Szkoda, że głowy państw będą dalej srać na swoich złotych kiblach, a w razie wojny umierać będą niewinni ludzie, których nie obchodzi ropa/kawior/złoża czegoś tam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, ja też! ^^ Obejrzę jeszcze "Blue Jasmine" i "Sierpień w hrabstwie Osage" (zaintrygowałyście mnie tym, że Meryl i Julia zagrały "aż za dobrze", muszę to sama zobaczyć :P), ale potem NARESZCIE pooglądam sobie to, na co naprawdę mam ochotę. Przez te Oscary wpadłam w taki trans filmowy, że aż mi dziwnie, jeśli spędzam wieczór bez filmu (albo przynajmniej pisania o nim)...
      "Sióstr Magdalenek" nie widziałam, ale też słyszałam, że to podobne klimaty. Pewnie nie obejrzę, no chyba że z "obowiązku", "żeby znać" ;).

      Masz rację, oczywiście, tylko mi tak dziwnie z tym wszystkim. Możliwe, że lada chwila skończy się krótka epoka niby-dobrych stosunków z Rosją, nie wiadomo dokąd to wszystko zabrnie... A ja tu się o filmach rozpisuję :P. I chętnie napisałabym coś bardziej "politologicznego", tylko że sama wiem tylko tyle, ile wyczytałam na ogólnodostępnych portalach, żadnej tajemnej wiedzy nie posiadłam. No więc zamiast tego piszę sobie o tym, co lubię i o czym mogę powiedzieć coś nowego, od siebie. Ale i tak mi z tym dziwnie. Pół dnia czytam wiadomości, a pod wieczór uciekam w filmy ;).

      Usuń
  2. Witaj!
    Chciałabym serdecznie zaprosić do udziału w moim autorskim czytelniczym wyzwaniu pt. KLUCZNIK.
    W skrócie - polega ono na czytaniu książek posiadających zaproponowane comiesięczne kluczniki, czyli hasła-klucze.
    Szczegóły tutaj: http://recenzjeami.blogspot.com/2014/03/wyzwanie-czytelnicze-klucznik.html
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Related Posts with Thumbnails