środa, 19 lutego 2014

Oscarowe odliczanie: Dallas Buyers Club // Witaj w klubie

8/10

Dallas Buyers Club zaczęłam oglądać bez większego przekonania. Historia chorego na AIDS kowboja, który postanawia nie poddać się tak łatwo i za wszelką cenę ratować swoje życie - nie, nie brzmiało to szczególnie fascynująco. Pierwsze minuty filmu rzeczywiście mijały mi dość boleśnie. Główny bohater niesympatyczny, jego kumple nie lepsi, wokół bieda z nędzą, a w dodatku wszyscy mamroczą tak, że ciężko w ogóle ich zrozumieć... Ale, na szczęście, do czasu. W połowie filmu oczy świeciły mi się już blaskiem świeżo rozbudzonej nadziei na znalezienie wśród nominowanych tego jednego, "mojego" obrazu, któremu mogłabym kibicować. A po seansie pomyślałam z ulgą i radością: nareszcie. To jest ten film.

Fabuła Dallas Buyers Club w największym skrócie przedstawia się właśnie tak, jak ujęłam to wyżej. Główny bohater, Ron Woodroof (Matthew McConaughey) - który jest tak naprawdę elektrykiem, a z kowbojem kojarzy mi się przez swój nieodłączny kapelusz - żyje sobie niezbyt przykładnie w małej, homofobicznej społeczności. W wolnych od pracy chwilach chodzi na rodeo, sypia z panienkami do towarzystwa, pija i wciąga bliżej niesprecyzowane proszki. Aż pewnego dnia traci w pracy przytomność, trafia do szpitala i dowiaduje się, że ma AIDS. W bardzo zaawansowanym stadium. Lekarze dają mu jeszcze co najwyżej trzydzieści dni życia.
Ron początkowo próbuje wyprzeć problem ze świadomości i wraca do swoich proszków, alkoholu i panienek. W końcu AIDS miewają tylko geje i inni dziwacy, a nie normalni ludzie - musiała więc zajść jakaś pomyłka. Nieopatrznie jednak dzieli się swoimi przemyśleniami z przyjacielem, który zaczyna odnosić się do niego z pewną rezerwą. Po kilku dniach Ron zdaje sobie sprawę z tego, że dotychczasowi koledzy, idąc podobnym tokiem rozumowania co on, uznali go za "pedała" i na dobre wykluczyli ze swojego grona. Powrót do starego życia i udawanie, że nic się nie stało jest już więc niemożliwe. Ron przyjmuje do wiadomości przerażającą diagnozę i rozpoczyna poszukiwania leku - w czym służba zdrowia, wbrew pozorom, wcale nie zamierza mu pomóc...

W Dallas Buyers Club nie chodzi - przynajmniej nie w pierwszej kolejności - o AIDS. Najważniejsza w tym filmie jest właśnie walka z systemem, w którym najbardziej liczy się nie ludzkie dobro, a zysk. Leki, które bohaterowi udaje się zdobyć w Meksyku, są w USA zakazane, mimo że wszystkie ich składniki są oficjalnie uznane za bezpieczne. Jedynym wyjściem jest przemycanie ich ukradkiem przez granicę. Z kolei leku, który jest w Stanach właśnie w fazie testów, meksykański lekarz każe Ronowi unikać jak ognia. Szkodliwe - przynajmniej w jego mniemaniu - substancje znajdują się nawet w jedzeniu. Cała ta tematyka bardzo przypadła mi do gustu, jako że ostatnio sama jestem dość mocno zakręcona na punkcie zdrowego stylu życia, jak największej naturalności, czytania składów i innych takich - i, choć nie jestem fanką teorii spiskowych, coraz mocniej zastanawiają mnie niektóre posunięcia branży kosmetyczno-farmaceutycznej. Scena, w której Ron i jego transseksualny przyjaciel Rayon (Jared Leto) robią zakupy w supermarkecie, przyglądając się dokładnie kolejnym etykietom, szczególnie mnie rozbawiła - tak właśnie muszę wyglądać podczas każdej wizyty w drogerii!

Ciekawie przedstawiona jest też ewolucja głównego bohatera. Matthew McConaughey miał spore pole do popisu (które zresztą w pełni wykorzystał): Ron przeobraża się z obleśnego, rozlazłego homofoba w całkiem prężnego biznesmena, kumplującego się (może nawet przyjaźniącego?) z transseksualistą i wzbogacającego się na desperacji innych, by na koniec stać się prawie bojownikiem o prawo człowieka do leczenia się na własną rękę. Główny bohater - po doszczętnie obrzydzających go pierwszych minutach - szybko zdobywa sobie sympatię widza. A jednocześnie wcale nie jest kryształowy. Jego próby rozpowszechniania zakazanych leków nie wynikają bynajmniej ze szlachetnego porywu serca; przeciwnie, kilkakrotnie powtarza, że nie jest organizacją charytatywną i cała ta operacja przynosi mu spory zysk. Trudno jednak nie doceniać go za wytrwałość i bezkompromisowość, z jaką prowadził nierówną walkę z ludźmi o wiele od siebie potężniejszymi.

Wielkim plusem Dallas Buyers Club jest aktorstwo - bo i Matthew McConaughey, i Jared Leto są w swoich rolach znakomici. Przydałby się dla nich wręcz specjalny Oscar dla najlepszego duetu. Jako że go nie ma, kibicuję obu panom osobno. McConaughey zdecydowanie wygrywa i z Chiwetelem Ejioforem, i z Christianem Balem, i z Leonardo DiCaprio (który - chociaż osobiście nie mam pojęcia dlaczego - w ogólnej opinii jest jego najpoważniejszym konkurentem). Skoro już nie może dostać tego Oscara Tom Hanks, to powinien trafić w ręce Matthew. Z kolei Jared Leto jest tak fenomenalny w roli Rayona, że nie wyobrażam sobie, co mogłoby skłonić członków Akademii do przyznania nagrody za drugoplanową rolę męską komuś innemu. Konkurencja jest wprawdzie całkiem godna (nie bardzo wiem tylko, co robi tam Jonah Hill...), ale Leto zostawia wszystkich daleko za sobą. Przy okazji oddaję tu swój zdecydowany głos na jego charakteryzatorów. Nie wiem właściwie, komu w większym stopniu zawdzięczamy efekt końcowy: właśnie nim czy samemu aktorowi? Tak czy inaczej, Jared Leto jest w tym filmie tak kobiecy, że gdybym nie wiedziała, że to on, to nie tylko bym go nie poznała, ale wręcz byłabym skłonna uwierzyć, że mam przed oczami nieco dziwnie wyglądającą kobietę.

Co tu dużo pisać - to bardzo dobry film i z chęcią kiedyś do niego wrócę. W znakomitym stylu przełamał moją złą "oscarową" passę i nadal - mimo obejrzenia kolejnych dwóch dobrych filmów - uważam go za swojego faworyta. Niespecjalnie wierzę wprawdzie w jego zwycięstwo 2. marca, ale... tak naprawdę mało mnie to obchodzi. Zależy mi tylko na tym, żeby mieć za kogo (z przekonaniem!) trzymać kciuki. A teraz, nareszcie, mam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails