sobota, 25 stycznia 2014

Oscarowe odliczanie: Grawitacja // Gravity

 5/10

Jestem zła na Grawitację. Zła, bo miała spory potencjał. Mogła być mało efekciarska, z zacięciem psychologicznym, trzymająca w napięciu, w dodatku z przepięknymi zdjęciami (kto nie lubi oglądać kosmosu? Ziemi widzianej z przestrzeni? Ja uwielbiam). Sandra Bullock, którą darzę sporą sympatią, mogła zagrać swoją rolę życia. I doprawdy nie wiem, co stało się z Alfonso Cuaronem, któremu dekadę temu udało się wyreżyserować mojego ukochanego, najlepszego filmowego Harry'ego Pottera, ale ten film, po prostu, zepsuł.

Zaczyna się pięknie: pojawiające się na ekranie napisy informują widza, że na takiej a takiej wysokości nie ma atmosfery, nie rozchodzi się dźwięk i jakiekolwiek życie nie jest możliwe. Momentalnie robi się duszno i nieco przerażająco. Obserwując dwójkę astronautów, którzy naprawiają stację orbitalną (jedyni aktorzy w filmie: Sandra Bullock i George Clooney) widz ma przez cały czas pełną świadomość tego, w jak niepewnej sytuacji oboje się znajdują. Zależni od zapasów tlenu, żyjący tylko dzięki zawodnej technice. Tragedia następuje już po kilku minutach: bohaterowie otrzymują informację o lecących w ich kierunku szczątkach rosyjskiego satelity. Nie udaje im się na czas wrócić do stacji. Rozpędzone kosmiczne śmieci przecinają łączącą ich linę i wysyłają bezbronną kobietę - notabene lekarkę, która przeszła jedynie półroczne szkolenie w NASA - gdzieś w przestrzeń. Jej partner, zaopatrzony w odrzutowy plecak, rusza jej na ratunek. Zapasy tlenu szybko się kończą, a mordercze szczątki satelity ciągle krążą wokół Ziemi...

Pierwszy raz w życiu zdarza mi się wysuwać takie oskarżenie, ale w tym filmie leży przede wszystkim scenariusz. Nie tyle sama fabuła, ale sposób jej przedstawienia. A konkretniej: kwestie mówione. Jak na film, którego akcja dzieje się w miejscu, w którym "nie rozchodzi się dźwięk", jest ewidentnie przegadany. Scenarzyści każą Sandrze Bullock w kółko mówić do siebie i komentować rzeczywistość: zarówno wydarzenia (które są przecież przedstawione na ekranie), jak i własne stany emocjonalne (których, przy odrobinie wysiłku intelektualnego, widz sam może się domyślić). Owszem, mi też zdarza się czasem powiedzieć coś do samej siebie, zwłaszcza kiedy próbuję dodać sobie otuchy - a tego doktor Stone na pewno potrzebowała. Ale litości, nie w takim natężeniu! W efekcie miałam wrażenie, że scenarzyści traktują mnie jak idiotkę, której trzeba czarno na białym wytłumaczyć, że bohaterka się boi, a kwiki w radiu to wzruszający ją płacz niemowlęcia. Trochę więcej niedopowiedzeń, sugestii i ciszy dobrze by Grawitacji zrobiło. 

Szczytem wszystkiego (choć podpadającym pod trochę inną kategorię) jest rozmowa obojga bohaterów tuż przed wejściem do rosyjskiej stacji. Kilka chwil wcześniej doktor Stone praktycznie kończy się tlen - zostają jej tylko nędzne resztki z kombinezonu, ale zbiornik jest już zupełnie pusty. Wejście do "strefy tlenowej" jest blisko, trzeba tylko kawałek się przemieścić. Jej partner podjął już decyzję i bohaterka nie ma na nią żadnego wpływu. A jednak stoi jak kołek, patrzy z rozpaczą na Kowalskiego (tak, tak, tak właśnie nazywa się w filmie George Clooney) i przekazuje mu pełne pasji wiadomości, korzystając z ostatnich chwil łączności. Owszem, piękne to i wzruszające - ale ktoś tu chyba zapomniał o tym, że biedna kobieta nie ma czym oddychać. Hollywoodzkość tej sceny aż boli. Brakuje tylko patetycznej przemowy...

No i ostatnia, pewnie dość kontrowersyjna kwestia dźwiękowa: uporczywe dyszenie Sandry Bullock słyszalne przez dobre 80% filmu. Rozumiem zamysł: zmęczenie, przerażenie itd. Ale go nie kupuję. Napiszę to jeszcze raz: Grawitacji dobrze zrobiłoby więcej ciszy. Ja w każdym razie na pewno lepiej wczułabym się w sytuację bohaterki, gdybym zamiast wybijającego mnie z rytmu i irytującego sapania słyszała tę przytłaczającą ciszę. Której, nawiasem mówiąc, oczekiwałam po początkowej informacji o nierozchodzeniu się dźwięku.

Nie wiem, czy to wina właśnie tego spartaczonego scenariusza, czy samej Sandry Bullock, ale kompletnie mnie w Grawitacji nie przekonała. Jej bohaterka była irytująca, sztuczna, ta jej nienaturalna gadatliwość nijak nie pozwalała mi zapomnieć o tym, że to tylko film. Nominacja do Oscara za najlepszą (!) pierwszoplanową rolę kobiecą zakrawa na żart. Judith pisze, że aktorzy grali w wodzie, żeby ich ruchy w przestrzeni kosmicznej wyglądały jak najbardziej naturalnie - może tym właśnie kierowała się komisja? To rzeczywiście spory wysiłek, który w dodatku nie poszedł na marne - bohaterowie rzeczywiście sprawiają wrażenie, jakby cały czas byli w stanie nieważkości. Ale to jednak trochę za mało.

Pozostając w tym marudnym tonie dodam tylko, że ilość nieszczęść spotykających bohaterkę Grawitacji jest tak nieprawdopodobna, że aż śmieszna. Ledwie uda jej się dotrzeć do względnie bezpiecznego miejsca, następuje kolejna katastrofa. Pod koniec filmu autentycznie spodziewałam się potwora z Loch Ness. Podejrzewam, że wszystkie te atrakcje wklejono do fabuły głównie po to, żeby film ładnie prezentował się w wersji 3D...

Za to zdjęcia... O, za to wiele można temu filmowi wybaczyć. Nawet to sapanie. Nawet hollywoodzkie zakrzywienie czasoprzestrzeni. To jest coś naprawdę niesamowitego i nie wiem nawet, co mogłabym na ten temat napisać. Ziemia widziana z zewnątrz, bohaterowie dryfujący w przestrzeni kosmicznej - co mogłoby robić większe wrażenie? Chyba tylko początkowe sceny Drzewa życia mogą się z tym równać. A przecież widziałam ten film w domu, na laptopie. Mogę tylko wyobrażać sobie, jakie wrażenie musi robić na sali kinowej, w dodatku w trójwymiarze... Pozostałych nominowanych za zdjęcia jeszcze nie widziałam, ale nie wierzę, że będą w stanie to przebić. Jak na mnie - murowany Oscar.



Jest też w Grawitacji jedna scena, która wbiła mnie w fotel. O ironio, akurat jedna z najmniej efekciarskich (ja w ogóle jestem odporna na efekty specjalne...). Pod jej koniec poczułam się jednocześnie rozczarowana i, w pewnym sensie, zadowolona. To dość oryginalna mieszanka i bardzo za nią reżyserowi dziękuję.

Generalnie jednak Grawitacja mnie zawiodła. Za szybki dla mnie ten film, za wybuchowy, za przegadany. Nie znalazłam w nim zbyt wiele dla siebie. Oscarowi za najlepszy film i kobiecą rolę pierwszoplanową mówię zdecydowane nie. Ale zdjęcia i efekty to zupełnie inna bajka...

1 komentarz:

  1. Czyli mamy podobne zdanie - Oscar za zdjęcia i dźwięk ;)
    Mnie całość urzekła, ale ja jestem strasznym wzrokowcem i "dźwiękofilem" ;)
    Sandra musiała gadać sama do siebie, bo nie sądzę, że ktoś wysiedział na filmie, gdzie bohaterka tylko myśli i twarzą wyraża, co się dzieje. To by było ciekawe, ale nie trafiłoby do szerokiej publiczności. Hollywoodzkość scen, patos itd. - to nominacja do amerykańskiej nagrody za najlepszy film, a oni lubią takie rzeczy.
    Na mnie film zrobił ogromne wrażenie, ale oglądałam w imaxie, więc to też duuuuużo dało :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts with Thumbnails