czwartek, 27 lutego 2014

Oscarowe odliczanie: Nebraska

 
8+/10

Gdyby nie nominacja do Oscara, zapewne nigdy bym Nebraski nie obejrzała. Stylizacja na stare kino nie robi na mnie wrażenia (co najwyżej negatywne - jako próba przebrania zwyczajnego filmu za arcydzieło...), więc szarość zdjęć i ponury, czarno-biały plakat tylko mnie zniechęcały. Do tego dochodził wyświechtany i bardzo przez mnie nielubiany motyw alkoholizmu, widniejący w filmwebowym opisie filmu. Spodziewałam się więc ciężkiego, depresyjnego, męczącego kina. A tymczasem Nebraska tak miło mnie zaskoczyła! Podczas seansu śmiałam się więcej razy, niż przy pozostałych "oscarowych" filmach razem wziętych; żaden z pozostałych obrazów nie miał też w sobie tyle uroku, dobrodusznego kpiarstwa i wyrozumiałości dla swoich bohaterów. W Nebrasce jest przede wszystkim dużo uniwersalnej, życiowej prawdy. I to, że godzinę temu nie wiedziałam nawet, gdzie dokładnie leży Nebraska, nijak nie przeszkadzało mi w odbiorze tego filmu.

Dostaliście kiedyś list od wydawnictwa, w którym próbowano naciągnąć Was na prenumeratę cyklu X, wmawiając Wam jednocześnie, że wygraliście wielką sumę pieniędzy? Musicie tylko zaprenumerować X, a otrzymacie Waszą nagrodę... Ja w każdym razie pamiętam, że swego czasu moja babcia regularnie zostawała milionerką. Taki właśnie list otrzymuje też główny bohater Nebraski, Woody Grant (Bruce Dern). W przeciwieństwie do mojej babci, Woody nie wyrzuca listu do śmieci - ba, jest święcie przekonany, że właśnie został milionerem. A że nie ufa poczcie (w końcu chodzi o milion dolarów!), postanawia osobiście udać się do siedziby firmy, która wysłała do niego list. Do Nebraski. Dwa stany dalej.
Zapędy ojca próbuje ostudzić jego rozsądny syn, David (Will Forte). Po kolejnej ucieczce ojca z domu daje jednak za wygraną i postanawia... Sam zawieźć go do Nebraski. Matka (June Squibb) burzy się przeciw tej jawnej niesprawiedliwości (ona też chciałaby gdzieś pojechać, odwiedzić swoją siostrę, ale nikt jej nigdy do niej nie zawiezie!), starszy brat (Bob Odenkirk) uznaje Davida za wariata. Ale mężczyzna nie rezygnuje i wkrótce wraz z ojcem wyrusza w drogę...

Najpiękniejsze w tym filmie są portrety bohaterów. Nie są idealni, o nie. Woody nie stroni od alkoholu, nie jest wymarzonym partnerem ani ojcem, niewiele mówi, jest uparty i momentami sprawia wrażenie, jakby żył w swoim własnym świecie. Starszy z braci, Ross, jawi się na początku jako przemądrzały, pewny siebie typek. Matka, Kate, jest złośliwa, kłótliwa, marudna i zdaje się nienawidzić wszystkiego i wszystkich. Chyba tylko David nie ma jakiś szczególnie negatywnych cech charakteru. Jest, przede wszystkim, pełen zrozumienia, a przynajmniej chęci zrozumienia. Nie ma do ojca żalu, nie skreśla go - za to dużo pyta i stara się zrozumieć jego motywy. W dużej mierze to dzięki niemu widz czuje sympatię do Woody'ego. Ale pewnie stałoby się tak nawet bez jego pośrednictwa - bo tej czwórki, po prostu, nie da się nie lubić. Pod swoimi drobnymi przywarami skrywają prawdziwie rodzinną więź i nawet jędzowata Kate okazuje się darzyć męża dużo głębszym uczuciem, niż wskazywałyby na to jej słowa.

Lubię ten film za humor - nienachalny, mało widowiskowy i cudowny w swojej zwyczajności. Absurdy codzienności. Kto z nas nigdy nie słyszał rozmów młodocianych kierowców o tym, kto szybciej przejechał tę samą trasę? Kto nie widział zjazdów rodzinnych, na których wszyscy, zamiast rozmawiać, wpatrują się w telewizor? Kto nie musiał spędzać czasu w towarzystwie, w którym czuł się jak piąte koło u wozu? Miny Davida w tych scenach są bezcenne... Kto nie usiłował wytłumaczyć czegoś starszemu człowiekowi, który i tak wiedział swoje i ani myślał słuchać takiego gówniarza? Momentami reżyser idzie o krok dalej, sięgając po absurdy mniej codzienne. Scena kradzieży kompresora powietrza (i następujący po niej dialog w samochodzie!) to, mimo wykroczenia poza tę "zwyczajność" (a może właśnie dzięki temu?) jeden z moich ulubionych fragmentów Nebraski.

Bezcenna mina Davida (pierwszy z prawej)
Ale bywa też poważniej. Mimo tej wesołej otoczki jest w Nebrasce również sporo nostalgii za minionym czasem, jest ludzki materializm i zawiść, są krewni i "przyjaciele", którzy jak sępy rzucają się na Woody'ego, kiedy tylko dowiadują się o jego nagrodzie. Jest też smutna refleksja nad zakłamaniem dzisiejszego społeczeństwa, uderzająca najbardziej w jednych z ostatnich scen filmu:
 - Czy pański ojciec ma Alzheimera albo coś w tym rodzaju...?
 - Nie. On po prostu wierzy w to, co ludzie mu mówią.
 - Och, to niedobrze.
 - Wiem.
Aktorstwo w Nebrasce jest troszkę nierówne. Bywa bardzo dobrze, jak w przypadku dwójki głównych bohaterów. Bywa też nieco sztucznie (tu szczególnie kłuł mnie w oczy Bob Odenkirk, zwłaszcza na samym początku - nie wiem tylko, czy to wina aktora, czy dość topornych kwestii, które musiał wygłosić...). Muzyka jest z kolei przepiękna - lekki, przyjemny, wpadający w ucho motyw country, idealnie pasujący zarówno do miejsca akcji, jak i do motywu drogi samego w sobie. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego nie wyróżniono go chociażby nominacją do Oscara. 
No i to, o co mam do tego filmu największy żal: zdjęcia. Dlaczego tylko szarość? Szkoda mi tego, strasznie szkoda. Może i reżyser musiał pozbawić ten film koloru, może rzeczywiście coś to dało, pozwoliło mi nie rozpraszać się nadmiarem bodźców, ale... Nie mogę przeboleć wszystkich tych scen "w drodze", z ich otwartymi przestrzeniami, chmurami i światłocieniem. Zasługiwały na więcej niż skala szarości. I przykro mi, że nie dane było mi zobaczyć ich w pełnej krasie.

Absolutnie nie wierzę w Oscara dla Nebraski. To nie jest film konkursowy. Za zwyczajny, za mało efektowny, zbyt prosty. Nie zmienia to faktu, że jestem nim całkowicie oczarowana i - o ile Tajemnica Filomeny nie okaże się nieoczekiwanym arcydziełem - na 99% przyznam mu mojego własnego, prywatnego Oscara. A póki co mogę być wdzięczna Akademii za przedstawienie mi Alexandre Payne'a - bo mam jakieś niejasne przeczucie, że na Nebrasce nasza znajomość się nie zakończy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails