piątek, 30 marca 2012

Pocztówki z Kioto

Nie odzywałam się od prawie miesiąca, bo moje życie nagle gwałtownie przyspieszyło. Wyjechałam na roczne stypendium do Japonii - do byłej stolicy, Kioto, będącej dla Japonii tym, czym dla Polski jest Kraków. W związku z tym miałam sporo pracy z zaliczeniem przedmiotów, pakowaniem, porządkami w domu etc... Niestety, nie starczyło mi czasu na czytanie. Olbrzymi stres też robił swoje - nawet gdy zabierałam się za lekturę, nijak nie mogłam się na niej skupić. Obawiam się, że w przyszłości nie będzie lepiej. Zabrałam tu ze sobą aż jedną książkę - Dom Augusty Majgull Axelsson - bo książki, niestety, sporo ważą. Być może prędzej czy później zacznę kupować albo chociaż wypożyczać książki z tutejszej biblioteki, ale póki co nie byłam nawet na uniwersytecie...

W związku z wyjazdem postanowiłam założyć kolejnego, trzeciego już bloga. Tym razem szanse na to, że nie starczy mi do niego zapału, są raczej małe, bo i tak musi przetrwać jedynie rok. Kiedy wrócę z Japonii, zabraknie mi tematów do opisywania i Pocztówki z Kioto przestaną pełnić swoją rolę... 

Tak czy inaczej, serdecznie zapraszam - o, tu.

poniedziałek, 5 marca 2012

Masahiko Shimada, "Wyrok śmierci na życzenie"

3,5/6

Wspominałam już kilka razy, że czuję się zmęczona czytaniem tylko i wyłącznie literatury japońskiej. Do połowy trzeciego wypożyczonego z biblioteki stosika miałam jeszcze do tego zapał; potem jednak siły mi opadły i coraz trudniej było mi przedzierać się przez kolejne pozycje. Fakt, że Abe Kobo nie należy do pisarzy najłatwiejszych w odbiorze i można się nim trochę zmęczyć... Powieść Masahiko Shimady Wyrok śmierci na życzenie miał być miłą odskocznią od trudnego, przygniatającego stylu Abego. Opis z tylnej okładki głosi:
Powieść Wyrok śmierci na życzenie to zapis ostatniego tygodnia życia człowieka, który z rozmysłem, wykorzystując przysługującą mu wolność decydowania o własnym życiu, wybiera śmierć. Los chce, że jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki jego monotonne, pozbawione większych emocji życie człowieka poczciwego - od chwili podjęcia decyzji o samobójstwie - nabiera rumieńców i rozpędu, obfituje w sensacyjne przygody, o jakich wcześniej mu się nie śniło.
Rumieńce, rozpęd i sensacyjne przygody sprawiły, że spodziewałam się po tej lekturze dobrej rozrywki. Miała to być powieść, którą połknę za jednym zamachem i przy której będę się dobrze bawiła. Niestety, nie spełniła swojej roli i ugrzęzłam w niej na jeszcze dłużej niż przy poprzednich lekturach. Stąd też moja stosunkowo niska ocena.

Wyrok śmierci na życzenie to powieść nierówna. Pierwsza 1/3 książki jest przeciętna, kolejna - wręcz nudna. Z kolei część końcowa podobała mi się bardzo i czytałam ją z dużą przyjemnością. Bohater, Yoshio Kita, uwalnia się w niej spod wpływu demonicznego, złowrogiego Yashiro i podejmuje walkę o odejście z tego świata na własnych zasadach. Okazuje się również, że nie jest wcale tak stuprocentowo dobrym człowiekiem, który znudził się życiem i bez ważniejszego powodu postanowił się zabić, lecz osaczają go demony przeszłości. Z kolei zauroczona nim kobieta stara się powstrzymać go przed popełnieniem samobójstwa, co w końcu zmniejsza trochę fatalistyczny wydźwięk całej powieści i wprowadza element napięcia. Zabije się? Nie zabije? Czy ktoś go zabije, chociaż sam się rozmyśli? To z kolei prowadzi do kolejnego dylematu: co byłoby lepsze? Odkąd pojawiła się możliwość, że Kita jednak przeżyje, miałam nadzieję, że uda się go powstrzymać przed popełnieniem samobójstwa; jednak jego desperacja w dążeniu do celu, utożsamienie śmierci z wolnością, a dalszego życia z niewyobrażalnie ciężką niewolą sprawiły, że sama nie wiedziałam już, co byłoby lepsze. Chciałabym, żeby przeżył, ożenił się z Shinobu i żyli razem długo i szczęśliwie... Tylko że niezbyt potrafiłam wyobrazić go sobie jako radosnego pana młodego, męża, ojca. Czy człowieka, który postanowił odrzucić życie, powinno się wbrew jego woli do niego zmuszać...?

W naszej cywilizacji samobójstwo jest czymś złym. W Japonii nie. Często bywało wręcz przeciwnie - uznawane było za akt honorowy, jedyne wyjście "z twarzą" w trudnej sytuacji. Yoshio nie kryje się więc szczególnie ze swoim postanowieniem i nikt go za nie nie potępia. Główną reakcją otoczenia jest zdziwienie. Człowiek, który chce się zabić, powinien przecież być rozgoryczony, załamany, nieszczęśliwy - tymczasem Kita uznał po prostu, że nie chce dłużej żyć. Bo nie. Jak już wspomniałam, pod koniec powieści bohater przyznaje, że istnieje jednak powód, dla którego zdecydował się na ten krok, jest to jednak sprawa sprzed wielu, wielu lat. Nie wiadomo, dlaczego akurat w danym momencie uznał, że nie może z nią żyć. Nic do niej nie nawiązywało, nic nie przypomniało Kicie bolesnych wspomnień. Ot, tak, po prostu...
W tym kraju od najdawniejszych czasów śmierć samobójcza jest po prostu formą, nie trzeba wcale mieć motywacji, powodów ani czuć się winnym, żeby się zabić. Ci, co żegnają odchodzącego na tamten świat, też specjalnie nie próbują dociec, dlaczego tak się stało, tylko zgodnie z obowiązującą formą odprawiają obrządki żałobne. Owszem, w niektórych kręgach z lubością roztrząsa się koncepcję śmierci, ale to nie kręgi umierają, tylko poszczególni ludzie. Ludzie mogą mówić, co im się podoba, tylko dlatego że żyją. Dopóki żyją, mogą rozpaczać nad bezsensownością takiej śmierci, mogą próbować zgłębić jej istotę. Umarli zaś milczą. Żywym nikt nie zabroni traktować ich milczenia jako ironii lub żartu. Podobnie jak umierającym nikt nie zabrania umierać. Samobójstwo to czysta forma.
Przemyślenia Kity nie do końca pokrywają się z autentycznymi ludzkimi zachowaniami, przedstawionymi na kartach powieści. Znajomi bohatera wcale nie traktują jego przyszłego samobójstwa jako "formy" i choć niespecjalnie starają się dociec, co skłoniło go do tego kroku, to jednak próbują przynajmniej jakoś go przed nim powstrzymać.

Niestety, we wcześniejszej części powieści brak tego wszystkiego, co podobało mi się w końcowej. Nie ma tam ani napięcia, ani pola do przemyśleń. Co gorsza, nie jest to nawet ani zabawne, ani ciekawe. Kita decyzję o samobójstwie podejmuje w piątek, a kolejny piątek wyznacza na datę egzekucji. Tytuły kolejnych rozdziałów to następujące po sobie dni tygodnia. Ciekawie zaczyna się powoli robić we wtorek, a naprawdę jest - od czwartku. Nieduża to część powieści.

Niemniej jednak - przeczytać można. Choć nie spodziewając się cudów. I nie dając się zwieść opisowi z okładki. Powieść nie spełnia swojego rozrywkowego zadania i to właśnie cięższe, filozofujące fragmenty są jej najmocniejszą stroną.

piątek, 2 marca 2012

O japońskich dramach słów kilka

Drama (właściwie dorama, ドラマ) to po japońsku po prostu serial. Z bliżej mi nieznanych powodów w japonistycznym światku nikt, absolutnie nikt nie mówi jednak, że ogląda "japońskie seriale". Ogląda się "dramy" - i choć takie nazewnictwo nie ma większego sensu i brzmi jak chęć zaszpanowania dziwnie brzmiącym słówkiem, to weszło nam to w krew na tyle, że nie potrafimy tego zmienić. W każdym razie ja zawsze, obojętnie z kim rozmawiam, mówię o "dramach". Tylko czasem łapię się na tym, że rozmówca nie ma nic wspólnego z japońskim i chyba nie wie, o co mi właściwie chodzi...

Mam wrażenie, że nie da się obejrzeć japońskiej dramy bez olbrzymiego zaskoczenia (przeważnie pewnie negatywnego) bez wcześniejszego psychicznego przygotowania. Otóż dramy - a nieraz i filmy z udziałem młodych aktorów - należą do zupełnie innej szkoły filmowej (o ile można to tak nazwać...) niż nasza, zachodnia kinematografia. Rzeczy, które w amerykańskim, a tym bardziej europejskim filmie rażą i wydają się albo śmieszne, albo wręcz żenujące, tu są na porządku dziennym. I nie jest to wynikiem jakiś braków w sztuce aktorskiej albo głupoty Japończyków, tylko przyjętej konwencji. Pod tym względem przypominają mi trochę kino Bollywoodzkie. Do dziś pamiętam scenę z Czasem słońce, czasem deszcz, w której to Shah Rukh Khan wysiada z helikoptera; gdy tylko stawia stopę na ziemi, obraz zostaje spowolniony, a kamera wykonuje zbliżenie na twarz bohatera, ukazując jego falujące na wietrze włosy... Z europejskiego punktu widzenia - koszmar! Tandetne i kiczowate do bólu. A jednak w kinie Bollywoodzkim takie sceny nie są niczym dziwnym.

Z dramami jest podobnie. Przerysowywanie emocji, granie bardzo wyrazistą mimiką, hektolitry łez (niezależnie od gatunku serialu), napuszone przemowy... Do tego dochodzi nieraz bardzo niski stopień prawdopodobieństwa przedstawionych zdarzeń (narodowy konkurs na "dziewczynę Japonii", o którym nikt z bohaterów wcześniej nie słyszał; szkoła tylko dla przystojnych chłopaków; tłumy dziewcząt osaczających najprzystojniejszych chłopaków w szkole, wystające pod ich domem, oczywiście przy akompaniamencie świdrujących uszy pisków). Albo wątki fantastyczne. Według pierwotnych wierzeń Japończyków bóstwa (w ilości gromadnej) żyją absolutnie wszędzie i nieraz ingerują w świat ludzi, więc opętania, błąkające się po świecie duchy i inne takie nie są niczym dziwnym. Ponoć świadomość istnienia świata duchów wciąż jest głęboko zakorzeniona w (pod)świadomości Japończyków - jeśli tak, to dramy całkiem nieźle to odzwierciedlają. I wcale nie znaczy to, że daną dramę powinno się klasyfikować jako fantastykę; duchy pojawiają się nawet w stuprocentowych komediach (Hanazakari no kimitachi e) i komedio-romansach (Yamato Nadeshiko shichi henge). W sumie w teorii brzmi to podobnie jak realizm magiczny, choć klimatem zdecydowanie się od niego różni...

Z dramami kojarzy się nieodłącznie jeszcze jedno słowo - tarento. Z angielskiego 'talent', czyli (w teorii): "utalentowana osoba". W praktyce jest to młody człowiek, który robi karierę w świecie show-biznesu, przeważnie zresztą w kilku dziedzinach naraz. Jego kariera napędzana jest przez promującą go agencję, która ma odpowiednie środki finansowe, żeby wmówić społeczeństwu, że dany osobnik jest dobrym ... (tu wstawić dowolny "gwiazdorski" zawód). Ponieważ agencje chcą zarobić jak najwięcej, dbają o to, by ich podopieczni nie ograniczali się tylko do jednej dziedziny sztuki, ale robią co mogą, by wypromować ich na kilku polach. 
Co z tego wynika?
Jak nietrudno się domyślić - nic dobrego. Biorą się stąd całe stada fałszujących okrutnie aktorów i piosenkarzy grających jak kłody drewna. W moim odczuciu robienie z tarento na siłę idoli nastolatek, którzy gwiazdorzą we wszystkim, co możliwe, nie wychodzi im na dobre. Skupienie się na jednej, wybranej dziedzinie pozwoliłoby im na wyszlifowanie jej. No i dodałoby im trochę prestiżu, bo póki co słowo "tarento" brzmi dość pogardliwie i plasuje się kilka kategorii niżej niż "aktor" albo "piosenkarz". "Tarento", czyli gwiazdka, która zajmuje się wszystkim i niczym. A przynajmniej tak głosi stereotyp.
Tymczasem w rzeczywistości wśród tych "tarento" znajdują się całkiem nieźli aktorzy, którym etykietka tarento ewidentnie szkodzi. Wprawdzie niebotycznie fałszują i ze śpiewaniem powinni natychmiast dać sobie spokój (a nawet jeśli nie fałszują... cóż, kariera w J-Popie nie jest szczególnym powodem do dumy...), ale jako aktorzy spisują się naprawdę nieźle. Z drugiej strony, są też ci, którzy grać ewidentnie nie umieją, a są wrzuceni do jednego worka z tymi pierwszymi. Człowiek obejrzy dramę w drewnem w roli głównej i myśli w pobłażaniem: no tak, tarento...

A jeśli dramy, jeśli tarento, to... Oguri Shun.


Aktor, który jest wszędzie. Japoński Shah Rukh Khan. Nie znam dokładnych statystyk, ale jak na mnie występuje w dobrych 50% dram. W tym we wszystkich najbardziej popularnych: Hana yori dango, Hanazakari no kimitachi e, Gokusen... Zresztą, wystarczy rzucić okiem na listę na Filmwebie. Jest dość nietypowym tarento, bo chyba nie śpiewa, a w dodatku jest już stosunkowo stary - całe 30 lat! Powiem szczerze: nie rozumiem kompletnie, na czym polega fenomen tego aktora. Ani tego, czemu zatrudniają go do tylu produkcji, ani tego, dlaczego ludziom się to podoba. Mnie gra aktorska tego pana doprowadza do szału i nawet jeśli jest dobrym aktorem, to dobiera sobie fatalne role. Nie widziałam go jeszcze w roli ekspresywnej, w której mógłby wykazać się czymkolwiek więcej niż mruknięciami albo powtarzanym w kółko: "A, so ka?". A występuje w prawie wszystkim, co oglądam albo planuję obejrzeć. Niestety...
Related Posts with Thumbnails