sobota, 22 marca 2014

Co słonko widziało #1

Tegoroczne "Oscarowe odliczanie" (pierwsze, ale na pewno nie ostatnie!) trochę mnie zmęczyło i na jakiś czas wyczerpało moje zasoby weny twórczej. A że lubię mojego bloga i za nic nie chciałabym zamieniać go w jakiś pseudo-obowiązek, zrobiłam sobie od niego przerwę. Miało to też spory związek z moim życiem prywatnym: niecałe dwa tygodnie temu wyszłam za mąż, więc - jak możecie się domyślać - miałam parę innych spraw na i w głowie :). Zdążyłam już ochłonąć, uporządkować bałagan, który przyjechał do mnie razem z rodzicami i generalnie wrócić do względnej normalności. Przybywam więc z nową, tym razem zbiorczą, notką. Znów filmową. Bo o ile czytanie coś mi ostatnio średnio wychodzi (może dlatego, że szefowa zmusiła mnie do pożyczenia porwałam się na lekturę niemieckiej powieści o ZSRR...), o tyle filmy oglądam (jak na mnie) często i z przyjemnością. Mam też wyjątkowe szczęście do wynajdowania bardzo udanych obrazów, o których aż przyjemnie jest pisać.

Kończę więc ten przydługi wstęp i przechodzę do tego, co słonko (przyjmijmy, że to ja...) ostatnio widziało:

Źródło
1. Aruitemo, aruitemo // Still Walking // Ciągle na chodzie (2008) - 8/10

Zupełnie nie wiem dlaczego, nijak nie potrafię tego samej sobie wytłumaczyć, ale uwielbiam takie filmy. Spokojne, leniwe, niby o niczym szczególnym, skupiające się na rodzinie i relacjach międzyludzkich. Z Nebraską miałam dokładnie to samo. Takie to właściwie zwyczajne, że powinno nudzić - a nie nudzi, ba, przykuwa mnie do ekranu bardziej niż jakikolwiek inny typ filmu. Jeśli więc też tak macie, "cierpicie" na ten sam syndrom, możecie w ciemno obejrzeć Aruitemo, aruitemo (polski tytuł jest, standardowo, średnio trafiony - dosłownie znaczy to "nawet jeśli idę" (albo idziesz, idzie, idziemy etc. - postawiłabym na to ostatnie), więc angielskie Still Walking pasuje tu nieco lepiej).
Główny motyw filmu - samotni, starzejący się rodzice i ich spotkanie z dorosłymi, rzadko odwiedzającymi ich dziećmi - skojarzył mi się z Tokyo monogatari, czyli Tokijską opowieścią Ozu Yasujiro. Mamy tu nawet piękną synową, Yukari, (Natsukawa Yui), podobną trochę do Hary Setsuko, a także motyw zmarłego syna. Zastanawiam się wręcz, czy to nie celowy zabieg reżysera, bo podobieństw między oboma filmami jest naprawdę dużo. Tyle tylko, że w Aruitemo, aruitemo stara historia, opowiedziana kiedyś przez Yasujiro, została postawiona na głowie. Rodzice nie są wcale sympatycznymi, samotnymi dziadkami, którzy marzą o odwiedzinach swoich niewdzięcznych dzieci. Piękna Yukari jest wdową nie po najstarszym z braci, ale po zupełnie obcym człowieku, dopiero potem wżenioną w rodzinę Yokoyamów. W dodatku ma dziecko z poprzedniego małżeństwa! Z kolei wdowa po pierwszym synu wyszła ponownie za mąż i w ogóle nie utrzymuje kontaktu z byłymi teściami. Nie ma tu więc pięknej, samotnej i cierpiącej anielicy, jest za to urocza kobieta, która bezskutecznie próbuje stać się częścią rodziny swojego męża. To, co początkowo wydaje się być miłym, ciepłym rodzinnym obrazkiem, z czasem okazuje się mieć coraz więcej rys. Aż wreszcie widz może wyraźnie dostrzec, co tak naprawdę kryje się pod wszystkimi tymi uprzejmościami, uśmiechami i niby niewinnymi komentarzami.
Podejrzewam, że każdy - w zależności od tego, w jakiej sytuacji życiowej sam się znajduje - zwróci w tym filmie uwagę na coś innego. Mnie przykładowo niespecjalnie poruszyła tematyka przemijania, za to zapadła mi w pamięć postać baaardzo japońskiej Yukari (dla mnie to wręcz główna bohaterka filmu...), okrucieństwo jej teściowej i wyraźny rozdźwięk pomiędzy "tym, co w środku", a "tym, co na zewnątrz". Niby wiem, że coś takiego istnieje, ale jednak wiedzieć a zobaczyć - i to tak bezpośrednio! - to zupełnie coś innego...

Źródło
2. To Rome with Love // Zakochani w Rzymie (2012) - 6/10

To film o dobrą klasę niższy niż jego japoński poprzednik. Obejrzałam go mimo krytycznych recenzji, mając nadzieję na przynajmniej parę ładnych widoków i niezłe aktorstwo. Z krajobrazami w Zakochanych w Rzymie krucho, aktorstwo jest dobre, fabuła raczej przeciętna. Ot, taki sobie filmik do obejrzenia, kiedy nie ma się nic ciekawszego do roboty.
Wątek pierwszy: Amerykanka i Włoch, zakochani, planują ślub. Rodzice dziewczyny przylatują do Rzymu i poznają jej przyszłych teściów. Okazuje się, że teść pięknie śpiewa pod prysznicem, ojciec - emerytowany reżyser operowy - usiłuje go więc namówić do wystąpienia w swoim nowym projekcie. I napotyka po drodze na parę nieoczekiwanych przeszkód, które postanawia obejść w dość niekonwencjonalny sposób.
Wątek drugi: młode włoskie małżeństwo z prowincji, które przyjeżdża do Rzymu. Ona wychodzi do miasta, gubi i się, i telefon, aż w końcu spotyka przypadkiem swojego ukochanego aktora. On, w następstwie niefortunnego zbiegu okoliczności, idzie na spotkanie biznesowe z prostytutką, która udaje jego żonę. Oboje małżonkowie spędzają więc popołudnie z atrakcyjnym przedstawicielem płci przeciwnej. Co prowadzi, rzecz jasna, do pewnych napięć.
Wątek trzeci i najlepszy: przeciętny Włoch w średnim wieku z dnia na dzień, bez powodu, staje się sławny. Znany z tego, że jest znany. Nie za bardzo umie sobie z tym poradzić i irytuje go absurd całej sytuacji. Ale z czasem zaczyna się do niej przyzwyczajać...
Wątek czwarty: amerykański architekt wyrusza na nostalgiczną wędrówkę po Rzymie, w którym mieszkał za czasów studenckich. Spotyka młodego studenta architektury, który mieszka dokładnie w tym samym miejscu, co on sam dawniej. Od tej pory dorosły architekt towarzyszy swojemu młodszemu odpowiednikowi bez przerwy, stając się kimś w rodzaju jego sumienia. Młody architekt poznaje pozerską przyjaciółkę swojej dziewczyny i jest nią coraz bardziej zauroczony. Starszy architekt zdaje się doskonale rozumieć, co chłopak przeżywa, ale też patrzy na cały ten romans z szerszej, bardziej doświadczonej perspektywy i raczy swojego młodego przyjaciela ironicznymi (i całkiem zabawnymi) komentarzami.
Podobał mi się w tym filmie trzeci wątek. Całkiem przypadł mi do gustu też czwarty - głównie ze względu na te ironiczne komentarze i bezcenne patenty Monici (Ellen Page) na udawanie oczytanej, obeznanej i generalnie mądrzejszej niż jest. W drugim rozbawiła mnie scena, w którym wszyscy biznesmeni na przyjęciu okazują się znać Annę (Penelope Cruz). W pierwszym nie spodobało mi się nic. I to na tyle. Film ani nie boli, ani nie wciąga. Można obejrzeć.

Źródło
3. Brazil (1985) - 5/10

Film z przesłaniem, nieco przerażający, ale jak na mnie zbyt ponury i przytłaczający. Jednostajny. Do tego z pół godziny za długi; pierwsze dwie godziny oglądałam z zainteresowaniem, ale później zaczęłam już wyczekiwać końca... Reżyser chciał chyba bardzo wyraźnie uświadomić widzowi, co z jego filmu ma wynikać. Chwała mu za to, że w ogóle coś ma wynikać, ale naprawdę, nie trzeba było aż tylokrotnie...
W wielkim skrócie: to typowa antyutopia, wizja społeczeństwa zbiurokratyzowanego do granic możliwości, w dodatku mocno totalitarnego, w którym jednostka nie znaczy nic. Przez pomyłkę urzędników zginął niewinny człowiek? Cóż, to nie wina naszego wydziału, więc proszę tylko podpisać tutaj, że otrzymała pani odszkodowanie. Nie wiem, jak rozwinięta była brytyjska biurokracja w czasie, kiedy powstawał ten film i zastanawiam się, czym jest to, co przedstawił reżyser: jego lekko przerysowaną parodią rzeczywistości czy ponurym proroctwem? Jeśli to drugie, to jest to rzeczywiście przerażające - dla mnie te sytuacje wcale nie są szczególnie przerysowane, ot, typowa kolejka do dziekanatu. Do tego domieszka Kafki. Brrrr.
To wiarygodna i straszna antyutopia, ale... nudna. I mówi to osoba, którą pasjonuje półtoragodzinne "podglądanie" zwyczajnej japońskiej rodziny. Bohaterowie nie wzbudzili we mnie właściwie żadnych emocji (dla porównania, po Nie opuszczaj mnie, antyutopii zupełnie innego rodzaju, poryczałam się jak bóbr). Niby był tu romans, niby bohater, niczym rycerz w lśniącej zbroi, ruszył ratować swoją wybrankę, ale... Nic mnie to nie obeszło. Zabrakło mi też jakiegoś zaskoczenia; dostałam je, i to bynajmniej nie pozytywne, dopiero na samym końcu filmu.

Źródło
4. The Rocket // Rakieta (2013) - 7,5/10

Film, na który czekałam od bardzo, bardzo dawna - i wreszcie się doczekałam. Niby australijski, ale akcja dzieje się w Laosie. Spodziewałam się Azjatów mówiących po angielsku, czegoś w rodzaju Wyznań gejszy - a tu kolejna niespodzianka, po angielsku nie pada w tym filmie ani jedno słowo! To dla mnie wielki plus - film automatycznie zyskał na autentyczności. I naturalności.
W pewnej laoskiej wiosce przychodzą na świat bliźniaki. Asystująca przy porodzie teściowa każe świeżo upieczonej matce zabić dzieci. Według plemiennych wierzeń jedno z bliźniąt jest pobłogosławione przez bogów, drugie zaś przyciąga nieszczęścia... Okazuje się jednak, że jedno z dzieci jest martwe. W takim razie nie urodziłam bliźniąt - ogłasza młoda matka. Zakopuje zwłoki dziecka i wymusza na teściowej obietnicę milczenia. Drugi chłopiec, Ahlo, rośnie szczęśliwie, nie mając pojęcia o historii swoich narodzin. Ale kiedy na rodzinę zaczynają spadać kolejne nieszczęścia, zrozpaczona babka wyjawia wnukowi prawdę i oskarża go o przyciąganie złego losu...
To piękny film. Po prostu. Nie wiem, dlaczego niektórzy uważają, że jest naiwny. Czy to naprawdę aż tak nieprawdopodobne, że życie ludzkie nie składa się z samych nieszczęść, że raz spotyka człowieka coś złego, a innym razem coś mu się powiedzie? Dużo łatwiej uwierzyć mi w taki scenariusz niż w lawinę nieszczęść spadających na jedną osobę. Do tego dochodzą przepiękne zdjęcia: czasem laoskie krajobrazy, innym razem mniej egzotyczne, kilkusekundowe ujęcia, które są małymi dziełami sztuki. Muzyka też wpadła mi w ucho (jeden z kawałków do teraz tłucze mi się po głowie, chyba będę musiała go poszukać...). A jednocześnie reżyser nie bał się zahaczyć o tematykę komunizmu i wojny, w tym także niechlubnej roli USA w tej ostatniej, prezentując jednak to wszystko bez jakiegokolwiek patosu czy dydaktyzmu. Niezdetonowane bomby są po prostu elementem życia bohaterów, tak samo jak roznoszące malarię komary czy drzewa mangowca. 

 5. Poulet aux prunes // Kurczak ze śliwkami (2011) - 7,5/10

Kolejny piękny film. Zabawny, słodko-gorzki, magiczny, wzruszający, nieoczekiwanie romantyczny. Reżyser żongluje pomysłami i konwencjami, swobodnie korzystając z najbardziej absurdalnych pomysłów, jakie podsuwa mu szalona wyobraźnia. Jest tu miejsce i na sklep rodem z Baśni z 1001 nocy, i na anioła śmierci, Azraela, i na guru-skrzypka, pustelnika niczym z Meteorów, i na wieczną, romantyczną miłość, i na Sokratesa i jego uczniów z trefionymi loczkami... A nawet na kasyno w Las Vegas. Wszystko to bawi, ale jest właściwie tylko otoczką właściwej historii: nieprzemijającej, romantycznej, niespełnionej miłości.
Główny bohater, skrzypek Nasser-Ali, poszukuje nowych skrzypiec, ale żadne, nawet najdroższe, nie spełniają jego oczekiwań. Nie umie grać na nich tak jak na starych, zniszczonych, które nie nadają się już do użytku. Zrozpaczony wirtuoz czuje, że utracił chęć życia i postanawia umrzeć. Po ośmiu dniach rzeczywiście umiera, o czym narrator beznamiętnie informuje widza już na początku filmu.
Wydawać by się mogło, że to będzie smutny obraz. Film o śmierci, rozpaczy, niemocy twórczej. Ale tak nie jest. Może to dzięki temu, że narrator tak szybko zdradza zakończenie; widz nie ma nadziei, że główny bohater przeżyje, skupia się więc na przedstawianych retrospekcjach. Początkowe sceny przede wszystkim bawią. Wraz z upływem czasu film staje się jakby głębszy, bardziej gorzki i skupiony na ludzkich emocjach. Aż wreszcie pojawia się to najważniejsze wspomnienie, będące kluczem do zrozumienia wszystkich pozostałych...
Bardzo osobiście dodam tylko, że szczególnie przykuła moją uwagę postać żony Nasser-Aliego, "Dżyngis-Chana w spódnicy". Lubię takie bohaterki, które kryją w sobie więcej, niż można by przypuszczać. Jej znaczenie dla fabuły jest zresztą większe, niż mi samej się wydaje. W końcu kto przygotowuje tytułowego kurczaka ze śliwkami...?

4 komentarze:

  1. Gratulacje zamążpójścia! Wszystkie co najwspanialsze dla Was :*
    To wszystko jeszcze przede mną, ale w maju zeszłego roku byliśmy z moim mężczyzną świadkami na ślubie naszych najbliższych przyjaciół i byłam w wielkim szoku ile tego jest do ogarnięcia. Od najmniejszych szczególików po przejście batalii z księdzem :P Na szczęście wszystko wyszło idealnie, ale ilość pracy, jaką młodzi muszą włożyć w przygotowania mnie przeraziła.

    Z filmów, które opisałaś widziałam tylko Rome in love. Nie podobał mi się za bardzo. Zresztą filmy Allena to nie moja bajka. Lubię chyba tylko Match Point i całkiem fajną atmosferę ma Vicky Cristina Barcelona.
    Na pewno obejrzę Still Walking, bo lubię takie filmy i z tego, co piszesz powinien mi się spodobać. Kurczak ze śliwkam kiedyś za mną chodził, ale ktoś, kto ma podobny gust do mojego powiedział, że to kiepski film i jakoś odłożyłam go sobie na święte nigdy ;]

    Moje serdeczne gratulacje jeszcze raz! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :* Staraliśmy się dać sobie spokój ze wszystkim, co by nas tylko niepotrzebnie stresowało, więc nie mieliśmy aż takiej góry rzeczy do zorganizowania - generalnie śmiesznie było, trochę improwizacji i zero nadętej atmosfery :). Póki co jesteśmy po cywilnym - zobaczymy za pół roku, jak poradzimy sobie z kościelnym... Mam nadzieję, że równie wesoło ;).

      Pamiętam, tę Twoją notkę o "Zakochanych w Rzymie", pamiętam ;). To była zresztą jedna z tych "negatywnych opinii", o których wspominam w poście. No i miałaś rację, nic specjalnego. Ja z kolei z Allena (tego nowszego) lubię chyba tylko "O północy w Paryżu"; Vicky atmosferę ma rzeczywiście całkiem-całkiem, ale nie wiem, czy to nie zasługa samej Barcelony ;).

      Kurczak na pewno nie jest kiepski, ale jest dosyć specyficzny i rozumiem, że nie każdemu musi się spodobać. Mnie te wszystkie satyryczno-baśniowe momenty albo rozkładały na łopatki, albo zupełnie urzekały - ale co kto lubi :)

      Pozdrowienia!

      Usuń
  2. Z okazji zamążpójścia - gratulacje! Szczere i uśmiechnięte:)
    Co do filmu Kore-edy, spotkałam się gdzieś z tłumaczeniem polskim (pewnie na jakiś festiwal filmowy) "A my idziemy" - chyba bardziej byłby trafiony, niż to nieszczęsne "Wciąż na chodzie". Swoją drogą, jeszcze nie oglądałam. Miałam za to przyjemność obejrzeć inny obraz Kore-edy, Soshite chichi ni naru - bardzo polecam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! :)
      O, rzeczywiście, "A my idziemy" brzmi dużo lepiej. Jest w tym filmie fragment, kiedy babcia nastawia płytę z "piosenką z młodości" i tam właśnie w refrenie śpiewają to "Aruitemo, aruitemo". Musiałabym jeszcze raz obejrzeć ten fragment i wsłuchać się w tekst, ale wydaje mi się, że ten tytuł by pasował...

      Dorzucam "Soshite chichi ni naru" do listy do obejrzenia :). To ja może od siebie polecę jeszcze jeden film Kore-edy: "Dare mo shiranai" aka 'Nobody Knows' (aka "Dziecięcy świat" - trafione jak zawsze ;)). Podobał mi się mniej niż "Aruitemo...", może dlatego, że jest dużo bardziej tragiczny, ale i tak warto obejrzeć :).

      Usuń

Related Posts with Thumbnails