niedziela, 12 lutego 2017

Oscarowe odliczanie: "La La Land" i "Ukryte działania"

Oscary (a tuż przed nimi Berlinale!*) za pasem; kina - jak zapewne zauważyliście - nagle oszalały, więc, tradycyjnie, wydaję majątek na bilety, żeby zobaczyć przynajmniej większość z tego, co zobaczyć bym chciała. Na pierwszy ogień poszedł długo wyczekiwany - bo już od zeszłorocznego festiwalu w Cannes**, na którym zebrał tak entuzjastyczne recenzje, że nie sposób było ich nie zauważyć - La La Land, a tuż po nim Hidden Figures, przetłumaczony na polski jako Ukryte działania. Od razu zaspojleruję własnego posta: różnica w poziomach obu filmów jest gigantyczna i gdybym miała typować zwycięzcę tylko spośród tych dwóch tytułów, bez najmniejszych wątpliwości postawiłabym na La La Land. Dlaczego? A, o, dlatego:

sobota, 21 stycznia 2017

Ogarniając nieogarnialne: o 'I Capture the Castle' Dodie Smith

5,5/6

I Capture the Castle Dodie Smith jest powieścią stuprocentowo różną od tak przez mnie ostatnio zachwalanego A Tree Grows in Brooklyn - zarówno pod względem formy (tam tradycyjna narracja, tu - pamiętnik głównej bohaterki), jak i (co zazwyczaj jest dla mnie jakieś pięć razy ważniejsze) treści. I tak teoretycznie, gdybym miała na sucho przeanalizować jej fabułę, bohaterów, przesłanie, przydatność dla dzisiejszego czytelnika itp., to powinno mi z tego wyjść jedno wielkie marudzenie. Bo o ile powieść Betty Smith była pozycją bardzo energizującą i motywującą do działania (ciśnie mi się na klawiaturę angielskie empowering i nie mogę znaleźć porządnego polskiego odpowiednika...), o ile tam bohaterki były silne, zdeterminowane i do głowy by im nie przyszło czekać na księcia na białym koniu, tak tu mamy do czynienia z sytuacją dokładnie odwrotną: bierne, nicnierobiące pannice, w których głowach prawie nigdy nie postaje myśl o pracy własnej, całą swoją nadzieję pokładają w bohaterach płci męskiej. Jest to o tyle dziwne, że akcja powieści przypada jakoś na lata trzydzieste XX wieku; i może nie jest to jeszcze okres daleko posuniętej emancypacji kobiet, ale przecież też nie czasy Jane Austen, kiedy to istotnie cała nadzieja ubogiej panny leżała w obrotnym ojcu lub bogatym adoratorze!

Zresztą, sami spójrzcie:

wtorek, 17 stycznia 2017

Nadzieja umiera ostatnia: o 'A Tree Grows in Brooklyn' Betty Smith

5,5/6

Zgodnie z planem rozpoczęłam ten rok miesiącem literatury kobiecej (rozumiem pod tym pojęciem literaturę tworzoną przez kobiety, nie "książki tak głupie, że tylko kobiety mogą po coś takiego sięgać"). Po paru mniej (Lena Dunham) lub bardziej (Sylvia Plath) udanych lekturach przyszła kolej na wypożyczonego po raz n-ty "współczesnego klasyka" - powieść Betty Smith A Tree Grows in Brooklyn, która od czasu jej pierwszego wydania (1943) dorobiła się już w USA miana kultowej. Tym razem zaparłam się i postanowiłam, dla odmiany, rzeczywiście przeczytać tę książkę zanim znów będę musiała ją oddać. Zagryzłam zęby, przebrnęłam przez pierwszych kilka stron i... wsiąkłam.

A Tree Grows in Brooklyn (czy ktokolwiek słyszał o polskim tłumaczeniu? Nie ma go, prawda? Nie wiem, jak to możliwe, ale go nie ma? No, to już ja się postaram, żeby się pojawiło... ^^) to piękna historia o dorastaniu w trudnych warunkach, przepełniona młodzieńczym idealizmem i brutalnym realizmem jednocześnie. To powieść, którą obowiązkowo powinno dawać się do przeczytania dorastającym dziewczętom, jako odtrutkę na wszystkie te ckliwo-romantyczne historie, w których ślub z wybrankiem serca rozwiązuje z marszu wszystkie problemy heroiny, a kwestie tak przyziemne jak finanse, praca zarobkowa czy jakakolwiek zawodowa ambicja w ogóle nie mają w jej uniwersum prawa bytu. W przypadku A Tree Grows in Brooklyn mamy do czynienia z bohaterką aktywną, której wizja przyszłości nie ogranicza się do wielkiej miłości i która potrafi walczyć o realizację swoich marzeń, choćby początkowo wydawały się one skazane na porażkę. Czy raczej z całą galerią takich bohaterek: drobnych, słodkich ślicznotek o duszach ze stali, dzielnie radzących sobie w sytuacjach, które zdają się przerastać ich mężów.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

2016: literackie podsumowanie roku

Szczęśliwego Nowego Roku!

Oby był dla nas wszystkich - niezależnie od tego, co każdy z nas sądzi o roku 2016 - (jeszcze?) lepszy niż ten miniony :).

A że przełom roku jest tradycyjną porą blogerskich podsumowań, to i ja spieszę z podsumowaniem mojego czytelniczego roku 2016. 


Przeczytałam w roku 2016 ponad dwa razy więcej książek niż w 2015: 67, w tym tylko dwie powtórki. Większość lektur wspominam przynajmniej dobrze; kilka trochę słabiej, ale cieszę się, że mogłam się z nimi zapoznać; na palcach jednej ręki jestem w stanie policzyć te, przy których musiałam zagryzać zęby i walczyć z chęcią ciśnięcia książką/czytnikiem o ścianę. Ogólny bilans wypada bardzo pozytywnie.

sobota, 31 grudnia 2016

'Tata Jesus is bängala!': o "Biblii jadowitego drzewa" Barbary Kingsolver

 6/6

Sięgnęłam po The Poisonwood Bible Barbary Kingsolver (polskie tłumaczenie, "Biblia jadowitego drzewa", jakkolwiek wierne, brzmi mi jakoś niezgrabnie) nie wiedząc o tej książce nic, li i jedynie dlatego, że (znów!) co rusz natykałam się na nią na kolejnych listach lektur obowiązkowych. Bez oczekiwań. I przypadkiem przeczytałam najlepszą książkę mojego czytelniczego roku 2016.

To jedna z tych nielicznych powieści, którym nie mam niczego do zarzucenia. Żadnych zastrzeżeń. Nic nie było zbyt rozwlekłe, nic nie niedopracowane, nigdzie nie dało się wyczuć fałszywych nut. W dodatku wyraźnie widać, co przyświecało autorce, kiedy postanowiła tę książkę napisać; to powieść z misją, którą doskonale udaje jej się wypełnić. Z posłowia wynika, że Barbara Kingsolver nosiła się z pomysłem na tę powieść przez, bagatela, jakieś dwadzieścia lat - ciągle unikając zabrania się za nią na poważnie, ze strachu, że temat ją przerośnie i wyjdzie jej zupełnie nie to, czego by sobie życzyła. Może i dobrze, że dała sobie tyle czasu na przygotowania; ale przede wszystkim dobrze, że ostatecznie ten strach przełamała. Efekt robi wrażenie.

Głównymi bohaterami Biblii jadowitego drzewa jest rodzina Price'ów - ojciec, gorliwy baptysta i pastor tegoż kościoła, jego pozornie stłamszona, niekochana żona, oraz ich cztery córki: najstarsza Rachel, bliźniaczki Leah i Adah, oraz najmłodsza, ledwie pięcioletnia Ruth May. Akcja powieści rozpoczyna się, kiedy wielebny Price postanawia udać się wraz z całą rodziną na misję ewangelizacyjną do Konga. Żadna z otaczających go kobiet czy dziewcząt - do tej pory mieszkających w Ameryce - nie wydaje się być tym postanowieniem szczególnie zachwycona, ale w domu Price'ów panuje typowy patriarchat, nie próbują więc nawet protestować. Rodzina - nie bez problemów - dociera do biednej, odciętej od świata wioski gdzieś w kongijskiej dżungli. Tam ojciec, przekonany o swojej nieomylności i boskim wsparciu, poświęca się całkowicie coraz bardziej rozpaczliwym próbom nawrócenia miejscowej ludności; problemów bardziej przyziemnych - jak np. konieczności wyżywienia sześcioosobowej rodziny w obcym, nieprzyjaznym klimacie - nawet nie zauważa, pozostawiając je na barkach umęczonej żony. Ich córki tymczasem przechodzą przyspieszony kurs dorastania - wprawdzie każda z nich na swój sposób i z zupełnie innym efektem końcowym, ale jednak żadnej z nich to kongijskie doświadczenie nie pozostawia niezmienionej.

Related Posts with Thumbnails