niedziela, 24 marca 2013

Głos góry // Yama-no oto

Ostatnio niewiele czytam. Odzwyczaiłam się od tego przez ubiegły rok i wdrożenie się z powrotem w czytelniczy tryb życia jest dla mnie bardzo ciężkie. Chciałabym więcej, szybciej, z większym zaciekawieniem - a zamiast tego czytam powoli, po kawałeczku, wręcz zmuszając się do sięgnięcia po książkę. Mozolnie przedzieram się przez rozdziały i podglądam spis treści, zastanawiając się, ile jeszcze do końca. I nie jest to winą doboru lektury (aktualnie Oberki do końca świata Wita Szostaka), bo ta akurat satysfakcjonuje mnie w 100% - już nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła coś o niej napisać! Nie, to ja się odzwyczaiłam, wypadłam z rytmu - innego wytłumaczenia nie widzę. Ale nie poddaję się; dalej się przedzieram, dalej planuję, co przeczytam później, dalej szukam w czytaniu dawnej przyjemności...

Najwyraźniej muszę sobie jednak czymś rekompensować niedostatki w ukulturalnianiu się, bo w ostatnich tygodniach liczba obejrzanych przez mnie filmów zaskakująco wzrosła. Wprawdzie do poziomu, który dla większości jest pewnie normą, ale zawsze... Znalazło się wśród nich miejsce i dla granego wciąż w kinach Silver Linings Playbook (Poradnik pozytywnego myślenia), i dla starej, dobrej Seksmisji, którą uraczyłam mojego chłopaka w ramach zapoznawania go z polską kulturą. Co cieszy mnie najbardziej, miałam okazję obejrzeć również dwa filmy japońskie: Banshun (晩春, Późna wiosna) i Yama-no oto (山の音, Głos góry). Oba są stare i fatalnie nagłośnione, co w przypadku Późnej wiosny, obejrzanej głównie w celach edukacyjnych (czyli: bez napisów), skutecznie utrudniało odbiór filmu. Głos góry był już, na szczęście, zaopatrzony w angielskie napisy, więc i przyjemność oglądania była dużo większa. Choć nawet tę na wpół jedynie zrozumianą Późną wiosnę oglądałam z wielkim zaciekawieniem...

Dziś jednak o Głosie góry. Ze względu na mojego ulubionego Kawabatę.

8/10
Głos góry to ekranizacja powieści Kawabaty Yasunariego o tym samym tytule; zarówno książka, jak i film powstały w 1954 roku. Ciężko ująć w słowach fabułę utworu, zwłaszcza wersji powieściowej. Może to kwestia tego, że Kawabata miał w zwyczaju drukować swoje powieści w odcinkach? Nie tworzył utworu od początku do końca, nie zastanawiał się nad kompozycją, punktem kulminacyjnym, a już w pewnością nie nad zakończeniem. Pisał opowiadania, obrazki z życia, które wprawdzie łączyły się ze sobą, ale w założeniu wcale niekoniecznie miały być spójną powieścią. Są więc te jego utwory trochę rozlazłe, trochę pozbawione akcji. W wielu miejscach są również, niestety, nieczytelne dla Europejczyka - bo Kawabata pisał o Japonii pięknej i tradycyjnej, wykorzystując do tego celu wszystko, co oferował mu język japoński i japońska tradycja. W oryginalnych wersjach pojawia się rozbudowana symbolika, gry słów przejrzyste jedynie w przypadku tekstu zapisanego znakami, niedopowiedzenia, których Japończykom wyjaśniać nie trzeba. W przekładzie większość tego ginie albo odbierana jest zupełnie opacznie. Te książki nie były pisane z myślą o obcokrajowcach, zdecydowanie nie.
Czasami ciężko więc Kawabatę zrozumieć. Czasem można pomyśleć, że to powieści o niczym. Ale można też przyjąć od początku, że punktu kulminacyjnego i oczywistego zakończenia nie będzie - i po prostu zanurzyć się w utrwaloną na kartach powieści historię, stając się świadkiem codziennych dramatów zwykłych ludzi. Poczuć choć odrobinę klimatu Japonii, której już nie ma.

Taką właśnie pozornie zwykłą historię prezentuje czytelnikom Kawabata w Głosie góry. Głównym bohaterem jest starzejący się Ogata Shingo, któremu od pewnego czasu zdarza się słyszeć ów tytułowy głos góry - zwiastun zbliżającej się śmierci. Shingo, rozmyślając nad dobiegającym końca życiem, obserwuje codzienność swojej rodziny: żony, syna, synowej, później również córki i wnuczek. Przygląda się jej, analizuje, snuje pełne rezygnacji przemyślenia - sam natomiast zdaje się być na uboczu, poza głównym nurtem wydarzeń. Jest raczej narratorem niż bohaterem dramatu. Wydawać by się mogło: ot, rodzina jakich wiele. Ale po bliższym przyjrzeniu się okazuje się, że nie wszystko układa się w tej rodzinie tak, jak powinno, zgodnie i harmonijnie. Wręcz przeciwnie - nie układa się prawie nic. Niekochana żona jest jedynie karykaturą swojej zmarłej za młodu siostry. Piękna, urocza synowa bez problemu zaskarbia sobie sympatię teściów, lecz to nie mąż, a teść darzy ją głębokim uczuciem. Syn Shingo, Shuichi, rzadko pojawia się w domu, zajęty romansem, którego nawet nie próbuje ukrywać. Pojawienie się córki, Fusako, która postanowiła wraz z dwójką dzieci opuścić męża (w latach 50'!), dodatkowo komplikuje i tak napięte relacje w domu Ogatów. 

Emocje buzują, bohaterowie podejmują nieraz kontrowersyjne decyzje i czasem niełatwo zrozumieć ich motywacje. A jednocześnie są w tym wszystkim tak bardzo ludzcy i prawdziwi. Nie ma tu podziału na dobrych i złych. Choć cała historia opowiedziana jest z punktu widzenia Shingo, to i pozostali bohaterowie mają w większości szansę przedstawić swój punkt widzenia. To ludzie, których życie okazało się bardziej pogmatwane, niżby sobie tego życzyli; ludzie zmuszeni do podjęcia trudnej walki o swoje szczęście. I wszyscy z nich - może poza dość bezdusznie przedstawionym Shuichim - wzbudzają w czytelniku sympatię i współczucie.

Wersja filmowa bardzo wiernie oddaje treść książki. Hara Setsuko jest idealną Kikuko: piękną, niewinną, dobroduszną. Brzydka Fumiko okazuje się być równie ładna - sceny, w których komentuje swoją domniemaną brzydotę, brzmią nieco śmiesznie - ale jej bezpośredniość, nieliczenie się z konwenansami i pewna ordynarność pasują do książkowego pierwowzoru. Filmowy Shuichi stał się mniej nijaki, w efekcie czego wzbudzał we mnie już nie lekką niechęć, ale całkiem potężną antypatię. Zniknęły, rzecz jasna, wspomnienia Shingo, które stanowiły sporą część powieści; w filmie piękna siostra Yasuko przywołana jest tylko raz, i to nie przez Shingo, ale przez przekomarzającą się z nim żonę. Zabrano trochę symboliki (w tym, niestety, sam motyw głosu góry), trochę scen, które niewiele wniosłyby do fabuły. Zamiast tego skupiono się na emocjach, uczuciach, wzajemnych oskarżeniach, a przede wszystkim na Kikuko, stojącej przed dramatycznym wyborem.
Może to kwestia tego, że czytałam książkę już kilka razy i dobrze zapoznałam się z tą historią, może to magia kina - ale wydaje mi się, że wersja filmowa jest bardziej zrozumiała dla zagranicznego odbiorcy niż powieść. Motywacje, choć nadal zagmatwane, stają się bardziej przejrzyste. Łatwiej wczuć się w sytuację bohaterów, łatwiej ich zrozumieć. Lubię takie kino. Bardzo cenię je sobie za ten spokój, który wypływa z niego mimo rozgrywających się na ekranie dramatów. Przede wszystkim jednak dochodzi do głosu moja japonistyczna strona: jestem wdzięczna za szansę zerknięcia na chwilę do japońskiej rodziny i przyjrzenia się temu, w jaki sposób Japończycy wyrażają emocje, których wyrażać "nie powinni". I jedno, i drugie jest dla nie-Japończyka trudne do osiągnięcia.

Krótko mówiąc: podobało mi się i chcę więcej. Marzy mi się zdobycie ekranizacji Krainy śniegu...
Related Posts with Thumbnails