wtorek, 21 stycznia 2014

Oskarowe odliczanie: 12 Years a Slave // Zniewolony

6/10

12 Years a Slave to film, o którym - ze względu na poruszaną tematykę - aż głupio powiedzieć cokolwiek złego. W dodatku jest dobrze zagrany, z ładnymi (i brutalnie kontrastującymi z treścią) zdjęciami, prawdziwy, bolesny... I, niestety, okropnie nudny. To w pewien sposób aż przerażające, że byłam w stanie nudzić się oglądając całe to okrucieństwo, które wylewało się z ekranu, ale tak właśnie było. Historia Solomona, choć straszna i tragiczna, nie przyciąga do ekranu. Nie czytałam książki, na podstawie której powstał film, ale być może jest to jedna z tych pozycji, które w ogóle niespecjalnie nadają się do ekranizacji. Książka i film rządzą się przecież zupełnie innymi prawami.

Naczelną wadą 12 Years a Slave jest to, że tytuł spoileruje cały - dosłownie cały - film. Główny bohater, Solomon Northup (Chiwetel Ejiofor), mieszka z żoną i dwójką dzieci w jednym z północnych stanów. Jest wolnym obywatelem, skrzypkiem, szanowanym przez swoich białych sąsiadów. Pewnego dnia obdarza zaufaniem niewłaściwych ludzi i w konsekwencji zostaje porwany na południe, gdzie z dnia na dzień staje się niewolnikiem. Spędza tam - o czym wyraźnie informuje widza tytuł, bo z samego filmu niekoniecznie to wynika - dwanaście lat. Jak nietrudno się domyślić, po ich upływie udaje mu się wrócić na północ. W przeciwnym razie nie mógłby przecież opublikować swoich wspomnień.

Główny zarys akcji można więc bez problemu wywnioskować z samego tytułu. Resztę - z dość podstawowej wiedzy historycznej. Trudno oczywiście wytykać reżyserowi nadmierną zgodność z historią, ale nie zmienia to faktu, że w efekcie filmowi brakuje jakiegokolwiek, choćby minimalnego elementu zaskoczenia. Są plantacje bawełny, pogarda, niesprawiedliwość, ciężka praca, sporo przemocy, okrutni biali panowie i ich nie mniej bezlitosne żony. O wszystkim tym wiem, uczyłam się albo czytałam, w kinie też już to było (parę lat temu bodajże Jedynka emitowała serial o dość podobnej tematyce - sama widziałam tylko fragmenty, ale pamiętam, że pół mojej rodziny go oglądało). Dość powiedzieć, że największe wrażenie zrobiły na mnie końcowe napisy, opisujące krótko to, co nastąpiło po wydarzeniach przedstawionych w filmie. Dopiero to mnie zaskoczyło, dopiero wtedy zrobiłam się naprawdę zła. Ale chyba nie najlepiej świadczy to o samym filmie...

Rzadko kiedy zarzucam filmom to, że mnie nudzą. Wręcz lubię takie niespieszne historie, nad którymi człowiek może sobie spokojnie przysiąść, wczuć się w ich atmosferę, odprężyć się. Szkopuł w tym, że 12 Years a Slave absolutnie się do tego nie nadaje. Reżyser zdaje się kontemplować ból (i fizyczny, i psychiczny) swoich bohaterów (co bynajmniej nie oznacza, że krew leje się strumieniami, a po ekranie latają wyprute flaki). Rozumiem, że pewnie rzeczywiście tak to wyglądało, rozumiem, że twórcy chcieli przedstawić ogrom cierpienia niewolników, ale mimo wszystko dwugodzinny film, który w jakiś 80% skupia się na poniżaniu, biciu, szykanowaniu etc. - to dla mnie lekka przesada. Nie potrafię "zainteresować się" agresją. Mniej więcej od połowy filmu czekałam, kiedy wreszcie minie te dwanaście lat. I uważam, że to całkiem prawidłowy odruch.

Nie da się jednak ukryć, że - mimo ziejącej z ekranu nudy - 12 Years a Slave to ważny film. Wiem aż za dobrze, że ciągle istnieją na świecie naiwni ludzie, którym wydaje się, że całe to "niewolnictwo" było w rzeczywistości przyjacielską umową między białym pracodawcą a czarnym pracownikiem, w myśl której ten drugi dostawał - w zamian za pracę - zakwaterowanie i pożywienie, i w ogóle było mu dużo lepiej niż byłoby w Afryce. Można by wręcz pomyśleć, że plantatorzy ściągali Murzynów do Ameryki z dobrego serca, bo im biedaków było żal. Cóż. Miło by było, gdyby historia rzeczywiście tak wyglądała, ale niestety - nie wyglądała. Może ten film, oparty na faktach, na wspomnieniach człowieka, który naprawdę wtedy żył i stracił dwanaście lat swojego życia, da radę przekonać niedowiarków, że wyglądało to naprawdę źle.

Aktorsko film stoi na bardzo dobrym poziomie. Uwagę przykuwa zwłaszcza Michael Fassbender jako dość diaboliczny właściciel plantacji (do tej pory kojarzyłam go głównie jako pana Rochestera - kontrast jest tak uderzający, że ledwie go tu poznałam). Kreacje postaci też są całkiem zgrabne: nie ma tu, na szczęście, stereotypowego podziału na "dobrych czarnych" i "złych białych". Bohaterowie bywają niejednoznaczni i stanowią mieszaninę lepszych i gorszych cech - czyli tak, jak w życiu. Za to wielki plus. Zdjęcia, jak już wspomniałam, bywają piękne i zupełnie nieprzystające do opowiadanej historii. Muzyki nie pamiętam, znaczy - nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia.

Czy polecam? Sama nie wiem. Obejrzeć można, zwłaszcza jeśli ma się tylko mgliste pojęcie o tamtych czasach (albo jeśli zbudowało się swój obraz niewolnictwa w USA jedynie na podstawie Przeminęło z wiatrem). Ja do tego filmu raczej nie wrócę i będę dość rozczarowana, jeśli to właśnie on otrzyma tegorocznego Oscara (chociaż nie mówię nie statuetce dla Michaela...). Mam nadzieję, że pozostałe z nominowanych filmów (widziałam dopiero dwa) okażą się ciekawsze i bardziej przypadną mi do gustu.

4 komentarze:

  1. いい評論で賛成だよ。
    よく出来た安和 ^_^

    OdpowiedzUsuń
  2. ありがとう!ほんまに賛成してるの?意見がちょっと違うと思ったけど(^-^)。
    英語でもいいよ、多仁恵留 :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Film o takiej tematyce i wyprodukowany na taką skalę (sławne nazwiska, miliony dolarów, które poszły na jego stworzenie, znany reżyser) nie mógł przejść niezauważony przez Akademię. Choćby ciągnął się jak flaki z olejem i tak zostanie uznany za wybitny, bo... wszyscy znamy amerykańskie kompleksy, a niewolnictwo odbija im się czkawką po dziś dzień. Prawdopodobnie dostanie Oscara za najlepszy film, a Lupita za najlepszą aktorkę drugoplanową. Inaczej podniosłyby się głosy, że rasiści i tak dalej... a gala przecież chce być oglądana, wzbudzać emocje.
    W tym przypadku będzie to polityczny Oscar. To ich kraj, ich nagrody i ich prawa, ale bardzo dużo osób na świecie obejrzy nominowane filmy, a wygrany to już na pewno.

    Oczywiście, że niewolnictwo to porażka ludzkości, ale nie wszyscy biali panowie byli okrutni i źli, a niewolnicy biedni i pokrzywdzeni. Wszystko zależało od człowieka, jego zachowania i mentalności w samym okresie historycznym.

    Mimo wszystko obejrzę :)
    Pozdrowienia :))

    OdpowiedzUsuń
  4. Cóż, masz sporo racji i bardzo możliwe, że rzeczywiście tak to będzie wyglądało. Prawdę mówiąc, '12 Years a Slave' jest ciągle moim faworytem oscarowym ("Grawitacja" też mnie nie przekonała, niestety, chociaż statuetkę za zdjęcia MUSI dostać...!), ale to tak bardziej z braku laku niż przekonania, że obejrzałam genialny film. Ciąglę wierzę w to, że najlepszy film 2013 jeszcze przede mną ;). Za to statuetka dla Lupity wcale by mnie jakoś bardzo nie bolała, zagrała dobrze. Ale nie widziałam chyba żadnej innej z nominowanych w jej kategorii, więc wstrzymam się z werdyktami...

    A, to co piszesz o białych panach etc. akurat dość fajnie jest tu ukazane. Pierwszy "pan" głównego bohatera jest całkiem spoko, Brad Pitt też wybrał sobie najbardziej pozytywną "białą" rolę w filmie. Za to paru innych za nich nadrabia.

    Obejrzyj, obejrzyj. Jestem bardzo ciekawa, jak Ci się spodoba :).

    Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts with Thumbnails