wtorek, 31 stycznia 2012

Abe Kobo, "Czwarta epoka"

4/6
Przypadek jest dlatego "przypadkowy", ponieważ zwykle zdarza się bez jakiejkolwiek przyczyny, poza serialem telewizyjnym. Śmierć mężczyzny... podejrzenia... śmierć kobiety... dziwne telefony, sprzedaż i kupno płodów ludzkich... pułapka, w którą wpadła żona... Ciąg wydarzeń, które zaczęły się od czystego przypadku i splotły się, stając się całym ciągiem, jednym łańcuchem, nie potwierdzającym ani nie negującym niczego, ale owijającym się wokół mojej szyi niczym stryczek. Czułem się tak, jakby gonił mnie szaleniec, w dodatku bez istotnej przyczyny. Dla mojego racjonalnego umysłu było to trudne do zniesienia.
Dla mojego racjonalnego umysłu trudne do zniesienia są powieści Abego Kobo. I choć zazwyczaj mi się podobają, choć doceniam wyobraźnię autora i jego umiejętność nadawania własnym dziełom psychodelicznego, surrealistycznego klimatu, to jednak nie biegnę w podskokach do biblioteki, aby wypożyczyć jego kolejne powieści. Wszystkie są do siebie tak podobne, że czytelnik z góry wie, czego może się po nich spodziewać. Różnią się fabułą, oczywiście, ale nastrój jest ten sam. Mroczny, ciężki, przytłaczający i mocno fatalistyczny. Dopiero niedawno przeczytałam Schadzkę i podeszłam do Czwartej epoki z lekką niechęcią i niepokojem, przekonana, że czeka mnie powtórka z rozrywki. Nie pomyliłam się. Takie natężenie dziwności to dla mnie chyba za dużo...

W przeciwieństwie do Schadzki, o której pisałam jakiś czas temu, a także najsłynniejszej powieści Abego, czyli Kobiety z wydm, Czwarta epoka zalicza się do gatunku science-fiction. Główny bohater to twórca, programista i "opiekun" maszyny prognostycznej. Wyposażona w sztuczną inteligencję samoucząca się maszyna potrafi prognozować przyszłe wydarzenia na podstawie zebranych i przeanalizowanych danych. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że mamy do czynienia z czymś magicznym - maszyna, która przewiduje przyszłość! Abe Kobo opisuje ją jednak w jak najbardziej naukowy sposób, tak że już po kilku rozdziałach jesteśmy w stanie uwierzyć, że taka maszyna naprawdę mogłaby powstać. Bohaterowie "uczą" ją praw fizyki, biologii i wszelkich innych rzeczy, które ludzie wkuwają przez lata szkolnej nauki. A maszyna z przedstawionych jej danych wyciąga arcylogiczne wnioski, których nie potrafią wyciągnąć ograniczone ludzkie umysły. Dzięki temu potrafi przewidzieć też wydarzenia z dalekiej, dalekiej przyszłości...

Wszystko to brzmi pięknie, dopóki maszyna zajmuje się prognozami gospodarczymi czy socjologicznymi. Ale japońska maszyna to nie jedyne i nie pierwsze urządzenie tego typu. Pionierami byli Rosjanie, którzy stworzyli maszynę "Moskwa 1", a po wynalezieniu własnej maszyny przez Japończyków - wersję ulepszoną, czyli "Moskwę 2". Oni też ogłosili światu pierwszą prognozę polityczną, w myśl której kapitalizm miałby przestać istnieć, a świat miałaby opanować doktryna komunistyczna. Prognoza ta wywołała oburzenie USA, które uznało jakiekolwiek prognozy polityczne za niemoralne. Japonia, oczywiście, natychmiast przychyliła się do tej opinii.
Ale czy cokolwiek może nie mieć związku z polityką? Główny bohater wraz z współpracownikiem przedstawia komisji kolejne projekty: ekonomiczne, socjologiczne, handlowe... Wszystkie zostają odrzucone - mogą przecież nawiązywać do polityki! Bohaterowie postanawiają więc zająć się przewidywaniem losu pojedynczego człowieka. Temat jest bezpieczny i zupełnie niepolityczny. Tyle, że jednocześnie trochę przerażający...
Jeśli eksperyment się powiedzie, a maszyna wykryje zasadę, wedle której można będzie przewidywać los człowieka... Na przykład odtworzy przeszłość i przedstawi przyszłość przestępcy... Jeśli pozwoli to na wydanie wyroku absolutnego, to można by też u zarania zapobiec przestępstwom. Przy tym można by posługiwać się tą metodą w ważnych sytuacjach życiowych, jak na przykład uzyskać poradę małżeńską, ustalić miejsce pracy, postawić diagnozę w chorobie, a jeśli zaszłaby potrzeba, to nawet przewidzieć czas śmierci...
Jak to u Abego bywa, niewinne poszukiwanie "obiektu badań", czyli przeciętnego człowieka, którego przyszłość można by przewidzieć, przeradza się w dziwną, niestworzoną historię. Nie będę zdradzać szczegółów, bo pomysł jest naprawdę ciekawy i nie chciałabym nikomu odbierać przyjemności stopniowego odkrywania, o co właściwie chodzi. Powiem tylko tyle: coś ma się w przyszłości zmienić, drastycznie zmienić, a bohaterowie nie są zgodni co do tego, jak należy w tej sytuacji postąpić. Kto ma rację? Główny bohater jako jedyny nie chce przyjąć tej informacji do wiadomości. Co jeśli maszyna się pomyliła? Z kolei pozostali bohaterowie bez większych sentymentów robią wszystko, żeby dostosować się do nowej sytuacji, nawet jeśli miałoby to oznaczać łamanie podstawowych zasad moralności. Dla większego dobra, jak mawiał Gellerd Grindelwald*... 

Kto ma rację? Postscriptum autora dość jednoznacznie odpowiada na to pytanie. Winny jest profesor, żyjący w świecie spokojnej codzienności, nie potrafiący zrezygnować z poczucia ciągłości. Jeśli ktoś uniknie tej bolesnej próby, na przykład wyznając filozofię nadziei i wiary w przyszłość, to i tak jego nadzieja pozostanie pobożnym życzeniem - pisze Abe.

Powieść była... Dziwna. Ciekawa, ale trochę przerażająca. Ciężko mi ją ocenić. Mniej więcej w połowie lektury żaliłam się współlokatorce: ta książka jest straszna, chcę już ją skończyć, żeby mieć ją z głowy! Nie mogę jednak zaprzeczyć, że w miarę lektury wciągała mnie coraz bardziej i nawet poczułam lekki żal, kiedy przeczytałam ostatnie zdanie.
Moja ocena wynika w dużej mierze ze zdania, które autor zamieścił w Postscriptum:
W zasadzie zrealizowałem cel napisania tej powieści, jeśli tylko udało mi się przybliżyć czytelnikowi konfrontację z okrucieństwem przyszłości, jeśli wywołałem ból i napięcie i w ten sposób doprowadziłem do wewnętrznego dialogu.
Przyszłość Abego jest rzeczywiście okrutna. I boli. Jeśli taki był cel napisania Czwartej epoki, to pisarz odniósł pełen sukces.




* Pewien legendarny czarnoksiężnik, występujący w Harrym Potterze i Insygniach śmierci.

niedziela, 29 stycznia 2012

Inoue Yasushi, "Samurajskie chorągwie"

4/6

Przeczytałam tę książkę tak błyskawicznie, że nawet nie zdążyłam dodać jej do "Teraz czytam" po prawej stronie. Położyłam się, otworzyłam książkę, przeczytałam ją na raz i zamknęłam... I to by było właściwie na tyle.

Właściwy tytuł Samurajskich chorągwi to Furin Kazan ( 風林火山), czyli, dokładnie według znaków: wiatr, las, ogień i góra. Zmylił mnie ten tytuł - brzmiał z lekka romantycznie i zachęcał mnie do sięgnięcia po tę powieść, sprawiając jednocześnie, że jego polskie tłumaczenie wydawało mi się idiotyczne i zupełnie nieadekwatne. Ewidentnie nie miałam racji. Ten wiatr, las, ogień i góra to znaki, które widniały na chorągwiach pewnego samuraja, a każdy z nich miał określone znaczenie. Szybki jak wiatr, spokojny jak las, zachłanny jak ogień, nieruchomy jak góra...

W przeciwieństwie do Samuraja, nad którym się ostatnio rozwodziłam (tak, wiem, to jest nie do przeczytania :P), Samurajskie chorągwie rzeczywiście opisują życie i walki samurajów. Powieść składa się w większości z bitew, potyczek i wojen, które samuraj Harunobu/Shingen Takeda prowadził z władcami sąsiednich państewek. A że akcja powieści osadzona jest w okresie sengoku (戦国), czyli "kraju w wojnie" (wiek XVI, a więc około 100 lat wcześniej, niż wydarzenia opisane w Samuraju - niby mała różnica, ale w tym przypadku niezwykle istotna), to okazji do walki jest mnóstwo. Wszystkie te wydarzenia widzimy oczami Yamamoto Kansuke - początkowo ronina, czyli "bezpańskiego samuraja", a później genialnego stratega rodu Takeda i jednego z najbardziej zaufanych doradców i przyjaciół głowy rodu, Harunobu.

Bo ja wiem. Jakby mnie nie zmylił oryginalny tytuł i nastawiłabym się na powieść do bólu samurajską, to może i by mi się podobała. A może nie. Nie ma co się oszukiwać: mało która kobieta jest jakoś wybitnie zainteresowana taktyką wojenną, ustawieniem armii i innymi takimi - a Samurajskie chorągwie składają się z takich opisów w jakiś 80 procentach. W dodatku Harunobu wygrywa wszystkie bitwy po kolei i jak burza przelatuje przez kolejne prowincje. Niby dobrze - w końcu główny bohater stoi po jego stronie - ale po zwycięstwie nad trzecim wrogiem z kolei zaczęło mnie to już trochę nużyć. Nawet nieśmiałe próby autora wprowadzenia elementu zagrożenia (nie taka taktyka, śmierć jakiegoś dowódcy etc.) nijak nie dały rady mnie zaniepokoić. Przecież i tak ostatecznie wygrają. A tak właściwie, to i tak było mi wszystko jedno. Ani ten Kansuke, ani Harunobu niespecjalnie robili mi różnicę... Byle tylko nic nie stało się Yuhime. Chociaż i ona zaczęła mi być z czasem obojętna...

Obok wątku czysto samurajskiego pojawia się drugi, nieco romansowy. W powieści pojawiają się aż trzy kobiety - i całe szczęście, bo nadają temu dziełu trochę życia i dzięki nim nie jest nudne jak flaki z olejem. Pierwszą z nich jest żona Harunobu, która jednak pojawia się właściwie w tylko jednej scenie. Wyniosła, antypatyczna, nieposiadająca uczuć - a przynajmniej tak opisuje ją Kansuke. Druga, najciekawsza, to Yuhime - córka zabitego skrytobójczo wroga, która staje się wojenną branką, a następnie kochanką Harunobu. Gdy Kansuke spotyka ją po raz pierwszy, dziewczyna ma zaledwie 14 lat. Nie pasuje do wizerunku idealnej Japonki, zwłaszcza samurajskiej córki. Do tej pory postaci tego typu - silnych, pewnych siebie Japonek, które próbują walczyć z konwenansami - spotykałam tylko w literaturze "gajdzińskiej" poświęconej Japonii i, szczerze mówiąc, mocno mnie raziły. Japonka? W tamtych czasach? Przecież to zupełnie nie pasuje. Bierze się Amerykanin za pisanie o Japonii i wychodzą mu takie głupoty... Przecież to zupełnie inna kultura, inny system wartości. Tam te poglądy były tak utarte, że kobietom żadne emancypacyjne myśli nie przychodziły nawet do głowy. 
Mam więc małą zagwozdkę z Yuhime, którą powołał do życia, dla odmiany, Japończyk. Nie mogę zarzucić mu, że nie zna tej kultury, że mitologizuje Japonię ani nic z takich rzeczy... Ale wciąż zastanawiam się, czy kobieta taka jak Yuhime miałaby szansę istnieć w tamtych czasach?
Tak czy inaczej, ze wszystkich postaci w tej powieści najbardziej polubiłam właśnie Yuhime. Kansuke (który spokojnie mógłby być jej ojcem) od pierwszej chwili jest nią zachwycony i przywiązuje się do niej równie mocno, jak do Harunobu. Dziewczyna jest niezwykle piękna, a do tego energiczna i niezależna. Zupełnie nie taka, jak powinna być - ale to właśnie urzeka Kansuke najbardziej. Jej buntownicza natura ujawnia się już na samym początku ich znajomości, kiedy Yuhime postanawia, o zgrozo... Nie popełnić samobójstwa.
Dziewczyna wstała i wybuchnęła zimnym, przenikliwym śmiechem. Kansuke ze zdziwieniem spojrzał w jej stronę.
 - Uciekłam im - powiedziała czystym, dźwięcznym głosem. - Nie chcę odebrać sobie życia. Gardzę samobójstwem.
 - Księżniczko...
Dziewczyna zaczęła krążyć po pokoju. Dwie służki dreptały w ślad za nią.
 - Nic z tego... Nienawidzę samobójstw!
(...) Kansuke, który do tej pory jak zauroczony wpatrywał się w księżniczkę, zrobił dwa szybkie kroki i chwycił ją za ramię.
 - Musisz podjąć decyzję.
Dziewczyna szarpnęła się, lecz nie zdołała oswobodzić ręki. Z góry popatrzyła na samuraja. Jej oczy miotały zimne błyski.
 - Wokół same trupy. Ja zaś chcę żyć na przekór wszystkim.
Kansuke uznał, że nigdy dotąd nie słyszał równie pięknego wyznania. Słowa dziewczyny, choć niegodne córki księcia, trafiały mu prosto do serca.
 - Moja śmierć niczego nie zmieni - ciągnęła księżniczka. - Chcę na własne oczy zobaczyć, co się stanie z zamkiem i jeziorem... Będę żyła, choćby w nędzy i poniżeniu! Umrzeć z własnej ręki... Nie! Nie! - powtarzała jak opętana.
Trzecią kobietą jest kolejna kochanka Harunobu, Aburagawa Ogoto. Równie piękna jak Yuhime, a jednak zupełnie inna. Cicha, spokojna, ciepła, naiwna... I trochę bezbarwna. Ogoto jest jak bezbronna owieczka, która zrobi wszystko, co jej każą. Gdyby Harunobu zechciał ją zabić, pewnie sama przyszłaby do niego, żeby oszczędzić mu kłopotu szukania jej... Klasyczna, podręcznikowa ciapa. Ale ma w sobie coś tak anielsko łagodnego, że nie sposób jej nie lubić.

Relacje między trzema paniami, jak nietrudno się domyślić, nie układają się najlepiej. O ile pierwsza żona Harunobu kieruje się tylko zazdrością (i to najprawdopodobniej tylko wobec samego faktu, że mąż znalazł sobie kochankę - nie chodzi tu chyba o żadne głębsze uczucia ani zranioną miłość, tylko o urażoną dumę) i troską o pozycję własnych synów, a Ogata jest chodzącą łagodnością i nie wdaje się dobrowolnie w żadne konflikty, o tyle Yuhime kipi emocjami za nie trzy razem wzięte. Kocha, nienawidzi, szaleje z zazdrości, mówi rzeczy, których mówić nie powinna... Mogłaby być bardzo ciekawą postacią. Mogłaby - bo kryjący się w niej potencjał zostaje, niestety, niewykorzystany. Z czasem Yuhime zaczyna przypominać raczej wiedźmę-intrygantkę niż niezależną księżniczkę. Jaka właściwie była Yuhime - tak naprawdę, nie tylko w oczach zachwyconego nią Kansuke? Tego się, niestety, nie dowiadujemy.

Mam tej powieści parę rzeczy do zarzucenia: brak porządnych portretów psychologicznych (a potencjał był...), niezbyt porywający styl, to, że nie wzbudziła we mnie większych emocji. Właściwie nie wiedziałam, dlaczego miałabym lubić Harunobu. Bo Kansuke mu służył? A dlaczego miałabym lubić Kansuke? Bo był dobrym strategiem? To jeszcze za mało... Ciężko czytać powieść, w której chodzi głównie o kibicowanie głównym bohaterom, a jednocześnie nie czuć do tych bohaterów sympatii. Z drugiej strony, nie czytało się źle (fragmenty "kobiece" nadrabiają za wojenne), książka była krótka (więc nie zdążyła mnie zmęczyć) no i biorę poprawkę na to, że to po prostu nie moja bajka. Wielbicielom gatunku pewnie będzie się podobała. Dlatego 4/6.

Mimo wszystko informacja na temat autora ze skrzydełka książki: Kilkakrotnie kandydował do literackiej Nagrody Nobla wydaje mi się grubą przesadą. Samurajskie chorągwie są o kilka klas gorsze od Sprawy osobistej Oego Kenzaburo albo któregokolwiek z utworów Kawabaty Yasunariego... Myślę, że nawet Murakami Haruki, obecny "stały" kandydat do literackiego Nobla, pisze lepiej. Chyba, że inne utwory Inoue Yasushiego są lepsze...?

piątek, 27 stycznia 2012

Shusaku Endo, "Samuraj"

5.5/6
Dlaczego chcę wrócić do tego kraju? Dlaczego ten kraj tak mnie obchodzi? Chyba nie dlatego, że Japończycy są mniej żarliwymi wyznawcami Chrystusa i że nie są zdolni zrozumieć głębszej prawdy. Przeciwnie, przecież mają większą niż inne narody zdolność rozumowania i są bardzo dociekliwi. Nie ma jednak w świecie drugiego takiego narodu, który by do tego stopnia odrzucał to wszystko, co nie przynosi korzyści w życiu doczesnym, wszystko, co jest nieprzydatne. Nawet jeśli przejściowo wykazywali zainteresowanie nauką Pana, czynili to nie ze względu na tę naukę, lecz na jej użyteczność w walce i w zdobywaniu bogactwa. Ileż razy przeżywałem rozczarowania w tym kraju. Wrażliwość Japończyków na ziemskie korzyści jest nadzwyczaj duża, aż za duża, nie mają natomiast zrozumienia dla rzeczy wiecznych. Mimo to tacy Japończycy i właśnie taki ich kraj rozbudzają moje pragnienie szerzenia u nich chrześcijaństwa.
Jaka to była dobra książka.
Nareszcie! Na coś takiego czekałam - na lekturę, którą będę czytała powoli, ale bez znudzenia, która postawi przede mną kilka pytań i nieoczekiwanych odpowiedzi, o której będę myślała jeszcze długo po przeczytaniu ostatniej strony. Samuraj (侍、Samurai) Shusaku Endo spełnił moje najśmielsze oczekiwania. A najśmieszniejsze jest to, że wcale nie miałam zbytniej ochoty go czytać, że zabrałam się za niego z myślą "no, skoro już to wypożyczyłam...", że wypożyczyłam tę książkę tylko dlatego, że powinnam to zrobić...

Kłębi mi się w głowie tyle myśli na temat Samuraja, że sama nie wiem, od czego zacząć, żeby to wszystko miało ręce i nogi. Książka sama w sobie, jako dzieło literackie, jest wyśmienita, ale chyba jeszcze bardziej podoba mi się przedstawiona w niej analiza Japończyków, japońskiego społeczeństwa i tej ich dziwnej, zupełnie innej od naszej religijności, której istotę tak ciężko mi uchwycić. Chociaż może wcale nie to jest najlepsze, a problem chrześcijaństwa i działalności misyjnej, który Endo opisał od tak ludzkiej, w moim odczuciu najwłaściwszej strony? Gdyby Samuraj, którego czytałam, był mój, a nie biblioteczny, byłby już pełen popodkreślanych cytatów, bo jest naszpikowany mądrymi, zaskakująco trafnymi przemyśleniami. Czytałam z zachwytem, zastanawiając się, dlaczego wcześniej tego nie zauważyłam albo kiwając głową ze zrozumieniem i cicho potakując. Genialna książka. Panie Endo, uwielbiam pana.


Kilka słów o autorze

Shusaku Endo (Shusaku - nazwisko, Endo - imię) urodził się w 1923 roku, zmarł w 1996. O ile przeważnie niespecjalnie zagłębiam się w życiorysy autorów (a już na pewno nie lubię nikogo nimi zanudzać), o tyle w przypadku Endo niezbędne jest przynajmniej krótkie rzucenie okiem na jego życie. Shusaku Endo był bowiem chrześcijaninem - i o ile dla nas, Polaków, jest to rzecz w miarę oczywista, o tyle w przypadku Japończyka jest już niezwykłym dziwactwem. Chrześcijaństwo w Japonii prawie nie istnieje - do wynawania tej wiary przyznaje się jakiś 1% populacji. Przypłynęło do Japonii w XVI wieku i na początku święciło nawet spore sukcesy (Nagasaki nazywano wówczas "Rzymem Wschodu"), ale po krótkim czasie zostało zakazane i praktycznie wymarło. Część Japończyków starała się mimo to żyć po chrześcijańsku i w ukryciu odprawiać różne obrzędy, narażając się na pojmanie, tortury, a ostatecznie śmierć. Tym tematem zajmuje się zresztą inna powieść Endo, Milczenie (沈黙、Chinmoku) - prawie równie dobra jak Samuraj. Niemniej jednak, za czasów Endo wyznawanie chrześcijaństwa było czymś dziwnym i bardzo oryginalnym. A Japończycy nie lubią oryginalności. Wystający gwóźdź należy dobić.

Endo został ochrzczony, na prośbę matki, jako dziecko. Nie jakoś szczególnie małe, bo jedenastoletnie, ale jednak dziecko. Nie rozumiał, o co chodzi w tej religii i wcale mu na chrzcie nie zależało. Samodzielnie, dojrzale zaczął rozmyślać nad chrześcijaństwem dopiero podczas wojny i mniej więcej od tego czasu rzeczywiście stał się chrześcijaninem, nie tylko ochrzczonym.
Religia - u większości japońskich pisarzy aspekt nieistniejący, przejawiający się co najwyżej w buddyjskim podejściu do życia bohaterów i shintoistycznej, dzikiej naturze - stała się głównym tematem wielu powieści Endo. Relacje między religią a moralnością, przyczyny, dla których chrześcijaństwo, mimo obiecujących początków, nie przyjęło się w Japonii, tolerancja religijna (a raczej jej brak)... Wszystko to znalazłam we wszystkich powieściach Endo, które do tej pory przeczytałam. Nie daję głowy za Morze i truciznę (海と毒薬、Umi to dokuyaku), które czytałam już dawno (moralność/etyka była na pewno, religia - nie wiem), ale zarówno Milczenie, jak i Samuraj dotyczą początku, a zarazem końca chrześcijaństwa w Japonii. 


O Samuraju

Tytuł książki jest więc, jak widać, trochę mylący. Polak, słysząc tytuł Samuraj, pomyśli zapewne, że to książka o wojnach, bitwach i innych takich. A tymczasem tytułowy samuraj to właściwie prawie chłop, tyle, że z samurajskiej warstwy. Mieszka w biednej Dolinie, pracuje ramię w ramię z chłopami, sprawia wrażenie prostego i nieszczególnie inteligentnego. Miecza nie dobywa ani razu przez cały czas akcji powieści. Co więcej, nie jest jedynym głównym bohaterem. Drugim, równie ważnym, jest bowiem hiszpański zakonnik, padre Velasco, który przybył do Japonii jeszcze za czasów tolerancji religijnej. Drogi obu bohaterów krzyżują się, gdy pan feudalny, któremu służy rodzina samuraja, postanawia nawiązać stosunki handlowe z Nową Hiszpanią (czyli dzisiejszym Meksykiem). Z niewiadomych powodów posłami zostaje czworo zwyczajnych, niskich stanem samurajów, między innymi główny bohater. Velasco dołącza do wyprawy jako tłumacz języka hiszpańskiego, choć kryje w sercu własne, nieco egoistyczne cele...

Sądząc po tytule, to samuraj, Hasekura Rokuemon, powinien pełnić w powieści najważniejszą rolę. Dla mnie jednak pierwszoplanowym bohaterem jest bez wątpienia ojciec Velasco. Zagmatwana, trudna do ocenienia postać. Dzięki temu, że narracja prowadzona jest z kilku perspektyw: Rokuemona, Velasco (obie w 3ciej osobie) oraz pierwszoosobowo, jako pamiętnik Velasco, czytelnik z łatwością może dostrzec rozdźwięk między tym, co sam zakonnik myśli o sobie, a tym, jak odbierają go inni. Padre Velasco uważa, że wszystko, co robi, robi na chwałę Bożą. Momentami sam waha się, czy przypadkiem nie kieruje nim chorobliwa ambicja, zupełnie nieprzystająca skromnemu, pokornemu zakonnikowi, ale zaraz usprawiedliwia swoje zachowanie. To wszystko po to, żeby nawrócić Japończyków. Jezuici źle się do tego zabrali - on ma lepszy pomysł i umie zorganizować wszystko tak, żeby chrześcijaństwo mogło w Japonii rozkwitnąć. Z kolei we fragmentach pisanych z perspektywy Rokuemona rzuca się w oczy przede wszystkim pycha Velasco, przekonanie o własnej nieomylności i pogardliwy stosunek wobec Japończyków.

Mistrzostwo w kreacji tej postaci wynika z tego, że nie da się jednoznacznie ocenić, który obraz ojca Velasco jest prawdziwy. Mam wrażenie, że oba. Zdaje mi się, że Velasco istotnie miał sporo wad: był pyszny, pozbawiony jakiejkolwiek pokory i czuł potrzebę zostania kimś, zrobienia czegoś niezwykłego i trudnego. Jednocześnie wierzę, że walczył ze swoimi słabościami i generalnie miał dobre intencje. Jestem w stanie uwierzyć, że nawet jego powtarzane z uporem maniaka "Gdybym był biskupem Japonii..." nie było wyrazem chorej ambicji, a jedynie wyrażało chęć schrystianizowania kolejnego, opierającego się kraju. Polubiłam ojca Velasco. Mimo jego oczywistych wad.

Obaj bohaterowie - i Rokuemon, i Velasco - zmieniają się podczas podróży. Velasco traci pychę, a z jego twarzy znika charakterystyczny uśmieszek. Potulny, stanowiący wzór samurajskich cnót Rokuemon z czasem zaczyna samodzielnie myśleć, a nawet buntować się przeciwko skostniałemu, japońskiemu porządkowi:
I znów Samuraj czuł, że wyzywał swoje przeznaczenie, udając się w dalszą drogę. Gdy znał tylko Dolinę, nigdy nie myślał, że mógłby żyć gdzie indziej inaczej, teraz zrozumiał, że jednak się zmienił. Jego mała Dolina, stryj, skargi stryja wypowiadane przy ognisku, instrukcje Rady Seniorów... Po raz pierwszy od wyjazdu z Meksyku Samuraj czuł głęboką potrzebę zbuntowania się przeciw przydzielonemu przeznaczeniu jako rzeczom i sprawom niewzruszonym.

Religijność po japońsku

Ale Samuraj to nie tylko powieść historyczna, ale też - a może nawet przede wszystkim - krytyczne spojrzenie na japoński sposób bycia i religijność. Momentami do tego stopnia krytyczne, że aż ciężko uwierzyć, że te słowa napisał Japończyk. I wprawdzie wypowiadają je zawsze obcy, biali ludzie, ale jednak ktoś im te słowa włożył w usta. Nawet gdyby autor wcale się z tymi poglądami nie zgadzał (a nie wydaje mi się, sądząc z ogólnego wydźwięku powieści), to sam fakt, że przyszły mu do głowy tak krytyczne wobec Japończyków myśli, byłby zdumiewający. Już na samym początku powieści, tuż po wyruszeniu w rejs, kapitan statku tłumaczy, dlaczego nie chce mieć do czynienia z Japończykami:
 - Kiedy mnie więziono w Japonii, nie mogłem znieść ich arogancji i okrucieństwa - powiedział kapitan przy obiedzie dwa dni temu. - Nigdy nie spotkałem ludzi mniej szczerych niż ten naród, a myślałem, że nie ma ludzi, którzy za cnotę uważają szczelne zamykanie własnego serca.
Pierwsze pokiwanie głową ze zrozumieniem. Trochę krzywy uśmieszek. Oj, tak, z Japończykami trzeba uważać. Nigdy nie można być pewnym, co tak naprawdę myślą. To są prawdziwi mistrzowie kamuflażu...
(...) Matsuki znów przybrał kpiącą minę. - Poprzez życie tych japońskich kupców Bóg jednak nie potrafi wykazać swego istnienia.
 - Dlaczego?
 - Dlatego, że jest im obojętne, czy Bóg istnieje, czy nie. Co więcej, nie tylko oni są tacy. Taka jest chyba większość Japończyków.
 - A co pan myśli, panie Matsuki? - przycisnąłem go do muru. - Czy pragnie pan żyć tak połowicznie, byle jak? Bo ja wciąż myślę, że życie jest potężną namiętnością, jeśli ma być w ogóle coś warte. (...) Człowiek nie żyje dwa razy. Ani tylko zimno, ani tylko gorąco, czy letnio, połowicznie... Tego pan pragnie, panie Matsuki?
Matsuki po raz pierwszy zawahał się pod naciskiem mojego ostrego głosu i spojrzenia. Zamilkł, jakby się zawstydził swej zmieszanej twarzy.
 - Co na to można poradzić? Ja wychowałem się w Japonii, a w tym kraju nie lubi się ujawniania namiętności. W moich oczach osoba taka jak pan, Velasco, wygląda po prostu na dziwaka.
Zamykanie własnego serca i spokojne traktowanie losu: ani zimno, ani gorąco, bez większej ekscytacji i woli walki; poddanie się regułom społeczeństwa, w którym żyją - to jeden z powodów, dla których, według autora, Japończycy się do chrześcijaństwa nie nadają. Ale jest też drugi, dużo bardziej krytyczny. Endo oskarża Japończyków o interesowność, kierowanie się tylko doczesnym zyskiem i zupełną nieumiejętność wykroczenia poza  sprawy materialne:
 - Panie tłumaczu, japoński kupiec przyjmie wszystko, co będzie mu użyteczne. A chyba również nic nie straci, jeśli w czasie podróży pozna nawet chrześcijaństwo.
Rozśmieszyła mnie ta szczera odpowiedź. I jakże bardzo japońska (...).
"Nic nie straci, jeśli pozna nawet chrześcijaństwo." Myślę, że odpowiedź mężczyzny o żółtych zębach dobrze oddaje stosunek Japończyków do religii. W ciągu długiego pobytu w Japonii sam mogłem się przekonać, że Japończycy w religii poszukują korzyści doczesnych. Można nawet powiedzieć tak: według nich serce wierzy, żeby mieć korzyści. Modlą się do bogów rodzimych i do Buddy, aby uchronić się od chorób i klęsk. (...) Kiedy ich widzę, nie mogę oprzeć się myśli, iż w tym kraju nie narodzi się prawdziwa religia taka jak chrześcijaństwo, która wskazuje drogę do wieczności czy drogę do zbawienia duszy. Istnieje bowiem nazbyt duża rozpiętość między ich wierzeniem a tym, co chrześcijanin nazywa wiarą w Boga.
Podczas pobytu całej delegacji w Hiszpanii ma miejsce dyskusja pomiędzy ojcem Velasco o jezuitą, ojcem Valente. I to ta rozmowa podsumowuje doskonale to, co jest rozsiane tu i ówdzie w całej powieści. Przemowa ojca Valente zawiera w sobie wszystkie wątpliwości Endo, wszystkie różnice między religijnością zachodnią a japońską i stanowiła dla mnie klucz do zrozumienia, dlaczego nie potrafię dogadać się z Japończykami, gdy tylko rozmowa schodzi na tematy religijne. Oni biorą ślub w shintoistycznym chramie, ceremonię pogrzebową odprawiają w buddyjskiej świątyni i nie rozumieją, dlaczego dziwi mnie to, że świętują (byle jak bo byle jak, ale zawsze) Boże Narodzenie. Przecież wszystko można połączyć. Ja natomiast nie rozumiem, jak można wierzyć w kilka religii - wykluczających się! - jednocześnie. Może jeszcze zrozumiałabym buddyzm i shintoizm (bo może się na tym po prostu nie znam...), ale już dorzucanie do tego chrześcijaństwa i uważanie, że wszystko jest ok, jest dla mnie nie do ogarnięcia. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że tak naprawdę Japończycy nie wierzą absolutnie w nic i wszystkie te ceremonie to tylko symbole, nad którymi głębiej się nie zastanawiają...
 - W istocie rzeczy Japończycy nie są wrażliwi na absolut wykraczający poza sferę ludzką, na byt pozaprzyrodniczy, na coś, co my nazywamy bytem nadprzyrodzonym... Zrozumiałem to w końcu, w ciągu trzydziestoletniej pracy misyjnej. Bardzo łatwo było ich nauczać o tym, że życie jest przemijające. A to dlatego, że od dawna żyli z tym przeświadczeniem. Przerażający jest jednak fakt, że Japończycy mają również zdolność akceptowania z radością nietrwałości życia. Ta zdolność jest u nich powszechna. Potrafią więc poprzestawać, a nawet rozkoszować się świadomością przemijania i tworzyć bogatą poezję w tym duchu. Nie usiłują wyjść poza tę świadomość. Nie pragną wyrwać się z tego stanu i poszukiwać spraw absolutnych. Nie lubią widzieć jasnej granicy między Bogiem a ludźmi. Dla nich, nawet jeśli się zgodzą z myślą, że jest coś wyższego od ludzi, i tak będzie to coś, czym człowiek może w końcu zostać. Na przykład Budda to istota, którą może zostać każdy człowiek, jeśli przestanie błądzić. Nawet przyroda, dla nas odrębna od człowieka, dla nich jest jednością obejmującą człowieka. My... My ponieśliśmy klęskę, ponieważ nie udało nam się wyleczyć ich z tego stanu uczuć.(...)
Ich wrażliwość zawsze pozostaje w wymiarze świata przyrody, nigdy nie wykracza poza tę strefę. W tym wymiarze są zdumiewająco subtelni i delikatni. Lecz nie są w stanie pojąć niczego w wymiarze innym, wykraczającym poza świat przyrody. Dlatego też Japończycy nie potrafią pojąć naszego Boga, należącego do innego wymiaru niż ludzie.
 - Wobec tego... - jeden z biskupów potrząsnął głową nie mogąc zgodzić się z tym rozumowaniem. - Wobec tego, w co wierzyli japońscy chrześcijanie, których było czterysta tysięcy?
 - Nie wiem - odpowiedział cicho patrząc w dół ojciec Valente.
Wydaje mi się, że te słowa są trochę zbyt krytyczne. W buddyzmie występują różne wymiary etc. - nie wiem, nie znam się i nie lubię - więc to nie tak, że religia Japończyków opiera się tylko na naturze. Ale rzeczywiście, "wejść w stan Buddy" może każdy. I prawdą jest też zamiłowanie Japończyków do rozkoszowania się ulotnością świata i przemijaniem - dla samej estetycznej przyjemności smucenia się. Ciekawa jestem, na ile poglądy ojca Velasco są zgodne z poglądami samego Shusaku Endo. Nie mogę wyjść ze zdumienia, że takie słowa wyszły spod pióra Japończyka.

Chrześcijaństwo według Endo

Rola chrześcijaństwa w Samuraju ogranicza się zazwyczaj do zwykłego elementu fabuły. Nieufność białych wobec pogańskich Japończyków, dylematy posłów co do ewentualnego przyjęcia chrztu, konflikt między lojalnością wobec pana (czyli wypełnieniem misji za wszelką cenę) a lojalnością wobec przodków (czyli nie bawieniem się w żadne dziwne, obce religie, których przodkowie nie wyznawali) - głównie w takiej roli występuje chrześcijaństwo we fragmentach pisanych z perspektywy Rokuemona. Japończykom nawet nie przejdzie przez myśl, że mogliby w tę religię naprawdę uwierzyć. Nie zastanawiają się więc nad nią i nie snują na jej temat żadnych głębszych przemyśleń. Co jest zresztą zupełnie zrozumiałe.

Dużo bardziej zaskakujące jest to, że Shusaku Endo udało się mimo to przemycić do powieści kilka własnych, nieraz krytycznych obserwacji na temat chrześcijaństwa. A raczej nie samej religii jako takiej, tylko wyznających ją ludzi i sposobu, w jaki to robią. Endo prezentuje w Samuraju coś, co bardzo mi się podoba - chrześcijaństwo z ludzką twarzą, proste i bliskie ludziom, pozbawione niepotrzebnego zadęcia - odrzuca za to fałsz, pychę i parę innych, zupełnie niewłaściwych rzeczy, którymi zupełnie bez sensu kierują się ówcześni chrześcijanie. Chyba zresztą nie tylko ówcześni: było tak i za czasów Rokuemona, i Endo, i naszych, współczesnych. Widać to zwłaszcza w kreacji ojca Velasco, który momentami zapomina o byciu człowiekiem i daje się ponieść lekkiemu fanatyzmowi. Absolutnie zaszokowało mnie wyznanie Velasco dotyczące brutalnej kolonizacji Meksyku:
Zdobywca Nowej Hiszpanii, Cortes, wylądował tu w roku 1519 i z garstką żołnierzy pojmał i pozabijał mnóstwo Indian. Nikt nie uważa, że czyn ten w świetle nauki Bożej jest słuszny. Lecz nie zapominajmy również o tym, że w rezultacie tej ofiary wielu Indian dzisiaj usłyszało Słowo Boże, zostało wybawionych z barbarzyńskich obyczajów i zaczęło kroczyć ścieżką prawdy. Nikt nie może lekko osądzać, czy byłoby lepiej pozostawić Indian w ich szatańskim bytowaniu, czy też przymknąć oczy na do pewnego stopnia złe uczynki i przekazać im Słowo Pańskie.
Do pewnego stopnia. Uhm. Jasne.

Przeciwwagą dla ojca Velasco jest spotkany w Meksyku słabowity, chory Japończyk, były zakonnik, który mieszka wśród ubogich Indian. Bohaterowie spotykają go dwukrotnie: podczas wyprawy do Hiszpanii oraz w drodze powrotnej. Za pierwszym razem ani nie rozumieją za bardzo, o czym i dlaczego ten mężczyzna opowiada, ani ich to za bardzo nie ciekawi. Mężczyzna jednak nawet nie zauważa, że jego przemyślenia nie są dla Japończyków zrozumiałe i że dziwi ich jego zaangażowanie. Prawie na samym wstępie wprost wytyka błędy zakonników-kolonizatorów:
 - Nim padres przybyli do Nowej Hiszpanii, w tym kraju zdarzyło się coś bardzo okrutnego. Mianowicie południowi barbarzyńcy zabrali Indianom ziemię, wygonili ich z rodzinnych wiosek i pomordowali okrutnie, a tych, którzy przeżyli, sprzedali w niewolę (...).
 - Wojna zawsze jest taka - szepnął Samuraj. - Tak się dzieje w każdym kraju po przegranej wojnie.
 - Ja nie mówię o wojnach - odparł z grymasem na twarzy mężczyzna. - Mówię o tym, że padres, którzy później przybyli do tego kraju, zapomnieli o cierpieniach Indian... Nie, nie chodzi o to, że zapomnieli. Oni udają, że się tu nic nie stało. I z twarzami niewiniątek, z całą powagą w głosie pouczają nas o litościwym i miłosiernym Bogu. To mnie oburzyło. Z ust księży w tym kraju zawsze płyną tylko piękne słowa. Ręce wielebnych padres zawsze są czyste, nigdy nie bywają skalane brudem.
 - Dlatego odrzuciłeś chrześcijaństwo?
 - Nie, nie (...). Nie obchodzi mnie, co sądzą księża, ja wierzę w swojego Jezusa. Mój Jezus nie mieszka w pałacach zwanych katedrami. On żyje między tymi biednymi Indianami... Ja w to wierzę.
Ale najcięższą artylerię wytacza  podczas drugiego spotkania. Japońscy posłowie są już wówczas bogatsi o widoki Madrytu i Rzymu, zaczynają mieć o chrześcijaństwie jako takie pojęcie i cały ten temat nie jest już odległy o lata świetlne od ich życia, przejawiają więc pewne zainteresowanie słowami Japończyka-Indianina. Mężczyzna zaczyna od próby wytłumaczenia posłom przyczyny swojej wiary, a kończy na pełnej pasji krytyce tego, co i dziś wzbudza wśród ludzi pewne emocje i wątpliwości. Czyli powiązań między Kościołem a pieniędzmi.
 - On rozumie serca ludzi żyjących w nędzy, ponieważ sam doświadczył nędzy i nieszczęścia. Zna rozpacz umierającego żałosną śmiercią, bo sam też umarł podobnie. Nie był silny. Nie był też piękny.
 - Lecz spójrz na kościoły. Spójrz na Rzym - odparł Nishi. - Wszystkie kościoły, które widzieliśmy, są podobne do złotych pałaców, nawet mieszkańcy Meksyku nie potrafią  wyobrazić sobie przepychu pałacu, w którym mieszka papież.
 - Czy sądzicie, że On pragnął tego dla siebie? - Były zakonnik potrząsnął głową rozgniewany. - Czy sądzicie, że znajdziecie Go w tych oślepiających bogactwach katedr? Wcale nie. On nie mieszka w takich budowlach. On mieszka w tych nędznych chatach, gdzie żyją Indianie, jestem o tym przekonany.
 - Dlaczego?
 - Całe Jego życie o tym świadczy.
Powiedział to z najgłębszym przekonaniem, następnie spuścił wzrok w dół i powtórzył, jakby mówił sam do siebie:
 - Takie było całe Jego życie. On nigdy nie odwiedził domu, w którym ludzie żyli w przepychu i przesycie. Odwiedzał tylko brzydkich, godnych politowania, ludzi nieszczęśliwych. Teraz biskupi i kapłani w tym kraju są bogaci, przesyceni. Nie są tymi, o których troszczył się nasz Pan.
Podoba mi się chrześcijaństwo w wydaniu Shusaku Endo. Jest wyjątkowo bliskie mojemu własnemu. Może dlatego tak dobrze mi się to czytało...
...i równie dobrze pisało. Gratuluję i dziękuję każdemu, któremu udało się dotrzeć do końca tej notki ^^.

sobota, 14 stycznia 2012

Pokuta // Atonement


Miałam olbrzymią ochotę zobaczyć Pokutę już w liceum, kiedy grano ją w kinach. Jakoś tak jednak wyszło, że nie wybrałam się na seans razem ze znajomymi; z kolei samej iść do kina trochę dziwnie... Od tamtego czasu ciągle obiecywałam sobie, że kiedyś koniecznie ten film obejrzę. Fabuła zapowiadała się ciekawie, podobnie jak zwiastun. Do tego bardzo lubię Keirę Knightley, a po Niepokonanych spodobała mi się też Saoirse Ronan. Wczoraj nareszcie, po kilku latach czekania, udało mi się obejrzeć Pokutę. I choć film mi się podobał i uważam, że jest dobry, to jednak podejrzewam, że gdyby nie te lata "jarania się" nim byłabym bardziej zachwycona...

Główną bohaterką jest Briony Tallis - w pierwszej części zaledwie trzynastoletnia dziewczynka (Saoirse Ronan). Wprawdzie nie ma rudych włosów i piegów, ale wyobraźnią i talentem literackim w najmniejszym stopniu nie ustępuje Ani Shirley. Dziewczynka marzy o zostaniu pisarką i już na samym początku filmu zmusza przybyłych z północy kuzynów do wspólnego wystawienia sztuki jej autorstwa, aby uczcić przyjazd brata... Matka Briony jest zachwycona. Nastolatka niewątpliwie ma wielki talent literacki.

Ale wyobraźnia Briony jest równie wielka jak jej talent - co nie zawsze musi być cechą pozytywną. Ania z Zielonego Wzgórza przekonała się o tym boleśnie, kiedy biegła nocą do domu Barrych przez przerażający Las Duchów. Briony z czasem również dochodzi do tego wniosku. Tyle tylko, że zanim to nastąpi, jej skłonność do nadinterpretacji wydarzeń i dopasowywania rzeczywistości do własnych, literackich urojeń, zniszczy dwa życia, które zupełnie sobie na to nie zasłużyły.

Pierwsza część Pokuty jest nawet zabawna. Te teorie spiskowe, które snuje Briony, są tak niezgodne z rzeczywistością, że momentami aż śmieszą. Źle interpretuje widzianą z oddali kłótnię starszej siostry, Cecilii (Keira Knightley) z synem służącej, a zarazem przyjacielem obu sióstr, Robbiem (James McAvoy). W efekcie przyjaciel, który zawsze troszczył się o małą Briony, staje się głównym czarnym charakterem jej najnowszej powieści. Wilkiem w owczej skórze. Dziewczynka zaczyna wierzyć w wypisywane przez siebie frazesy o czarnym sercu złego księcia, a kolejne wydarzenia - znów mylnie interpretowane - tylko ją w tym utwierdzają. Wszystko to jest naprawdę zabawne. Do momentu, w którym rozgrywa się prawdziwa tragedia, a Briony, żyjąca już w świecie swoich wyobrażeń, jest przekonana, że to Robbie jest jej winny... I saw him. I saw him with my own eyes - zeznaje dziewczynka, choć tak naprawdę sama nie jest pewna, co widziała. Ale wyobraźnia pomaga jej uzupełnić luki w pamięci i Robbie, na podstawie jej oskarżeń, zostaje wtrącony do więzienia...

Druga część filmu rozgrywa się w czasie drugiej wojny światowej. Nie przepadam za tą tematyką i od tego momentu Pokuta zaczęła mi się trochę dłużyć. Robbie maszeruje po Francji i stara się wrócić do domu. Cecilia jest siostrą oddziałową w Londynie i czeka na powrót ukochanego; wielu ujęciom z Francji towarzyszy jej głos Come back. Come back to me. Z kolei Briony (Romola Garai) ma już 18 lat i zaczyna w pełni rozumieć, co tak naprawdę zrobiła. Próbuje ująć to w powieść. Snują się ci bohaterowie po ekranie i snują... Nie dłużyło mi się to jakoś bardzo, zwłaszcza, że ujęcia są naprawdę klimatyczne, ale i tak mam wrażenie, że ta część filmu była za długa. Brakowało mi pięknych ujęć z części pierwszej: podupadającego dworku, rozległych pól i podniszczonej fontanny. Nie lubię filmów wojennych, nie lubię...

Trzecia część, zaledwie kilkuminutowa, to wyznanie starej, umierającej Briony (Vanessa Redgrave). I to wszystko, co mogę na jej temat powiedzieć. Jedno słowo więcej byłoby tylko niepotrzebnym spoilerem...

Dobra gra aktorska. Bardzo, bardzo dobra muzyka (stuk, stuk, stuk - maszyna do pisania towarzyszy maszerującej domowymi i szpitalnymi korytarzami Briony przez cały czas trwania filmu). Piękne ujęcia w pierwszej części. Nie podobało mi się... Ciężko to jakoś ująć. Chyba to, że środek ciężkości nie był położony ani na parze Cecilia-Robbie, ani na Briony i jej pokucie. Filmowi wyszłoby na dobre, gdyby większy nacisk położono na samej Briony i jej dorosłym radzeniu sobie z tym jednym, okrutnym kłamstwem. Zbyt pobieżnie to potraktowano i ciężko było mi wczuć się w jej sytuację. A przecież tytuł filmu to właśnie Pokuta, więc to powinno być w nim najważniejsze...
Nie podobało mi się zakończenie. Uch, chociaż spodziewałam się go. Ale i tak...
Nie podobało mi się rozwleczenie drugiej części. Zwłaszcza scena Robbiego chodzącego bez ładu i składu po plaży, z której przez długi, długi czas nic nie wynikało... Byłam trochę rozczarowana kierunkiem, w którym zmierzał ten film - zwłaszcza, że po części pierwszej byłam naprawdę zachwycona.
Nierówny film. A szkoda.

Swoją drogą, całą drugą połowę filmu zastanawiałam się tez nad tym, co stało się z dworkiem Tallisów. Nie mieszkała w nim ani Cecilia, ani Briony. Może brat? Albo dworek poległ w bombardowaniach? Tak czy inaczej, szkoda...

Wahałam się między 7 a 8. Gdyby można było, dałabym 7,5, bo to chyba najodpowiedniejsza ocena. Ostatecznie stanęło na 7. Dobra ocena dobrego filmu.

piątek, 13 stycznia 2012

Murakami Haruki, "1Q84, t.3"

 
 - Kruki pewnie nie myślą o czasie. Prawdopodobnie tylko ludzie uświadamiają sobie pojęcie czasu.
 - dlaczego
 - Bo traktują go jako linię prostą. Jakby robili znaczki na długim prostym patyku. Tu z przodu jest przyszłość, tam z tyłu przeszłość, a teraz jesteśmy w tym punkcie. Rozumiesz?
 - chyba tak
 - Jednak w rzeczywistości czas nie jest linią prostą. Nie ma żadnego wyglądu. Pod każdym względem jest pozbawiony formy. Ale ponieważ nie potrafimy sobie wyobrazić czegoś pozbawionego formy, więc dla wygody wyobrażamy go sobie jako prostą linię. W tej chwili tylko ludzie są zdolni do takiej zamiany pojęć.
 - ale może się mylimy
(...)
 - Oczywiście jest taka możliwość. My się mylimy, a kruk ma rację. Może czas wcale nie przypomina linii prostej. Może ma kształt precelka. (...) Ale ludzie prawdopodobnie myślą tak od setek tysięcy lat. Traktują czas jako nieskończoną prostą linię i działają na podstawie tego zasadniczego założenia. Do tej pory takie postępowanie było im na rękę i nie dostrzegli w nim sprzeczności. Dlatego jest to prawdopodobnie słuszne jako zasada sprawdzona empirycznie.
To już n-ta powieść Murakamiego Harukiego, którą przeczytałam, więc wiem dobrze jedno - w twórczości tego pisarza zasady sprawdzone empirycznie nie mają racji bytu. Wiem też, że zdanie, które pojawia się na okładce (a pojawia się zawsze), jest jednym z ważniejszych w całej powieści. W trzecim tomie 1Q84 jest to My się mylimy, a kruk ma rację. Może czas wcale nie przypomina linii prostej. Może ma kształt precelka. I rzeczywiście - dla mnie cała ta rozmowa dotycząca czasu, w której pojawiły się też te zdania, stanowiła klucz do całej powieści. Moment, w którym zaczęłam choć trochę rozumieć o co chodzi w świecie roku 1Q84, w mieście kotów, w którym na niebie unoszą się dwa księżyce...

Pierwsze dwa tomy 1Q84 opowiadane były na przemian z perspektywy dwójki bohaterów: Aomame, instruktorki fitness, po godzinach mordującej na zlecenie pewnej starszej pani, oraz Tengo, potężnie zbudowanego matematyka i pisarza. O ile dobrze pamiętam, drugi tom zakończył się próbą samobójstwa Aomame. Nikomu nie zepsuję chyba lektury ani specjalnie go nie zaskoczę informacją, że Aomame ta próba nie wyszła. Jako główna bohaterka nie mogłaby zginąć tak wcześnie. W trzecim tomie mamy więc ponownie historię Aomame, Tengo, a do tego Ushikawy - dziwacznie wyglądającego i mocno podejrzanego mężczyzny, który w drugim tomie usiłował zdobyć zaufanie Tengo.

Murakami Haruki należy do pisarzy, którzy mają swój własny, specyficzny styl pisania. W małych dawkach wciąga, w większych staje się lekko niestrawny. Poprzednie dwa tomy 1Q84 przeczytałam jeden po drugim i w połowie drugiego tomu zaczęłam opadać z sił. Styl Murakamiego działał mi już na nerwy. Co więcej, miałam męczące uczucie, że czytam to zupełnie bez sensu, bo na końcu - jak to u Murakamiego - i tak nic się nie wyjaśni. Całe szczęście, na wydanie trzeciego tomu trzeba było trochę poczekać i w międzyczasie nabrałam sił i ochoty na lekturę.

Trzeci tom 1Q84 był, w moim odczuciu, najlepszy z całej trylogii. Zapewne dlatego, że nareszcie wszystko stopniowo i powoli się wyjaśniało. Little People, mother i daughter, dziwna noc Tengo i Fukaeri... Książkę czyta się bardzo szybko; jest po prostu ciekawa i wciągająca. Dobrym zabiegiem było też wprowadzenie postaci Ushikawy, który stoi w opozycji do Tengo i Aomame, a mimo to szybko zaskarbia sobie sympatię czytelnika. Współczułam temu dziwacznie wyglądającemu człowiekowi, któremu życie nie miało prawa się ułożyć, który zdawał sobie sprawę z własnej zewnętrznej ułomności, lecz był obdarzony nieprzeciętnym charakterem i intelektem... Polubiłam go do tego stopnia, że nieraz łapałam się na kibicowaniu mu w jego działaniach - choć jednocześnie za nic nie chciałabym, żeby cokolwiek stało się Tengo ani Aomame.

W powieściach Murakamiego Harukiego irytowała mnie zawsze ich dziwność. To, że pisarz mnoży i mnoży wątki fantastyczne, napięcie rośnie, a na końcu... nic się nie wyjaśnia. A przynajmniej dla mnie nic nie staje się jasne. Było tak m.in. w (notabene, bardzo przeze mnie lubianym) Tańcz, tańcz, tańcz, w Po zmierzchu i w paru innych powieściach. Jednak tym razem od początku nastawiłam się na metaforyczne zrozumienie tej książki. Chciałam ją zrozumieć, nie tylko przeczytać. Bo tak miałam do tej pory z powieściami Murakamiego - miło się czyta, klimat jest, ale żeby powiedzieć o co w tym chodziło...?

Chyba mi się to udało. To pierwsza książka Murakamiego, która w moim odczuciu miała zakończenie, w dodatku dość jasne i zrozumiałe. Może to zasługa mojego podejścia, a może samego autora. Murakami chyba zorientował się, że nie wszyscy rozumieją, o co w jego powieściach chodzi, bo w 1Q84 jest porozrzucanych tu i ówdzie mnóstwo wskazówek dla czytających. Bohaterowie głośno myślą, analizują opcje, odrzucają te, które wydają im się nieprawidłowe i intuicyjnie czują, jak działa świat, w którym się znaleźli. Czytelnik nie ma innego wyjścia niż uwierzyć w najbardziej nieprawdopodobne wyjaśnienia.
Nie ma logicznego ciągu, bo są dwa księżyce, myśli Aomame. To odbiera wszystkiemu logiczny sens.
Powieść na mocną piątkę. Spodziewałam się rozwlekłego, nic nie tłumaczącego ostatniego tomu, a dostałam naprawdę dobrą książkę, która stanowi doskonałe zakończenie całej historii. Jestem mile zaskoczona - i w 100% usatysfakcjonowana. Wiem już, że z pewnością będę czekać na kolejne powieści Murakamiego.

wtorek, 10 stycznia 2012

Pak T'aewon, "Dzień z życia pisarza Kubo"


Jakoś mi chyba nie po drodze z literaturą koreańską...

Dzień z życia pisarza Kubo to króciutka, autobiograficzna powieść koreańskiego pisarza, Pak T'aewona. Wprawdzie autor nigdzie wyraźnie nie napisał, że to on sam jest głównym bohaterem, ale czytelnicy od razu utożsamili ich ze sobą. Co więcej, od czasu publikacji powieści Pak T'aewon zyskał sobie pseudonim Kubo. 
Książka, jak nietrudno się domyślić, opisuje dzień z życia młodego, początkującego pisarza. Bohater przechadza się seulskimi uliczkami i rozmyśla... Przede wszystkim nad samotnością, nad własnym celem w życiu, nad ścieżką, którą powinien obrać. Wspomina minione romanse i wyrzuca sobie nadmierne tchórzostwo (zresztą słusznie - głupio pan zrobił, panie Kubo, strasznie głupio! Nie znoszę takich motywów w literaturze i nie wierzę, że ktoś mógł zrobić coś takiego w prawdziwym życiu...). Kubo poszukuje szczęścia. Sylwetka pisarza, która wyłania się z kart powieści, jest jednak niesamowicie melancholijna i nietrudno zgadnąć, że jeśli bohater pragnie być szczęśliwy, czeka go jeszcze dużo pracy...

Jeśli wierzyć tłumaczce, Pak T'aewon, pisząc Dzień z życia pisarza Kubo, inspirował się Ulissesem Jamesa Joyce'a (choć jego wersja tej powieści jest o wiele krótsza - 103 strony, w tym posłowie tłumaczki; w dodatku książka jest naprawdę niewielkiego formatu). W pewnym momencie bohaterowie prowadzą nawet dyskusję na temat Ulissesa:
Oczywiście, należy skłonić czoła przed nowym eksperymentem Jamesa Joyce'a. Jego nowatorstwo samo w sobie nie jest jednak powodem do przesadnego zachwytu (...).
Tłumaczka w posłowiu stwierdza natomiast:
Można powiedzieć, że pisarz Kubo to koreański Leopold Bloom.
Niestety, nie jestem w stanie nijak ustosunkować się wobec tych stwierdzeń, ponieważ Ulissesa nie czytałam. I tu mnie boli ;). Koreańczyk się inspiruje, a ja nie wiem, o co chodzi... No, ale wracając do treści:

Nie wiem do końca czemu, ale ta książka zostawiła mnie idealnie obojętną. Ani mnie nie zirytowała, ani mi się nadzwyczajnie nie podobała. Ot, była, przeczytałam, odhaczone - i sięgam po kolejną książkę. Nie wywołała we mnie prawie żadnych emocji. W związku z czym czuję się po tej lekturze dość głupio - bo nie mam się do czego przyczepić, ale jednocześnie powieść jakoś mnie nie usatysfakcjonowała. I co tu wystawić? Niska ocena będzie niesprawiedliwością wobec pisarza, bo język jest ładny, przemyślenia całkiem ciekawe, a sama książka jest o kilka klas lepsza od takiej Kochanki lasu - czyli mojej ostatniej lekturze z gatunku boleśnie rozczarowujących. Wysoka ocena będzie za to niesprawiedliwością wobec samej siebie, bo przecież powieść powinna coś w czytelniku poruszać, a tej się to nie udało. Chyba 3... No, może jednak 3,5.

Nie wiem, czy się nie mądrzę, ale nie podobał mi się przekład powieści*. Nie znam koreańskiego i nie wiem, jak ta powieść brzmiała w oryginale, ale i tak coś mi tu nie pasowało. Przede wszystkim nieszczęsne ---. Przypis przy pierwszym użyciu tego nie wiadomo czego tłumaczy:
Znak prozodyczny użyty przez Tłumaczkę za oryginałem koreańskim. Znaki tego typu stosuje się, aby w przybliżeniu oddać w piśmie takie właściwości mowy jak: intonacja, zawieszenie głosu, przerwanie wypowiedzi spowodowane względami emocjonalnymi albo potrzebą zwrócenia uwagi odbiorcy.
Wszystko pięknie, rozumiem - ale nijak tego nie czuję. Ten "znak prozodyczny" pojawia się w powieści wielokrotnie. Mam za każdym razem wracać do definicji na stronie 6. i zastanawiać się, które użycie wielomyślnika autor miał na myśli? Kiedy na studiach tłumaczymy teksty - i publicystyczne, i literackie - stosujemy się do dwóch głównych zasad. Pierwsza - "Tłumaczymy treść, nie słowa". Druga, właściwie mocno podobna do pierwszej - odczucia polskiego czytelnika, który czyta nasz przekład, mają być możliwie zgodne z odczuciami Japończyka, który czyta oryginał. Może i Koreańczyk widząc ten "znak prozodyczny" rozumiał, co czuł autor, kiedy go tam postawił. Ja nie czuję - i wątpię, czy jakikolwiek inny Polak rozumiałby intuicyjnie zastosowanie wielomyślnika. Więc może wielokropek? Rozstrzelenie tekstu, jak w przekładach Murakamiego pani Zielińskiej-Elliot? Kursywa? Mamy własne, czytelne sposoby wyróżniania tekstu. Irytował mnie ten wielomyślnik jak nie wiem...
Swoją drogą - dlaczego "Tłumaczka", nie "tłumaczka"? A "autor" to piszą z małej... :P

A poza wielomyślnikiem, kwiatek (również) ze strony szóstej:
Nawet gdyby jego wiek pomnożyłoby się przez dwadzieścia pięć, w sercu matki gościć będzie lęk.
Czy tylko mi wydaje się, że to zdanie jest jakieś nie po polsku...? Czy moja odporność po wielomyślniku (pojawił się kilka linijek wyżej) była już zbyt osłabiona?
Zdarzyło się tłumaczce nawet unoszenie parasola w górę. Dobrze, że nie w dół. Cóż, czytane swego czasu analizy blogasków uczuliły mnie na tego typu rzeczy.
Były też momenty, w których niby wszystko było w porządku, ale zdanie jakoś kulało, nie płynęło mi po polsku. Miałam świadomość, że czytam tekst przetłumaczony z obcego języka, że nie napisał tego Polak...
Wiem, że to niby nic takiego. Ale naprawdę... Ta książka ma 94 strony. Całe szczęście, że te potknięcia - poza nieszczęsnym wielomyślnikiem - pojawiały się głównie na początku i z biegiem czasu powieść zaczynała "płynąć".

Chyba jednak 3,5. Niech będzie. Nie poczułam tej książki i z radością przechodzę do trzeciego tomu 1Q84 Murakamiego.


* I mam szczerą nadzieję, że tłumaczka tej książki nie jest koreanistycznym odpowiednikiem prof. Melanowicza...

środa, 4 stycznia 2012

Abe Kobo, "Schadzka"


Pewnego letniego poranka przyjechało pogotowie ratunkowe, choć nikt nie pamięta, żeby ktokolwiek je wzywał, i zabrało jego żonę.
Było to zdarzenie tak nagłe jak grom z jasnego nieba. Nim syrena go obudziła, oboje spali twardym snem, byli więc zupełnie nie przygotowani. Nawet żona, o którą tu chodzi, ani przedtem, ani potem nie skarżyła się na żadne dolegliwości. Mimo to dwaj mężczyźni, którzy przynieśli nosze, może z powodu niedostatku snu, byli w bardzo złym nastroju, nie chcieli w ogóle słyszeć o tym, że oboje są nie przygotowani, bo przecież to naturalne w nagłych wypadkach. Sanitariusze mieli na głowach białe hełmy z przepisowym oznakowaniem, dobrze nakrochmalone białe fartuchy, a nawet duże maski z gazy na twarzy. W karcie, jaką okazali, wypisane było precyzyjnie nazwisko żony, a nawet data urodzenia, nie mógł więc ostro protestować.
Nie było innej możliwości jak poddać się biegowi wydarzeń (...).
Ciężko mi napisać o tej książce cokolwiek sensownego. Wszystko, co chciałabym na jej temat powiedzieć, co tłukło mi się po głowie tuż po zakończeniu lektury, ujął już w posłowiu profesor Melanowicz. Gdybym z kolei chciała podeprzeć moją opinię na jej temat jakimś cytatem, musiałabym zapewne poszukać go na samym końcu książki, co z kolei byłoby wybitnie nie w porządku w stosunku do tych, którzy jej jeszcze nie przeczytali. Nie każdy podgląda ukradkiem "co będzie dalej", jak ja... ;-)

Główny bohater (nie poznajemy jego imienia) zostaje uwikłany w zdumiewającą sytuację: jego żonę porywa karetka pogotowia. Właściwie to żadne porwanie - po prostu ktoś, nie wiedzieć czemu, wezwał karetkę po żonę Mężczyzny i sanitariusze zabrali ją do szpitala. Bohaterowi dość szybko udaje się ustalić, który to szpital, a po rozmowie z lekarzem, który pełnił nocny dyżur, dowiaduje się, że żona istotnie dotarła do szpitala, widziała się z lekarzem i wyszła na korytarz, pragnąc znaleźć albo wyprosić od kogoś dwudziestojenową monetę, dzięki której mogłaby zadzwonić do męża. Tylko że w tym momencie trop się urywa. Nikt nie wie - przynajmniej tak sądzi Mężczyzna - co się z nią stało. Bohater rozpoczyna więc intensywne poszukiwania, w których pomagają lub przeszkadzają mu pracownicy szpitalnych struktur, a im dłużej to wszystko trwa, tym bardziej oddala się od realnego świata...

Nie było innej możliwości jak poddać się biegowi wydarzeń. O tak, to dobrze podsumowuje twórczość Abego Kobo. Było to w Kobiecie z wydm, jest i w Schadzce. Bohater nie pojawia się w pracy, całą energię i czas przeznaczając na poszukiwania żony, za namową Sekretarki Wicedyrektora nocuje nawet w jednym ze szpitalnych budynków, żeby nie jeździć w tę i z powrotem... I w efekcie szpital - wielopoziomowa, rozległa, zagmatwana do granic możliwości struktura - staje się jego całym światem. Im mniej stron brakuje nam do końca powieści, tym bardziej duszna robi się atmosfera i tym wyraźniej czujemy, że Mężczyzna z tego szpitala nie wyjdzie. Świat zewnętrzny znikł. Jest tylko szpital.

Nietypowy to szpital. Nie chodzi w nim o leczenie chorych (choć to też, oczywiście, jedno z jego zadań), a o coś zgoła innego. Okładka powieści nie jest przypadkiem. Szpital Abe Kobo jest takim społeczeństwem, przede wszystkim japońskim, ale jest też alegorią każdego innego społeczeństwa, stechnicyzowanego i poddanego władzy sztucznej inteligencji, zniewalającej jej twórców, ludzi, którzy zamienili się w karłowatych, schorowanych erotomanów - pisze w posłowiu prof. Melanowicz. Seks jest obecny wszędzie i dla "mieszkańców" szpitala - zarówno lekarzy, jak i przewlekle chorych pacjentów - stanowi cały sens życia. Mężczyzna, jako człowiek z zewnątrz, początkowo nie wpasowuje się w panujące w szpitalu zwyczaje, ale urabiany powoli i dyskretnie przez napotykane po drodze osoby stopniowo zaczyna coraz mocniej wsiąkać w ten dziwaczny, spaczony świat.

Znamienne jest to, że bohaterowie nie mają imion. W powieści, będącej w większej części retrospekcją (Mężczyzna, na prośbę Konia, zapisuje cały przebieg poszukiwań), występują, obok wspomnianej dwójki, Wicedyrektor, Sekretarka, Szef Bezpieczeństwa, Dziewczyna, w opowieściach pojawia się też Żona. Poczucie nierealności snutej przez Abego opowieści staje się przez to jeszcze silniejsze.

Powieść powstała w 1977 roku i miała chyba wyrażać zaniepokojenie pisarza kierunkiem, w którym zmierzał współczesny mu świat. Ciekawa jestem, co powiedziałby o naszych czasach? Czy uznałby, że nieuchronnie zbliżamy się do manii erotycznej, czy może odetchnąłby z ulgą, że nie jest aż tak źle?

Straszny jest ten szpitalny świat.

Powieść natomiast - więcej niż dobra. 4,5.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Dziennik zakrapiany rumem // The Rum Diary

Nie do końca rozumiem całe to zamieszanie związane z nadejściem nowego roku. Początek roku akademickiego, wakacji, kolejne urodziny - o, to są okazje do świętowania albo podejmowania postanowień! A tu? Zwykła data, która nic mi nie mówi. Podejmowanie postanowień w środku roku akademickiego nie ma dla mnie sensu. Co chciałam, to postanowiłam sobie już pod koniec września i całkiem nieźle się w tych postanowieniach trzymam :). Może gdyby nie ten mój wyjazd, który wywróci moje życie do góry nogami, patrzyłabym na to wszystko inaczej... Może nawet miałabym jakieś noworoczne postanowienia?

Znajomi się porozjeżdżali, więc mój tegoroczny sylwester był bardzo kameralny. Ja, mój narzeczony i Johnny Depp. No i rum. Wprawdzie tylko na ekranie, ale za to w jakich ilościach!



"Dziennik zakrapiany rumem" to ekranizacja powieści Huntera S. Thompsona pt. "Dziennik rumowy". Od razu przyznaję - nie znam tego pana. Był ponoć amerykańskim dziennikarzem, jednym z bardziej kontrowersyjnych. Wikipedia mówi:
Piewca i jedna z czołowych postaci stylu dziennikarskiego określanego mianem gonzo, będącego nową formą pisania bardzo subiektywnych relacji pomieszanych z fikcją i autentycznymi odczuciami autora tekstu, ikona kontrkultury lat 60.
Nie wiem, ile wątków autobiograficznych jest w "Dzienniku zakrapianym rumem", ale podejrzewam, że sporo. Główny bohater filmu jest dziwnie podobny do samego Thompsona. Jest dziennikarzem, nie stroni od wszelakich używek, przemówienia Nixona denerwują go tak, że aż nie może ich słuchać i niezbyt uśmiecha mu się tańczenie tak, jak mu zagrają lokalni kacykowie. Różnica polega na tym, że Paul Kemp (Johnny Deep) nie wie jeszcze dokładnie, czego właściwie chce. Krytykować amerykańskich bogaczy, którzy dorobili się majątków dzięki oszustwom? Bronić praw lokalnej ludności? Pić i zapomnieć o wszystkim? Współpracować z najbogatszym z bogatych, który obdarzył go sympatią i pomógł mu wydostać się z niemałych tarapatów? Odbić mu narzeczoną? Niektóre z tych punktów można jakoś ze sobą połączyć, ale już współpraca z całkiem sympatycznym Sandersonem (Aaron Eckhart) wyklucza krytykowanie szemranych interesów i reportaże o głodujących dzieciach. Które zresztą i tak nie zostałyby wydrukowane, bo gazeta, dla której pracuje Kemp, żyje (a raczej dogorywa...) głównie z reklam i wsparcia banków. Jedno i drugie znajduje się w rękach Amerykanów, którym raczej niezbyt przypadłyby do gustu krytykujące ich artykuły...

O czym ma więc pisać Kemp? O kręgielniach i wrażeniach z pobytu spasionych turystów, którzy nawet nie wystawią nosa z hotelu, bo na zewnątrz jest niebezpiecznie. Naczelny gazety (Richard Jenkins) liczy na to, że Kemp okaże się prawdziwym dziennikarzem, który dźwignie gazetę i nie pozwoli jej zbankrutować, a przede wszystkim nie okaże się kolejnym "opojem". Wydaje się, że to ten ostatni punkt jest dla niego najważniejszy. Kemp natomiast pije na umór - ten dziennik nie jest zakrapiany rumem, on w nim pływa! - ale mimo to potrafi zachować trzeźwość myśli i stworzyć artykuły godne prawdziwego dziennikarza. Zresztą, miałam wrażenie, że w porównaniu do niektórych współpracowników Kemp jest prawie abstynentem... Na Portoryko, gdzie rozgrywa się akcja filmu, piją wszyscy. Non stop. Alkohol leje się strumieniami, a prowadzenie kamery z ręki (tak! rozpoznałam coś takiego!) przez większą część filmu sprawia, że widzowi również szybko zaczyna kręcić się w głowie. 

Sceneria filmu jest idealna na obecną porę roku. Dobrze na chwilę zapomnieć o szarudze za oknem i przenieść się do miejsca, gdzie słońce świeci prawie bez przerwy... Choćby z tego powodu cieszę się, że obejrzałam ten film. Bardzo podobała mi się też gra Johnny'ego Deppa. Nie należę do licznego grona jego fanek, które uwielbiają każdą jego kreację, z Jackiem Sparrowem na czele, ale muszę przyznać, że ta była bardzo dobra.

Leży natomiast scenariusz. Tzn., może i nie leży, ale jest jakiś taki niedopracowany i czegoś w nim ewidentnie brakuje. Zapewne punktu kulminacyjnego. Przychodzi moment, w którym widz spodziewa się czegoś - jakiejś wielkiej batalii z nieuczciwymi bogatymi, walki o utrzymanie gazety albo chociaż samobójczego ataku na nieuczciwość i korupcję. A kiedy to coś się nie pojawia, film zaczyna się dłużyć i nudzić. Największą wadą tego filmu jest chyba to, że ciężko powiedzieć, o czym on właściwie jest. Ani to o nieuczciwości, ani o buncie, ani o walce o sprawiedliwość, ani o romansie w pięknej scenerii... Trochę tego, trochę tamtego, czyli w efekcie nie wiadomo co. "Jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego". Z "Dziennikiem..." jest podobnie.

6/10 - za dobrą kreację Johnny'ego Deppa i Karaiby.

Polski "wkład" w plakat do filmu, czyli "Kocha, lubi i się nie szanuje" pozostawię bez komentarza.
Related Posts with Thumbnails