piątek, 17 stycznia 2014

About Time // Czas na miłość - niekoniecznie komedia, niekoniecznie romantyczna


 8/10

Nie dajcie się zwieść oficjalnemu opisowi dystrybutora, plakatowi ani (tym bardziej!) zupełnie nietrafionemu polskiemu tłumaczeniu tytułu. About Time nie jest komedią romantyczną. Owszem, wątek romantycznej miłości się w filmie pojawia, początkowo jest nawet bardzo istotny, ale dość szybko ustępuje miejsca innym kwestiom. Jeśli więc postanowiliście podarować sobie seans, bo spodziewacie się, że film skończy się sceną ślubu głównych bohaterów na tle zachodzącego słońca - popełniacie błąd. Ten film to o wiele, wiele więcej niż historyjka o chłopaku, który raz po raz cofa się w czasie, żeby zdobyć upragnioną dziewczynę.

Główny bohater, dwudziestojednoletni Tim (Domhnall Gleeson), wysłuchuje pewnego dnia niewiarygodnej historii. Jego ojciec (Bill Nighy) informuje syna, że mężczyźni z ich rodziny potrafią... podróżować w czasie. Ten niezwykły dar ma swoje ograniczenia: podróżować mogą tylko w przeszłość i tylko do momentów, które sami przeżyli. Chłopak uznaje to, rzecz jasna, za niezbyt śmieszny żart, ale kiedy rzeczywiście udaje mu się cofnąć w czasie do minionego wieczoru i naprawić kilka niefortunnych szczegółów, zaczyna zastanawiać się, jak wykorzystać tę niezwykłą umiejętność. Po krótkiej konsultacji z ojcem dochodzi do wniosku, że, na dobry początek, chciałby dzięki niej... zdobyć dziewczynę. That's massive - komentuje zmartwiony ojciec. Bo przecież nawet podróże w czasie nie są w stanie sprawić, żeby ktoś cię pokochał.

Nietrudno domyślić się, co następuje potem. Od chwili, w której na ekranie pojawia się Mary (Rachel McAdams), widz nie ma wątpliwości, że to o jej względy będzie zabiegał Tim. Pojawiają się, oczywiście, komplikacje wynikające z podróżowania w czasie, mniej lub bardziej zabawne gafy głównego bohatera i niekoniecznie udane próby ich naprawienia. Nie jest też specjalnym zaskoczeniem fakt, że ostatecznie miłość Tima zwycięża. Tyle tylko, że film wcale nie kończy się na "żyli długo i szczęśliwie". Historia Tima i Mary jest tylko jednym z wątków opowieści, w dodatku zepchniętym w drugiej połowie filmu na nieco dalszy plan.

Polski tytuł About Time miałby sens, gdyby w połączeniu z plakatem nie sugerował tak jednoznacznie miłości romantycznej. Bo w tym filmie rzeczywiście chodzi w dużej mierze o miłość - ale we wszystkich jej wymiarach. Do ojca, matki, żony, dzieci, nieco szalonej siostry (Kit Kat (Lydia Wilson) jest zresztą moją ulubioną bohaterką tego filmu), do niezbyt bystrego wuja. Poniekąd nawet do książek (ojciec Tima, zapytany, jak wykorzystywał swój dar, zdradza, że dzięki niemu mógł trzykrotnie przeczytać wszystkie swoje ulubione powieści). A ostatecznie do życia samego w sobie, z wszystkimi jego drobiazgami.

Przesłanie filmu jest wyraźnie czytelne. Może wydać się niespecjalnie odkrywcze - ale jednak, z jakiegoś powodu, reżyser uznał je za wystarczająco istotne, żeby nakręcić o nim dwugodzinny film. Być może doszedł do wniosku, że ludziom potrzebne jest przypomnienie paru (niby) oczywistych prawd. Co ważne, film, przy całej prostocie swojej przewodniej myśli, nie wpada w banał ani moralizatorstwo. Bohaterowie nie są idealni, ale wzbudzają sympatię, a ich przywary raczej bawią niż irytują. Mimo że About Time nie jest typową komedią, pojawiają się w nim sceny i dialogi, przy których trudno powstrzymać się od śmiechu (Tragedia to zbyt łagodne określenie. To Titanic premier teatralnych. Tyle że bez ocalałych. Żadnych kobiet, żadnych dzieci... Nawet nie Kate Winslet. Wszyscy martwi). A ostatecznie okazuje się, że podróżowanie w czasie wcale nie jest do niczego potrzebne, jeżeli człowiek tylko nauczy się dobrze patrzeć...

Nie sposób nie wspomnieć o przepięknej, nastrojowej ścieżce dźwiękowej. Zachwycałam się przy prawie każdej piosence - a to w moim przypadku coś naprawdę niezwykłego, bo zazwyczaj ledwie rejestruję, że w filmie w ogóle jest jakaś muzyka. Zupełnie odpłynęłam, kiedy usłyszałam jedną z moich ulubionych piosenek (do tej pory znanej mi bardziej w wersji Katie Melui, ale oryginałem też nie pogardzę...):


Jestem bardzo, bardzo pozytywnie zaskoczona tym filmem. To o wiele więcej niż komedia romantyczna albo przesłodzona wersja Efektu motyla. Nie chodzi w nim też wcale o całe to podróżowanie w czasie, które jest właściwie tylko pretekstem do opowiedzenia reszty historii. To piękna, pełna ciepła i optymizmu lekcja radości życia. Mimo drobinek goryczy, które są obecne i w filmie, i w naszej rzeczywistości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts with Thumbnails