środa, 22 stycznia 2014

Oscarowe odliczanie: Wilk z Wall Street // The Wolf of Wall Street

6/10

Wilk z Wall Street jest filmem o 180 stopni innym niż Zniewolony. Tu akurat na nudę absolutnie nie można narzekać. Film Martina Scorsese pędzi jak szalony; pełno w nim imprez, narkotyków, seksu, przekleństw, a przede wszystkim pieniędzy. Znów dostajemy też dawkę dobrego aktorstwa (czego innego można by się spodziewać po Leonardo?). Brakuje właściwie tylko jednego: sensu. Wilk z Wall Street to dość dobre kino rozrywkowe, przy którym można się pośmiać i odprężyć - tyle tylko, że niewiele z niego wynika. Niespecjalnie rozumiem zbiorowy zachwyt nim i nominację do Oscara. Prawdę mówiąc, nie jestem nawet pewna, po co ten film w ogóle powstał.

Główny bohater filmu, Jordan Belfort (Leonardo DiCaprio), ma w życiu jedno pragnienie: być bogatym. Udaje się więc na Wall Street, gdzie udaje mu się zdobyć posadę brokera (czyli maklera papierów wartościowych). Pech chce, że akurat na pierwszy dzień jego prawdziwej, samodzielnej pracy przypada Black Monday - krach na giełdzie, po którym jego firma bankrutuje. Jordan nie rezygnuje jednak ze swojego marzenia. Wykorzystując zdobytą podczas okresu próbnego wiedzę zaczyna od podstaw budować swoją pozycję w świecie biznesu. Zaczyna od "biura" w wynajętym garażu, a kończy... Właściwie nie kończy, bo ile by nie osiągnął, ciągle jest mu za mało. Zawsze przecież może być jeszcze bogatszy.

Przyznam szczerze: moje podejście do tego filmu jest bardzo subiektywne i ściśle związane z moim światopoglądem, mocno krytycznym wobec pazerności, wyrachowania i bezwzględnego wykorzystywania innych. Nie potrafię podziwiać głównego bohatera za jego spryt i umiejętność "ustawienia się". Pierwszy szef Jordana (Matthew McConaughey) dosadnie wyjaśnia mu zresztą, że ich praca jest de facto idiotyczna i polega na obracaniu nieistniejącymi pieniędzmi. Jedyni ludzie, którzy na tym zyskują, to właśnie sami brokerzy. Cały ten wspaniały dar przekonywania głównego bohatera i mamienie klientów obietnicą zysku kojarzyły mi się tylko z natrętnymi telemarketerami, próbującymi wcisnąć mi bezprzewodowy internet, dzięki któremu będę mogła surfować w sieci siedząc na balkonie (musi pani przyznać, że to kusząca propozycja, prawda?). Z drugiej strony, z tego właśnie wyciągnęłam najważniejszy dla mnie morał filmu: nigdy nie daj się na nic namówić telemarketerom. Kiedy ty cieszysz się, że zrobiłeś/aś dobry interes, facet po drugiej stronie linii cieszy się z twojej naiwności i pokazuje słuchawce środkowy palec.

Główny bohater jest człowiekiem, w którym nie pociąga mnie absolutnie nic. Jedyną rzeczą, jaką w życiu ceni, są pieniądze - albo jako cel sam w sobie, albo jako środek, dzięki któremu może pozwolić sobie na prostytutki i narkotyki. Brakuje mu absolutnie wszystkiego: skrupułów, współczucia, autorefleksji, szacunku do innych - zwłaszcza tych, którzy pieniędzy nie mają. Jest święcie przekonany, że każdy człowiek marzy tylko o tym, żeby być nim. Wobec tego wszystkiego na cud zakrawa fakt, że Jordan nie jest wcale jakoś szczególnie irytujący, a nieraz wzbudza nawet sympatię. Wielkie brawa dla Leonarda, bo pojęcia nie mam, jak udało mu się tego dokonać.

Spotkałam się z opiniami, że Wilk... to wybitny film, który wyśmiewa całą tę pogoń za pieniędzmi i marność życia, jakie prowadził Jordan. Sęk w tym, że ja tego wyśmiewania specjalnie nie widzę. Reżyser po prostu pokazuje, jak wyglądała droga na szczyt Belforta i ciężko stwierdzić, czy rzeczywiście przewraca oczami na widok tego wszystkiego, czy raczej uważa swojego bohatera za sympatycznego cwaniaczka. Mówienie o zmianie, jaka zachodzi w Jordanie pod wpływem świata biznesu też jest mocno chybione, bo przecież już na samym początku filmu stwierdza, że miał w życiu tylko jedno wielkie marzenie: być bogatym. Tu nie ma żadnej drastycznej zmiany charakteru - po prostu kiedy się wzbogacił mógł pozwolić sobie na życie, o jakim zawsze marzył. Nie przeceniałabym więc krytycznego wydźwięku filmu. Akcja po pewnym czasie też zaczyna trochę nużyć, bo w końcu ile można oglądać orgie, wciąganie prochów i motywacyjne przemowy bohatera? Rozumiem, że przedstawienie tego wszystkiego jest ważne dla całości filmu, ale trzy godziny to jednak lekka przesada. Spokojnie można by wyciąć trzydzieści minut i nikomu nie stałaby się żadna krzywda. Muzyka znów nie istnieje, zdjęcia też nie robią większego wrażenia - zwłaszcza, że duża część akcji rozgrywa się w biurze. Właściwie tylko kiczowaty ślub na Bahamach i jacht na dłużej utkwiły mi w pamięci. Leonardo jest dobry, ale nie ma zbyt dużego pola do popisu. Jego bohater jest zwyczajnie za płytki, żeby móc mówić tu o przedstawieniu jakiejś szczególnej głębi psychologicznej.

Co mi się za to bardzo w Wilku... podobało, to narracja - bo Leonardo raz po raz komentuje zza kamery przedstawiane wydarzenia. I robi to z taką rozbrajającą autoironią, z takim dystansem do siebie, że nie sposób się nie roześmiać. Sceny, które same w sobie byłyby zwyczajne albo nawet żenujące stają się komiczne, kiedy bohater zaczyna natrząsać się z własnych wspomnień. Mimo mojego krytycznego podejścia do całej fabuły parsknęłam śmiechem, kiedy w połowie filmu Jordan wyznał coś w rodzaju: Jak możecie się domyślić, bzykałem ją potem przez całą noc. Całe jedenaście sekund. Rozbraja też scena "bezpiecznego" powrotu do domu naćpanego bohatera czy niewerbalna dyskusja Jordana ze szwajcarskim bankierem. Być może to właśnie dzięki tej autonarracji Belfort nie wydaje się aż tak irytujący, jak w zasadzie powinien.

Film podtrzymuje też odrobina niepewności co do tego, jak zakończy się cała historia. Czy FBI aresztuje Jordana? Co się wtedy stanie? Co z żoną? Jak długo będzie siedział? Czy zmieni coś w swoim życiu, czy wszystko zostanie po staremu? Ta szczypta napięcia pozwala widzowi bez większego wysiłku dotrwać do końca i z ciekawością śledzić kolejne sceny.

Mimo że Wilka z Wall Street oglądało mi się całkiem przyjemnie, Oscara przyznałabym raczej Zniewolonemu. W jego przypadku przynajmniej jasno i wyraźnie widać, co autor miał na myśli i dlaczego nakręcił taki, a nie inny film. Temat, chociaż podany niespecjalnie fascynująco, jest dość istotny i zajmuje ważne miejsce w historii ludzkości. Wilk z Wall Street opowiada zaś tylko o sprytnym facecie, któremu udało się dorobić wielkiego majątku kosztem innych ludzi. Nie za bardzo wytrzymuje to porównanie.

4 komentarze:

  1. A ja wręcz odwrotnie. Wynudziłam się jak mops na Wilku z Wall Street (i wybitnie mi się nie podobał), a Zniewolonego oglądałam z wielkim zainteresowaniem.
    Masz rację, że brakuje sensu. Takich historyjek o dorobkiewiczach, którym odbija palma jest na pęczki. Koniec też był przewidywalny. Prędzej, czy później Jordan trafiłby do więzienia, bo zabrnął w to wszystko za daleko.

    Narracja jest ciekawa, ale mnie jakoś specjalnie ten film nie śmieszył. Jest, bo jest. Nie mam pojęcia skąd ta nominacja i przede wszystkim dlaczego. Nazwisko reżysera?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To się cieszę, że chociaż ten "Zniewolony" Ci się podobał :).

      Z tą nudą... Nie wiem za bardzo jak to ująć. Ja się na "Wilku..." jakoś szczególnie nie nudziłam, oglądało mi się go dość bezboleśnie, ale jednocześnie nie widziałam w nim niczego szczególnie ciekawego. Miałam wolny wieczór, to go sobie obejrzałam. I tyle. A losy Jordana były mi zupełnie obojętne.

      Też mi się wydaje, że nazwisko reżysera zrobiło swoje. Ludzie widzą w tym filmie cuda na kiju, bo skoro nakręcił go Scorsese, to MUSI w nim być jakieś ukryte drugie dno.

      Usuń
  2. Podepnę się trochę pod opinię Judith. Nie rozumiem piania nad tym filmem. Zły nie jest... Za długi o jakąś godzinkę, ale sprawnie zrealizowany i przyzwoicie zagrany. Ale żeby tak zaraz, że genialny? Praktycznie wszędzie, poza Twoim blogiem, czytam jaki to wspaniały film. Byłam, widziałam i nie wpadłam w zachwyt. Ani nad produkcją jako taką ani nad rolą Di Caprio.
    Narracja to było coś, co w moich oczach bardzo ten film... ratowało ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że nie jestem sama w tych odczuciach. Patrząc na Filmwebową średnią zastanawiałam się, czy coś mi w tym filmie umknęło...

      Ratowanie to bardzo dobre określenie ;).

      Usuń

Related Posts with Thumbnails