wtorek, 2 kwietnia 2013

Wit Szostak, "Oberki do końca świata"


 Jeden raz, raz jeden czas na chwilę ruszył.
 Jeden raz, raz jeden płot bezczasu skruszył.
 Historia do wsi wkroczyła, bezczas naruszyła.
 I Jakubowa ochrona pod płotem się skryła. I tak zdarzyło się tylko raz. Po tym, jak Jakub czas zatrzymał, jak stanął na południowym i północnym krańcu Rokicin, po tym, jak zostawił muzykanctwo i został kościelnym w kadzidlańskim kościele, po tym historia bała się naruszyć granice Rokicin. Toczyła się poza wsią, czasem na widnokręgu widać było rozbłyski wojny, po polach niosło się echo wybuchów. Dzieje jednak przyczaiły się na skraju wsi i choć czasem szczerzyły zęby, do Rokicin przystępu nie miały. Nie przeszkadzało to trwać i splatać się codziennym historiom. Ludzie rodzili się i umierali, żenili się i chrzcili dzieci. I tylko czas rytuału, kolisty i powtarzalny, obracał się z cichym skrzypieniem jak młyńskie koło. Ale to były wszystkie zmiany, na jakie zgodził się Jakub Wicher. Wyłączył wioskę z dziejów świata, z jego niezrozumiałych wojen i zawirowań. I rzeczywiście, choć nikt nie wiedział, jak to mu się udało. Ponoć Niemcy, słynący z porządku i precyzji, pomylili się, siedząc nad sztabowymi mapami. I z ich kartograficznych dyskusji wypadły Rokiciny.
Oberki do końca świata to książka magiczna. Na pierwszy plan wybijają się dwa motywy: wieś i skrzypce - bo przecież Wichry wszystkie grały i wszystkie skrzypiały. Od dawien dawna, odkąd do Rokicin - małej, zapadłej wsi - przybył protoplasta rodu, Maciej Wicher. Nie wiadomo, skąd przybył, co robił wcześniej ani czemu wyruszył w podróż. Nie wiadomo nawet, czemu postanowił osiąść w niewyróżniających się niczym Rokicinach. Ale zamieszkał w nich, w osieroconym przez poprzedniego właściciela domku i założył ród miejscowych skrzypków, grających oberki, których nikt inny nie potrafił zagrać. Oberki, których melodie podpowiadała Wichrom natura, które od lat żyły już swoim życiem w okolicznych wioskach, a które kolejne pokolenia muzykalnej rodziny wyłapywały i przekładały na język skrzypiec.
Centralną postacią powieści jest Józef Wicher, ostatni skrzypek w rodzinie. A także otaczający go ludzie: początkowo ojciec, Jakub i brat, Franciszek, oraz ukochana obojga braci, pochodząca z sąsiedniej wsi piękna, uboga Maria; w późniejszej części pojawia się miastowy wnuk Józefa i gromadka jego przyjaciół, wnosząca powiew świeżości i nowego życia do opustoszałego domu Wichrów. Galeria postaci nie kończy się tylko na tym. We wspomnieniach Józefa pojawiają się jego liczni znajomi: kuzyn Antoni; pałający żądzą zemsty, nieszczęśliwie zakochany kowal; konkurencyjny skrzypek, słynący z pięknych, lecz "diabelskich" oberków; a nawet żyjący kilka pokoleń wcześniej, znany tylko z rodzinnych legend Maciej Wicher.

Oberki do końca świata to książka magiczna - bo przedstawiony w niej świat pełen jest wydarzeń niezwykłych, przypominających nieco ludowe zabobony. Wybuch wojny, rywalizacja braci o Marię, śluby, narodziny dzieci, ich ucieczki do miasta, osamotnienie starzejących się Wichrów - wszystko to, zupełnie zwyczajne i racjonalne, przeplatane jest opowieściami o kryjących się w dziuplach diabłach, aniołach siadających na dachu kościoła, domu przybliżającym lub oddalającym się od głównej drogi, zaklinaniu czasu czy wyławianiu księżyca ze studni. Piękny jest ten baśniowy styl, wszechobecny folklor i opisy spokojnego, niezagonionego życia. Smutna, ale boleśnie prawdziwa jest jego nieuchronna zagłada. Dzieci Wichrów uciekają we wsi - do nowych rodzin, większych miast, nawet do Ameryki. Czas, zwolniony z zawartego z Jakubem paktu, gna jak szalony. Zdaje się, że w tym nowym, zmodernizowanym świecie nie ma już miejsca ani dla tradycyjnych wiosek, ani dla grających przestarzałe melodie skrzypków.

Wnuk Józefa, Janek, i jego przyjaciele przynoszą do Rokicin nową nadzieję. Przyjeżdżają z miasta - początkowo skrępowani, tylko po oberki, potem już z nieukrywaną przyjemnością, do (przyszywanych) dziadków. Starzy Wichrowie wszystkich ich traktują jak wnuki; zresztą to nie Janek, lecz jego przyjaciel, Mikołaj, staje się najpilniejszym uczniem Józefa.
 Goście z miasta spali w stodole, zagrzebani w sianie. Było ciepłe lato, a dla miastowych to była atrakcja. Józef wspominał noclegi w stodołach z dawnych, weselnych czasów. Pamiętał też, że za drzwi stodoły nie miały wstępu uznawane w świecie prawa. Pamiętał, jak znikał wstyd, jak ludzie poznawali się, jak nikt nie patrzył na obyczaje i przykazania. Rokicińskie stogi były wyspami innego świata, wyspami młodych, gdzie trwał ciągły karnawał i ciągły śmiech. I wiedział, dlaczego młodzi śpią w stodole, i powstrzymywał Marię, która z troską namawiała przyjaciół wnuka do noclegu w izbie. Bo zimno, bo wieje, bo dach nieszczelny, bo poranki już chłodne, bo myszy. I dziwiła się, że to młodym nie przeszkadza. Potem przychodzili na śniadanie zaspani, ziewając i wyciągając sobie nawzajem źdźbła z włosów. A potem chłopcy grali, dziewczyny gotowały, a potem wszyscy tańczyli.
W Oberkach... przeplata się ze sobą takie bogactwo motywów, że aż ciężko je wymienić. Są tu i bogate, wiarygodne portrety psychologiczne, i niespiesznie prowadzona, a jednak wciągająca narracja, i realizm magiczny, i apoteoza folkloru, i ludowa muzyka, znajdująca swoje odzwierciedlenie w rytmie powieści. No i olbrzymia przyjemność czytania. Aż zaczynam przekonywać się do polskiej literatury.
Related Posts with Thumbnails